Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Card Orson Scott, Tropiciel

Autor recenzji: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Przed chwilą skończyłam czytać „Tropiciela” i jestem bardzo zadowolona, że go przeczytałam.

Nie mogłam uwierzyć, jak zobaczyłam tę książkę na półce z fantastyką w bibliotece. Kolejna nowa powieść Carda, po „Enderze na wygnaniu”. Zajrzałam i okazało się, że wydana u nas w 2011 roku, a napisana w 2010. I jak tu nie lubić bibliotek?

Gruby tom, 500 stron, początek nowego cyklu. Oczywiście wypożyczyłam bez zastanowienia. Bardzo lubię książki Carda i wszystkim polecam. Najlepiej zacząć od „Gry Endera” i „Mówcy umarłych”, to SF na najwyższym poziomie. Błyskotliwe, inteligentne, dające do myślenia i zapadające na długo w pamięć. Kto jeszcze nie zna tego pisarza, naprawdę powinien to zmienić.

Wracając do „Tropiciela”, to czytając pierwsze strony martwiłam się, czy pisarz jest w formie i da z siebie więcej niż we wspomnianym wyżej „Enderze na wygnaniu”, który był delikatnie mówiąc niepotrzebny, choć fani i tak go przeczytają. Tym razem się nie zawiodłam. Lekko powtarzają się jedynie dwa motywy z „Gry Endera”, jak echo, którego nie powinno być. Bohaterowie, fabuła i styl nie budzą zastrzeżeń. Choć momentami powieść została napisana nierówno, są słabsze i ciekawsze momenty, to jednak efekt każdego rozdziału zawsze jest na plus. Chce się czytać dalej. Konstrukcja jest bardzo ciekawa, dwupłaszczyznowa. Każdy rozdział zaczyna się krótkim wstępem rodem z SF, a treść to fantasy. Obserwujemy poczynania dwóch grup bohaterów. Ich losy przeplatają się, zazębiają o siebie. W powieści jest kilka tajemnic, które zostały w ciekawy sposób rozwiązane. Czytelnik może czytając tworzyć własne teorie i scenariusze.

Nie chcę zdradzać za wiele z fabuły, bo to sama przyjemnością czytać i powoli odkrywać, więc napiszę jedynie krótki zarys. Rigg jest młodym chłopcem, wychowywanym tylko przez ojca, który uczy go wszystkiego, od sposobu polowania na dziką zwierzynę, przez wszystkie dziedziny nauki, aż po radzenie sobie w każdej sytuacji. Niezwykła edukacja pozwala Ringowi rozwijać różne talenty, które bardzo mu się w przyszłości przydadzą. Szczególnie zdolność widzenia ścieżek, zwierząt i ludzi, w przeszłości i teraźniejszości. Kiedy na początku powieści ojciec umiera, chłopiec musi sam sobie radzić w życiu. Wraca do rodzinnej wioski i zaczyna nowe życie w najgorszy z możliwych sposobów. Jeżeli chcecie wiedzieć jaki, sięgnijcie po „Tropiciela”. Dobra rozrywka gwarantowana.

Dla niecierpliwych na zachętę, pierwsze zdania powieści, z pierwszego rozdziału „Jeśli drzewo upada”. Możecie dzięki nim sprawdzić, czy chcielibyście przeczytać dalej.

 

„Ocalenie rodzaju ludzkiego przed zagładą to ekscytujące zadanie. Lub nużące. Zależnie od tego, w którym etapie procesu się uczestniczy.

 

Rigg i ojciec przeważnie razem rozstawiali sidła, ponieważ Rigg miał dar widzenia ścieżek, którymi poruszały się zwierzęta.

Ojciec był na to ślepy – w ogóle nie potrafił dojrzeć cienkich, migoczących tropów w powietrzu, które znaczyły ruch żywych stworzeń przez świat. Jednak dla Rigga było to, od kiedy pamiętał, naturalną zdolnością jego oczu, przychodzącą mu bez żadnego wysiłku. Im nowsza ścieżka, tym bardziej niebieska poświata; starsze były zielone, żółte; te prawdziwie starożytne świeciły odcieniami czerwieni”.

 

Ja nie mogę się doczekać kolejnych części tej serii, nowych przygód Rigga i jego przyjaciół. Kolejnej historii o przyjaźni, podróży, przygodzie. Choć przyznam, że najbardziej podobały mi się poprzedzające każdy rozdział dialogi pilota statku kosmicznego, Rama ze Zbędnym. Pełne ironii, filozoficznych rozważań, ciętych ripost i pytań o przyszłość i moralność. Ciekawe czym autor zastąpi je w kolejnych częściach. Oby napisał je niedługo.

Ocena: 5/6



 

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Tropiciel
Autor: Orson Scott Card
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 507
Rok wydania: 2011
Cena: 39,90 PLN
Ocena recenzenta: 7/10

 

Orson Scott Card w naszym kraju znany jest przede wszystkim z kultowej „Gry Endera”, rzadziej zaś z cyklu o Alvinie Stwórcy. Jest to zarazem autor dość wszechstronny – historia Endera rozgrywa się w klimatach science-fiction, zaś przygody Alvina to już klimaty fantasy. „Tropiciel” jest najnowszą książką Card'a, w której postanowił on połączyć oba te gatunki w jedną całość. Początki były świetne, ale dojście do mety pozostawia wiele do życzenia.

 

Głównym bohaterem powieści jest Rigg – niepozorny syn także niepozornego łowcy zwanego Wędrującym Człowiekiem. Chłopak skrywa jednak dość szczególną tajemnicę – jest obdarzony niezwykłym darem, który pozwala widzieć mu ścieżki osób i zwierząt. Krótko mówiąc, może on widzieć, jak przebiegały trasy wędrówek wszelkich żywych istot na przestrzeni tysiącleci. Dar, chciałoby się rzecz, raczej nieprzydatny na pierwszy rzut oka, prawda?

Arkadia (tak nazywa się świat, na którym rozgrywają się wydarzenia opowiedziane w książce) to planeta dość szczególna. Z początku Card serwuje czytelnikowi z pozoru dwie różne powieści (krótką opowieść s-fi rozgrywającą się na początku każdego rozdziału), które zdają się nie mieć ze sobą nic wspólnego. Jak się jednak okazuje, w ten sposób czytelnik dowiaduje się, co doprowadziło do obecnego ukształtowania świata i stworzenia tajemniczego Muru, który oddziela ludzi od innych światów.

Fabuła z pozoru może nie wydawać się niczym odkrywczym, a przynajmniej jeśli mówimy tu o części fantasy. Kolejna historia młodego chłopaka, który traci ojca, zyskuje ogromny spadek i rusza w daleką i niebezpieczną podróż, by odnaleźć swą rodzinę. Nie można jednak odmówić autorowi wprawy w posługiwaniu się piórem – opowieść, która u kogoś innego byłaby zapewne suchą zbieraniną dialogów i opisów, u Card’a nabiera pewnego uroku i magii, nawet jeśli to tylko kolejne etapy podróży, na których próżno doszukiwać się epickich bitew z użyciem magii i oręża.

W tworzeniu tego niezwykłego klimatu zdecydowanie pomagają główni bohaterzy. Nie jest ich przesadnie dużo, każdy stanowi jednak oddzielną osobowość i historię, która doprowadziła go do obecnego położenia. I o ile Bochen (tak na imię ma jeden z głównych bohaterów, były żołnierz) jest twardym wojskowym, który nie boi się postawić na swoim, o tyle Rigg wydaje się co najmniej przesadzony. Jestem w stanie zrozumieć, że wielu rzeczy uczył go ojciec (a kim on był, okaże się na samym końcu książki), jednak w zbyt wielu momentach miałem wrażenie, że ten nastolatek zachowuje się jak osoba, która na karku liczy sobie przynajmniej sześć krzyżyków. Nie jest to ogromny błąd, jednak ten element może czytelnika irytować.

Można odnieść wrażenie, że autor w pewnym momencie zaczął nie zauważać granic, które powinny wyraźnie rozdzielać opowieść o powstaniu cywilizacji na Arkadii z opowieścią Rigg’a. Sam świat, w którym obraca się chłopak jest też przesadnie „naukowy” – uczeni zajmują się tematami, które pasowałyby do czasów dzisiejszych, nie zaś do książki, w której główną rolę odgrywają motywy fantasy. No i wiele w „Tropicielu” momentów, gdy Card przeskakuje naprzód o dość spore okresy czasu, a czytelnik między wierszami dowiaduje się o postępach Rigg’a, o których przedtem w ogóle nie było mowy. Niestety, ale pojawia się też kilka fabularnych niesnasek – nie wiemy, skąd chłopak dowiedział się, że ludzie przybyli na tę planetę (ani skąd wiedział, że to w ogóle planeta). W tej kwestii w „Tropicielu” jest zbyt wiele niewiadomych, które sprawiają, że czytelnik może odnieść wrażenie, że gdzieś tam poza marginesami czai się wielka encyklopedia, którą Rigg wertuje akurat wtedy, gdy nikt go nie czyta.

Sama historia opowiedziana w „Tropicielu” nie jest jakoś specjalnie oryginalna, ale mimo to daje ona radę, a czytelnik raczej nie nuży się podczas lektury. Wszystko zmienia się jednak w jakichś trzech czwartych książki. Bo niestety, ale świetne wprowadzenie do tego niezwykłego świata zostało zepsute przez końcówkę, która wygląda tak, jakby autor pisał ją w przerwie na kawę, w pośpiechu, bo okazuje się, że tekst trzeba już wysyłać do wydawcy. Krótko mówiąc – o ile znaczna większość fabuły w „Tropicielu” jest bardzo miła w odbiorze, o tyle zakończenie jest po prostu elementem, który należy przemilczeć wielce wymownym milczeniem.

Na pewno podobać się może pomysł niezwykłych umiejętności, jakimi dysponuje dwójka głównych bohaterów (i zapewne nie tylko oni, ale Card koncentruje się w książce na nich, nie zaś na osobach postronnych) oraz niezwykła geneza tych umiejętności, która także zostanie wytłumaczona pod koniec książki (nie jest to napisane wprost, ale czytelnik bez problemu się tego domyśli). Jednak problem pojawia się w momencie, gdy Rigg i Umbo (jego towarzysz podróży) zaczną razem używać swoich darów, by osiągnąć zamierzone cele. Wyjaśnianie tego, jak działa dar Umba jest po prostu jedną wielką porażką i chaosem, który naprawdę trudno zrozumieć.

Korekta i redakcja „Tropiciela” nie przyłożyła się zbytnio do swojej pracy – w książce straszą wszechobecne powtórzenia, a niekiedy można spotkać także dość dziwne formy wyrazowe. Na dodatek w podziękowaniach popełniono karygodny błąd (angielskie „nine” zostało przetłumaczone na nasze „dziesięć”). Na szczęście ustrzeżono się literówek.

Zdecydowanie nie należy przerażać się połączeniem science-fiction i fantasy, które jest obecne w „Tropicielu”. Oba te gatunku połączone są sprawnie i dobrze, nie powodując u czytelnika odruchów wymiotnych. W książce mamy do czynienia z niewyszukaną, lecz bardzo przyjemną w odbiorze fabułą, która została pogrzebana przez żenujące zakończenie. Niekiedy też autor zaczyna po prostu przesadzać, przez co (prawie) baśniowy świat, w którym żyje Rigg zaczyna niebezpiecznie blisko zbliżać się do statusu kiepskiej sceny teatralnej, gdzie nieopatrznie wkradły się elementy naszej rzeczywistości. Gdyby nie zakończenie i sporo błędów logicznych, ocena na pewno byłaby przynajmniej o punkt wyższa. Co nie znaczy, że „Tropiciel” jest książką złą, bo stanowi on lekturę łatwą i przyjemną. Zdecydowanie warto spróbować, jeśli nie nastawiamy się na głęboko filozoficzną fantastykę.



 

Autor recenzji: Agnieszka [krimifantamania.blogspot.de]

 

Tytuł: Tropiciel (Pathfinder)

Autor: Orson Scott Card

Wydawca: Prószyński i S-ka

Miejsce wydania: Warszawa

Data wydania: 28 czerwca 2011

Liczba stron: 512

 

Do tego pisarza mam szczególny sentyment (ach, ta "Gra Endera"...), z tym mocniejszym biciem serca przystąpiłam do lektury jego najnowszej powieści, będącej początkiem nowego cyklu.

I tu, nie inaczej niż w "Grze...", głównym bohaterem jest dziecko, ba, nastolatek. Oczywiście to dziecko niezwykłe, posiadające wyjątkowe, magiczne umiejętności: Rigg potrafi dostrzec ścieżki, którymi podążały żywe istoty w przeszłości, umie nie tylko je śledzić, ale rozróżnić i rozpoznać, do kogo należały. Czy to magia? Być może. W całkowitej sprzeczności do kreowanego przez pisarza świata Rigga stoją wstawki rodem z rasowej space opery, po kawałeczku wprowadzające czytelnika w tajemnice tego świata. Rigg już na pierwszych stronach książki w dramatyczny sposób traci ojca i podejmuje ryzykowną wyprawę, by dotrzeć do swych korzeni i w efekcie odmienić los całej ludzkości.

Elementy fantasy, z których początkowo utkana była wizja tego świata, przeplatają się z wątkami czysto sf, w naukowy sposób wyjaśniające jego zręby. Ciekawa to mieszanka, intrygująca i satysfakcjonująca, a powstała rzeczywistość mimo paradoksów czasowych (wyjaśnionych przez autora w posłowiu), sprawia wrażenie konsekwentnej.

Jest w tej książce kilka irytujących drobiazgów, wśród nich sama postać Rigga, która momentami była daleka od wszelkich prawideł prawdopodobieństwa. Chłopak, wychowany tylko przez "ojca" w dzikich ostępach, z rzadka posiadający kontakty ze społecznością, posiada zadziwiające kompetencje socjalne, potrafi się znaleźć w najbardziej wymagających sytuacjach i elitarnych środowiskach... Mocno naciągane. Jego przemądrzałość i afektacja prowadzi do sztucznych i w efekcie nudnych dialogów z rówieśnikiem. Podobnie nużące są stronicowe dywagacje na temat skoków w czasie. Ale to jedyne minusy te książki. Mimo tych wad, powieść potrafi utrzymać w napięciu i sprawia, że ma się apetyt na więcej. I oto chodzi.

Miłym zaskoczeniem jest tłumaczenie, rzetelne, sprawnie wykonane, w większości pozbawione wybojów i wykrotów, pozwalające na spokojne skoncentrowanie się na lekturze, co nie jest bynajmniej oczywiste, zwłaszcza w przypadku tego wydawnictwa, które ostatnimi czasy uraczyło czytelników kilkoma gniotami. W sumie: niezły start nowej serii! Z apetytem czekam na kolejne tomy.

Moja ocena: 4/5.

sobota, 28 kwietnia 2012, felicja79

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka