Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Brett Peter V., Malowany człowiek, księga I i II

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com]

 

Tytuł: Malowany człowiek, księga I
Autor: Peter V. Brett
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 567
Rok wydania: 504
Cena: 39,90 PLN
Ocena recenzenta: 8/10

 

Świat, w którym zmierzch jest ponurym zwiastunem śmierci. Tylko liche bariery runiczne mogą powstrzymać atak demonów. A i nie zawsze jest pewne, że znaki ochronne spełnią swoją rolę. Jeśli zawiodą, ludziom pozostaje tylko pewna śmierć. Demony nie oszczędzą nikogo.
Arlen, Leesha i Rojer są zwykłymi dziećmi. Nie znają się nawzajem. Jednak nie wiedzą jeszcze, że ich losy się skrzyżują. Łączy ich jedno – nienawiść do demonów i wydarzenia, które spowodowały, że stracili oni wiarę w swoich najbliższych. My zaś będziemy mieli okazję śledzić ich rozwój fizyczny i psychiczny na przestrzeni lat.  Ludzkości znane są tylko runy ochronne. Runy wojenne zaginęły na przestrzeni wieków. A bez nich efektywna eksterminacja demonów nie jest możliwa. O ile ludy Północy kryją się rozpaczliwie za swymi barierami ochronnymi, tak Krasjanie, dumny i wojowniczy lud pustyni co noc walczy z demonami, zadając im poważne straty. Jednak działa to w obie strony.
O „Malowanym człowieku” słyszałem wiele, jednak jakoś ostatnimi czasy nie było ni czasu, ni chęci ni mamony, by książkę tę zakupić. I już żałuję tej decyzji z odwlekaniem kupna książki. W każdym bądź razie otrzymaliśmy „coś z niczego”, czyli powieść debiutującego pisarza, która od razu podbiła pół świata. Obecnie czytelnicy fantasy dzielą się na tych, którzy książkę uwielbiają, i na tych, którzy dopiero będą ją uwielbiać. Wydawać by się mogło, że odwieczna wojna z demonami i ochrona w postaci run są motywami starymi jak świat. Owszem, są stare, jednak każdy pomysł, o ile odkurzony i wyszlifowany, potrafi przynieść zadziwiające efekty. Właśnie takim oszlifowanym diamentem jest „Malowany człowiek”.
Przyznaję szczerze, że minęły całe eony, odkąd spotkałem się z równie porywającą książką – Brett zdaje się pisać magicznie, nie zanudzając czytelnika zbędnymi opisami. Także język samej książki sprawia, że tej pozycji się nie czyta. Ją się najzwyczajniej połyka, w czym bardzo pomaga lekki i zarazem interesujący styl. Aczkolwiek są też drobne dziwy – wielokrotnie opisy sugerują nam jasno, że ludzie spać nie muszą i mogą robić cokolwiek przez całą dobę…
I jak to zwykle bywa, wydanie z Fabryki Słów wionie na milę profesjonalizmem. Papier dobrej jakości, okładka, która już sama w sobie zachęca do zakupu i okładka ze skrzydełkami. Przyjemne dla oka są także ilustracje zdobiące tekst. Niby niczemu nie służą, ale jednak są miłą odmianą graficzną dla oka. Powiedzcie mi do cholery, jakim cudem to wydawnictwo potrafi wydać znanych i cenionych autorów w bardzo dobrej oprawie, żądając za to naprawdę niewielkiej ceny w porównaniu do innych graczy na polskim rynku?! W każdym bądź razie jeszcze żadna książka nie kazała mi obnażyć tak szybko portfela przed sprzedawcą w księgarni przy zakupie kolejnych części trylogii. A tych, którzy nie przeczytali tego ósmego cudu świata, niech mrok pochłonie…




 

Brett Peter V., Malowany człowiek, księga I i II

Autor recenzji:  [abominationasciturautumno.blogspot.com]

 

W świecie co noc napadanym przez otchłańce zdziesiątkowana ludzkość kuli się ze strachu za ochroną z runów. Nie zna się innego życia jak tylko bierne wyczekiwanie na świt, nikt nawet nie próbuje mierzyć się ze strachem. Niegdyś znano sposoby na przeciwstawianie się demonom, ta wiedza jednak dawno przeminęła. Sztampowe? Niewątpliwie, wszak walka ludzi z demonami to motyw tyleż wiekowy co wyeksploatowany. Skąd zatem tyle pozytywnych słów pod adresem „Malowanego człowieka”? W czym tkwi sedno jego popularności? Przyznam, że książkę przeczytałam, a dalej do końca nie rozumiem.

Historia rozpoczyna się zupełnie niepozornie i pewnie nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby tylko niepozorność nie rozrosła się na rozwinięcie i zakończenie. Zacznijmy jednak od początku. Oto przed nami wioska na skraju wszystkiego, niemal odcięta od świata i po brzegi wypełniona przerażeniem. W scenerii zacofanego grajdołka poznajemy jednego z głównych bohaterów, jedenastoletniego Arlena. Bieg wydarzeń sprawia, iż w duszy zdeterminowanego malca rodzi się gotowość do walki z poczwarcami. Cóż powiedzieć więcej? Reszta zdarzeń sprowadza się do realizacji transakcji handlowych. Dla podpatrującego te dziwne zjawiska Arlena sprawa wydaje się godna uwagi, kto wie, może i Ty podzielisz jego zainteresowania? Chłopiec robi oczy-spodki na widok piwnicy, piwa i wyrobów ceramicznych, dziwi się i namyśla niemal jak przykładny filozof. Co niezwykłe, filozofem wcale nie zostaje, a zamiast tego wkracza na drogę, która bezbłędnie prowadzi go od zera aż do bohatera.

Kiedy staje się jasne, że Arlenowi nie przeznaczony jest los wieśniaka, przeniesieni zostajemy do sąsiedniej wioski. W tej osadzie życie wiedzie pewna piękna – wręcz najpiękniejsza, by nie bawić się w półśrodki – dziewczynka o imieniu Leesha. Pomijając detale, musimy uraczyć się odgrzewanym kotletem i przeczytać o tym samym, co wcześniej. Sprzątanie po ataku poczwarców, dość ograniczeni mieszkańcy oraz objawienie analogiczne do odkrycia Arlena: Leesha dowiaduje się, że świat nie kończy się na rozkładaniu nóg i rodzeniu dzieci. Niestety to nie déjà vu, a przypadłość książki, w której niepotrzebne rozwlekanie mało interesujących zdarzeń to chleb powszedni. Zdaje się, że autor pragnął skwapliwie opisać mentalność ludzką, życie pod kloszem i rodowód protagonistów. Z rodowodem akurat można mieć pewność – w książce więcej opisów prostego, młodzieńczego życia w siole tudzież mieście, niż samej akcji. Bardzo to chwalebne, ale delikatne i umiejętne nakreślenie zdziałałoby więcej od natrętnego sypania dowodami, zwłaszcza, że opowieść od początku do końca nuży, a większość postaci i tak pozostaje wytworami z papieru. Szkoda, gdyż sam pomysł wcale nie jest zły i można go było inaczej doprawić.

Dalszą fabułę zmilczę, nadmieniając jedynie, że niedaleko jej do budowy cepa. Schematyczne i niewyszukane zagrania również wliczono w koszty zakupu. (Wszystko wskazywało, że zdążą, ale ojć, potknęła się! Albo – co nagminne – udało się dosłownie w ostatniej chwili!). Natomiast do moich osobistych bolączek zaliczam moralne dylematy wioskowych małolatów. Kto mnie zna, ten wie, jak bardzo odległe są mi problemy dorastającej gawiedzi. Jako że „Malowany człowiek” przez całą księgę pierwszą opisuje młodzież, problemów tych nie brakuje. Aby unaocznić przykładem, Leesha lubuje się w przemyśleniach – oczywiście w duchu konserwatyzmu, gdyż to wioskowa dziewczyna jest – o niemożliwości pogodzenia roli matki z rolą kobiety pracującej, rodzajach antykoncepcji, przepełnionych chucią spojrzeniach mężczyzn, chęci dotrzymania cnoty do ślubu... Po co? Nie, nie pytam o cnotę, raczej o zamysł autora. Nie wszystkich takie refleksje będą drażnić, ale nienawykłych do słuchania banalnych wynurzeń na pewno.

Z trywialną fabułą wiąże się kolejna irytująca wada: u Bretta, tak jak u wielu debiutujących pisarzy, łatwo rozdzielić i ponazywać poszczególne fragmenty powieści. Ginie człowiek, by Arlen doznał objawienia, minstrel opowiada o przeszłości, by czytelnik poznał całą historię krainy, wszystko co zaistniało, już za chwilę ma swoją konsekwencję. To oczywiście szczegół i zgadzam się nawet z tym, że ze scen konstruuje się książki. W tej jednak brak typowej dla wybitnych dzieł płynności, brak rozmachu i realizmu. Brak też oddziaływania, które wrzuciłoby wymagającego czytelnika w wir przygód i nakazało mu przeżywać je wraz z bohaterami, nie bacząc na niekorzystne drobiazgi. Co więcej, czytając, można dojść do wniosku, że powieść pisano w oparciu o poradnik dla początkującego autora.

„Malowany człowiek” to lektura prosta, miejscami infantylna i nieodznaczająca się niczym, czego nie można by dostać w dużo lepszej oprawie. Na plus działa jedynie przyzwoity język, prawdopodobnie największa zaleta książki. To chyba jednak odrobinę mało. Słowem, „jak zachwyca, skoro nie zachwyca”?

 

 


Brett Peter V., Malowany człowiek, księga I i II

Autor recenzji: 

 

Zacznę może od krótkiej opowieści, jak to Malowany Człowiek trafił w moje ręce. Muszę przyznać, że z całą pewnością nie był to przypadek. Najpierw przeglądałam najróżniejsze fora internetowe, bo lubię wiedzieć, co jest godnego uwagi do czytania, oglądania lub grania. W dziale książkowym najczęściej powtarzał się właśnie ten tytuł. Chociaż tytuł jak dla mnie nie brzmi zachęcająco (kojarzy mi się z baśniowym i cukierkowym światem), stwierdziłam, że muszę przeczytać tą książkę, żeby wiedzieć, co jest w niej takiego wciągającego.

Znaleźć obie części Malowanego Człowieka nie było trudno. Stały sobie na półce w Empiku, a że akurat trwała promocja na książki z działu fantastyki, to je zakupiłam i po powrocie do domu zabrałam się za lekturę.
Warto zwrócić uwagę na okładkę, która od razu rozwiewa moje pierwsze złe wrażenie. Przedstawia ona mężczyznę ubranego w ciemną szatę. Kaptur przesłania jego twarz, jednak światło padające na jego policzek ukazuje nam fragment tatuażu. Na dodatek pod nazwiskiem autora i tytułem widnieje napis Niech cię mrok pochłonie… To nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z mrocznym fantasy.
P
owieść opowiada historię trójki młodych ludzi – Arlena, Leeshy i Rojera. Każde z nich żyje w innym zakątku północnego świata i ma różne plany na przyszłość. Łączy ich jednak jedno: gdy zapada zmrok, wraz z innymi mieszkańcami muszą chować się do domostw chronionych specjalnymi runami. Nocą bowiem wychodzą z Otchłani demony, których celem jest zniszczyć ludzkość. Stwory nie mają wstępu tylko do miejsc chronionych runami (o ile bariera nie została nakreślona byle jak). Trójka wymienionych już bohaterów nie chce jednak żyć w ukryciu i ciągłym strachu o siebie i bliskich. Zdają sobie sprawę, że musi być jakiś sposób na demony, choć od najmłodszych lat wpaja się im, że demony są nie do pokonania. Ich losy są opisywane przez autora od lat dziecięcych do dorosłości.
Malowany Człowiek jest debiutancką książką australijskiego autora Petera Bretta. Debiut ten jest bardzo udany, bowiem powieść wciąga już od pierwszych stronic. Mimo że są to grube tomiszcza, przebrnęłam przez całość tak szybko, jakbym miała do czynienia ze stustronicową książeczką. Do treści naprawdę ciężko się przyczepić: zarówno opisy przyrody, jak i uczuć przeżywanych przez coraz liczniejszych bohaterów są dobrze opisane. Charaktery postaci, zarówno tych pierwszo jak i drugoplanowych są świetnie zarysowane, przez co nie mamy najmniejszych problemów z wyobrażeniem ich sobie.
Jedyną wadą tej powieści jest jej polskie wydanie. W innych krajach możemy całość zakupić w jednym opasłym tomie, zaś u nas musimy kupować Malowanego Człowieka podzielonego na dwie części. Gdyby nie promocja w Empiku, zapewne nie zdecydowałabym się na zakup tej książki… i ominęłaby mnie naprawdę warta uwagi lektura.
Mimo złego pierwszego wrażenia, książka naprawdę mi się spodobała. Styl pisania autora jest lekki, przez co naprawdę szybko się czyta. Już się nie mogę doczekać, kiedy dostanę w swoje ręce kolejne dzieła Petera Bretta.

 

Tytuł: Malowany Człowiek
Tytuł oryginalny: The Painted Man
Autor: Peter V. Brett
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: 2008
Liczba stron w pierwszej części: 500
Liczba stron w drugiej części: 313
Tłumaczenie: Marcin Mortka
Projekt okładki: Paweł Zaręba
Oprawa: miękka
ISBN części pierwszej: 978-83-7574-467-5
ISBN części drugiej: 978-83-7574-463-7
piątek, 04 maja 2012, fosher

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka