Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Carey Jacqueline, Wcielenie Kusziela

Autor:  [abominationasciturautumno.blogspot.com]

 

Do trzeciego tomu Trylogii Kusziela zabrałam się w rok po oczarowaniu częścią pierwszą, na pewno najbardziej innowacyjną i zachęcającą do oczarowań. Tom drugi lekko powielał już schemat, niemniej jednak ta drobna rysa wcale nie zakłócała obrazu całości; powtórnie wrzuciłam losy Fedry na półkę pod plakietką literackich cudów. Tym razem zapowiada się inaczej, myślałam, przeczytawszy kilkanaście pierwszych rozdziałów. Ostatnia część trylogii, a wstęp oscyluje na granicy toporności, nie tego można się było spodziewać. Więc, czyżby tym razem zawód?

Poprzednie tomy Trylogii Kusziela przyzwyczajają do stylu kunsztownego i „kobiecego”. Jakkolwiek ten drugi termin nie byłby krytykowany czy nawet odrzucany, zdaję się tu na prostą definicję skojarzeniową. W tym przypadku oznaczającą delikatność w opisach, zachwyty nad pięknem i emocjonalność niekiedy przechodzącą u Fedry w emfazę. Ale wiadomo jak to z Fedrą bywa i wiele jej można wybaczyć. Ponadto trzeba przyznać, że wszystkie te atrybuty, tak w części pierwszej jak i drugiej, zgrabnie ze sobą współgrały. Założenia są bowiem takie, iż Terre d’Ange to kraina „nieprześcignionego piękna i wdzięku”, zaludniona dzięki nasieniu Błogosławionego Elui, czyli dziecka Jeszui ben Josefa i Magdaleny, oraz jego Towarzyszy, czyli ośmiu aniołów podążających za wzgardzonym wnukiem Boga Jedynego. Nawet jeśli komuś wydaje się to historia poplątana i dziwna, właśnie przez wzgląd na ten fakt powinien przyznać jedno – idealnie wpasowuje się w koncepcję religii.

Niczego z powyższych nie brak we „Wcieleniu”. Carey wciąż raczy nas wspaniałym językiem i wyśmienitą narracją, inteligentnymi dialogami oraz barwną i przemyślaną historią. Oraz, naturalnie, głęboką emocjonalnością głównej bohaterki. Nie tylko zresztą emocjonalnością, bowiem mimo upływu dekady w Fedrze nie zmieniło się wiele. Dalej zmaga się ona z pożądaniem, jak na naznaczoną przez Kusziela przystało, dalej zniewala urodą, często drży i wzywa Eluę. To ostatnie nie wróżyło dobrze wspomnianemu już początkowi. Nie działo się nic niebywałego, wręcz niebywałości strasznie nam poskąpiono, jednak Wybranka co rusz widziała znaki. Być może miało to na celu wywołanie dreszczyku tudzież zachęcenie, by sięgnąć po więcej, ale jeśli tak, to niestety nie podziałało z efektem.

Przyznam, od początku przewidywałam, że „Wcielenie” nie przebije (innowacyjnej) części pierwszej. Wówczas opowieść otwierało dzieciństwo Fedry i jej wybryki oraz komiczne sytuacje rozrzedzały rosnące natężenie powagi, co czytelnikowi podobnemu do mnie na pewno uprzyjemniało rozrywkę. Tym razem zabieg ten popadł w zapomnienie, ale nic to, okazało się, że nie muszę po nim rozpaczać. Gdy tylko pierwsza dłuższa wyprawa dobiega końca, to jest po jakichś stu osiemdziesięciu stronach, Fedra i przyjaciele stawiają stopy na ziemi dalekiego i egzotycznego kontynentu. Skojarzenie z piramidami jak najbardziej wskazane. Wtedy to nad lekturą zaczynają pojawiać się dziwne emanacje, rosną połacie cienia w zakamarkach pomieszczeń, temperatura spada i nawet wiatr zaczyna hulać za oknem… a przynajmniej takie można odnieść wrażenie. W każdym razie zaczyna robić się mrocznie i mroczność ta pozostaje, w tej czy innej formie, aż do samego końca. Co ważne, moment ten powołuje do życia także doniosłość wydarzeń i szybsze tempo ich rozgrywania. Jak również działa łagodząco na myśl o feralnym początku. W ofercie dostajemy doznania jakbyśmy sami znaleźli się w krainie palm daktylowych, dusznego, przesyconego zapachami powietrza i gorącego piasku. Carey nareszcie korzysta z tych niezwykłych zdolności, które uprzednio, gdy pozostawaliśmy w znanym nam Terre d’Ange, zwyczajnie się marnowały.

Minąwszy półmetek, atmosfera grozy przekształca się w atmosferę wielkiej tajemnicy. Fedra, niejako podążając Lungo Drom, zbliża się do kresu swojej wędrówki, a sposób, w jaki Carey opisuje te wydarzenia, wywołuje wypieki na policzkach. Odkrywamy, że wzór, o którym wcześniej rozprawiano, rzeczywiście istnieje i odkrycie to zmusza do przyznania autorce talentu. Nie tylko za każdy szczegół z osobna, ale przede wszystkim za szczegóły zebrane w całość: kompozycję tego trzeciego tomu i wszystkich trzech razem wziętych. Ponieważ Trylogia Kusziela odznacza się tym, czego w wielu książkach brakuje – starannością w doborze i spójnością wszystkich elementów. Stąd też, doczytawszy do końca, porzuciłam spekulacje o lepszych czy gorszych tomach. Inny zamysł, inne chwyty autorki, większy rozmach „Wcielenia”, a też jego wartość jako dopełnienie sagi sprawiły, że to zadanie minęło się z celem. Jedno zaś jest pewne: Jacqueline Carey wspaniale dokończyła dzieła.

piątek, 04 maja 2012, fosher

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka