Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Carriger Gail, Bezzmienna

Autor recenzji: Alannada [luincaerherbata.blogspot.com]

 

Z powodu sagi Zmierzch zwykle reaguję na wzmianki o wampirach i wilkołakach pogardliwym grymasem i wzruszeniem ramion, ale miałam przeczucie, że Bezzmienna, drugi tom opowieści o przygodach Alexii Tarabotti, tak jak zaledwie kilka innych książek o klastych i futrzastych, pokaże mi się od zgoła innej, o wiele bardziej atrakcyjnej, strony.

Książka postarała się spełnić pokładane w sobie nadzieje i zaczęła od okładki. Rzadko kiedy spotykam się z książką fantasy, której okładka tak bardzo by przypadła mi do gustu. Bliższe oględziny okładki pozwoliły mi na znalezienie krótkiej notki o autorce. Niestety, ta notka mnie nie zaciekawiła i zasiała pewien niepokój co do treści samej książki. Przed oczami stanęła mi kolejna Mary Sue. Powieść ukazała się w czerwcu tego roku nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka (strona książki: Bezzmienna).

Alexia, świeżo upieczona lady Maccon, małżonka alfy Woosley Castle, członkini gabinetu cieni, organu doradczego królowej Wiktorii, została obudzona przez swą brzydszą połowę, która to połowa opuściła zamek szybko i bez wyjaśnień, odziana zdecydowanie nieprzyzwoicie.
Kiedy zaś sama Alexia wyruszyła do Londynu w swoich sprawach, zastała na zamkowym trawniku pułk, o powrocie i obecności którego nikt nie raczył jej powiadomić. Na domiar złego na horyzoncie zamajaczyła panna Ivy, jej najlepsza przyjaciółka, z wieścią, że jest zaręczona.
Gdy w końcu lady Maccon dotarła, ze sporym opóźnieniem, do Londynu, okazało się, że niemałą jego część ogarnął potężny egzorcyzm sprawiający, że wampiry i wilkołaki nie mogły korzystać ze swych mocy i się zmieniać, a rezydujące na egzorcyzmowanym terenie duchy znikły jak... no... duchy.

Z powodu nadprzyrodzonych mocy naszej bohaterki i jej naturalnej predyspozycji do humanizowania wampirów i wilkołaków podejrzenia padły na skromną osobę Alexii. Młoda dama powzięła więc postanowienie, że rozwiąże ową zagadkę (w miarę możliwości przed wampirami), a przy okazji odszuka swego małżonka, który zdecydował się ulotnić do Szkocji w sprawach rodzinnych.

W planach musiała uwzględnić kiełkującą miłość panny Hisselpenny i clavigera zwanego Tunstell, francuską wynalazczynię madame Lefoux, swą własną słodką siostrzyczkę zazdrosną o ślub innej siostry, truciciela, a także przelot nad Anglią w sterowcu i poza nim.
Należy zauważyć, że autorka poświęciła wiele miejsca opisywaniu uczuć i myśli bohaterki powieści. Także stroje oraz - o zgrozo! - kapelusze Ivy Hisselpenny były opisane ze szczegółami. wa opisowość nie raziła i nie utrudniała jednak lektury, wręcz przeciwnie, dostarczała masy ciekawych - i w przypadku kapeluszy panny Ivy śmiesznych - informacji o modzie i kulturze tamtych czasów. Niestety, kiedy przychodziło do objaśniania wyglądu i działania maszyn moja skromna osoba dawała za wygraną.

Główna bohaterka okazała się być bardzo praktyczną kobietą nie posiadającą duszy, ale mającą za to ogromny talent do bycia złośliwą. Lady Alexia była osóbką inteligentną i bystrą, nieskorą do mdlenia, stanowczą i posiadającą mocny głos, co przydaje się, kiedy po domu biega wataha. Jej pragnienie dotarcia do sedna oraz brak skrupółów w wykorzystywaniu parasolki jako broni bliskiego zasięgu zasłużyły sobie na mój szczery podziw.
Alternatywny Londyn pełen wampirów i wilkołaków okazał się być miejscem pełnym tajemnic, dawnych zdrad i nowych spisków. Nawet moda i etykieta okazały się być narzędziem politycznej walki tych dwóch gatunków tak odmiennych od siebie i zarazem bardzo podobnych, choć oni sami do owego podobieństwa się nie przyznawali.

Warto zwrócić także uwagę na technikę i różne gadżety, które nie tylko ułatwiały szybkie przemieszczanie się, ale i usprawniły komunikację.

Bezzmienna pokazuje dobitnie, że bycie damą nie oznacza, że trzeba siedzieć w domu i odkurzać meble. Można też złapać parasolkę w garść, w drugą chwycić aktówkę, i ruszyć na spotkanie przygody. Powieść jest dobrą lekturą, ciekawą, zabawną a niekiedy także mroczną. Dowiadujemy się, jak wygląda ostatni krzyk mody z Paryża, jak parasolka może z powodzeniem zastąpić kuszę i jak wyciąga się zeznania z osób przedwcześnie zmarłych.

Ocena
Wciągliwość - 4
Wygoda czytania - 5
Jak bardzo mi się podobało? - 4

 

Książkę od wydawnictwa Prószyński i S-ka

 




 

Autor recenzji: Jenny [oczami-jenny.blogspot.com]

 

Sięgając po raz pierwszy po Protektorat Parasola, miałam najróżniejsze wyobrażenia „Bezzmiennej”. Spodziewałam się wszystkiego: od ckliwego romansu, przez dramat psychologiczny, do arcyskomplikowanego kryminału. A jednak mimo wszystko książka mnie zaskoczyła.
 
 
Lorda Conalla Maccona nie trzeba nikomu przedstawić. Ten gwałtowny, porywczy i dość głośny Szkot jest jednym z najsłynniejszych dżentelmenów wiktoriańskiego Londynu. Dżentelmenem, który przez niemal dwieście lat był kawalerem! Na szczęście, nie długo po poznaniu panny Alexii Tarabotti, londyńskie gazety mogły oświadczyć, że alfa watahy Woolsey znalazł sobie małżonkę. Szczęście młodej pary (a właściwie Alexii) nie trwa jednak długo: małżonek nagle znika, zostawiając na jej głowie pułk nadprzyrodzonych żołnierzy i tabun zaklętych duchów na trawniku, przyjaciółka wychodzi za mąż, matka przywozi irytującą siostrę, nie mówiąc już o tym, że w Londynie panuje dziwny wirus śmiertelności.  O nie! – lady Maccon nie pozwoli na to, by wszystko to spoczywało na jej barkach!  Wyrusza z garstką przyjaciół, służby i szpiegów do Szkocji śladami męża, by znaleźć powód jego nieoczekiwanego wyjazdu. Nikt się jednak nie spodziewa takiego obrotu sprawy…
 
Gdy tylko skończyłam ostatnią stronę drugiego tomu serii Gail Carriger zaczęłam się zastanawiać jak krótko, acz precyzyjne opisać tę książkę, tak by spodobało się to moim znajomym. Uznałam, że „paranormalna powieść detektywistyczna z wątkiem miłosnym w tle” doskonale odzwierciedli charakter książki.  I choć wątkowi detektywistycznemu jest bliżej do Byka Kreteńskiego z Herkulesem Poirot niż do Psa Baskerville’ów z Sherlockiem Holmes’em, nadal mamy do czynienia z intrygującą zagadką. Wątki miłosne dodają historii smaczku (zamiary Felicity względem Tunstella były całkowicie nieodpowiednie – podobnie zresztą jak zamiary panny Ivy – a zachowanie madame Lefoux było co najmniej niepoprawne i niezwykle kontrowersyjne!), a obecność wampirów, wilkołaków, bezdusznych i duchów było wisienką na szczycie tortu (choć dla mnie bardziej odpowiednie byłoby porównanie do warstwy cukru-pudru na napoleonce).

 

Cała recenzja na




 

Autor recenzji: Książkówka [ksiazkowka.blogspot.com]

 

Niedawno, a konkretnie dziewięć miesięcy temu, poznałam pewną osobliwą kobietę. Wtedy jeszcze panienkę (bardziej zgryźliwi przed panienką dodaliby określenie „starą”, ale ja na szczęście taka nie jestem), uściślając jej stan cywilny. Miała na imię Alexia, a nazwisko – ze względu na to, że było jednym z najbardziej dźwięcznych, jakie dane mi było w życiu wymawiać – mocno zapadło mi w pamięć. Brzmiało ono Tarabotti. Czy ktoś już może kojarzy, o kim mowa? Jeśli nie, to śpieszę z informacją, że chodzi o bohaterkę powieści Gail Carriger pt. „Bezduszna”. Panna Alexia tak mnie urzekła swoim specyficznym charakterem, stylem bycia i zamiłowaniem do okładania kogo popadnie ulubioną parasolką, że postanowiłam poznać jej dalsze losy.
I tak, całkiem niedawno, wpadła mi w ręce druga część z zapisu życia panny Tarabotti pt. „Bezzmienna”. O przepraszam! Teraz już pani Maccon (lub też lady Woolsey, jak kto woli) odkąd poślubiła pewnego osobliwego wilkołaka. Cóż u niej, zapytacie? Jak jej się wiedzie? Czy się zmieniła? Czy jej zwyczaj wpajania innym kultury za pomocą parasolki odszedł w zapomnienie? Odpowiedź na ostatnie pytanie przyszła szybciej, niż myślałam:
Jak śmiesz! Ty bezczelny – (łup!) – arogancki – (łup!) – nadęty – (łup!) – krótkowzroczny psie – (Łup, łup!).[1]
Czy uczy manier jakiegoś podrzędnego wilkołaka, czy majora Channinga z Channingów chesterfieldzkich – nie miało to już dla niej większego znaczenia. Zamążpójście zatem, nie wpłynęło na powściągnięcie bezpośredniości i ograniczenie zręczności lady Maccon w posługiwaniu się parasolką – to już wiem na pewno. A co dalej w jej burzliwym życiu?
Dalej, moi drodzy, doświadczyć możemy nad wyraz intrygującej podróży sterowcem do Szkocji, gdzie lady Woolsey miała wątpliwą przyjemność zażywania lotu po jego zewnętrznej stronie. Nie podróżowała, co prawda, tym sposobem przez cały czas, ale wierzcie mi, że skok na bungee może się przy tym schować…
Fakt, że udała się tam w poszukiwaniu swego męża w dość obszernym towarzystwie, wpłynął zbawiennie na jej zdolność zachowania funkcji życiowych. Co nie znaczy jednak, że na tym skończyło się dybanie losu na jej życie, a raczej nie losu, tylko zdrajcy, którego czym prędzej musiała zdemaskować. Jednak, jak go rozpoznać w tłumie, bądź co bądź, zadeklarowanych przyjaciół?
W tak zwichrowanym i niebezpiecznym stylu życia lady musiała mieć zapewnioną pomoc. Czyją? Wiadomo, parasolki! Ale nie takiej zwykłej, jak wcześniej, o niee… To parasolka stuningowana, wyposażona w rozliczne opcje unieszkodliwiania lub zabijania wroga. Do wyboru, do koloru! Zatrzymanie silnika parowego? Nie ma sprawy! Aplikowanie trucizny? Proszę bardzo! Wystarczy tylko dobrze opanować te wszystkie funkcje, by być panią życia i śmierci. Pod warunkiem oczywiście, że jej właściciel sam się nią przez przypadek nie unieszkodliwi…
Przygód w fabule nie brakuje, wierzcie mi. Poza walką o życie (choć o nieżycie chyba też) w powieści występuje także wątek zatrważającego pocałunku, który okazał się być… mokry (kto to widział takie rzeczy?!) albo niezwykle burżujską rozrywkę odwijania mumii. Chcecie więcej?
Chętnie opowiedziałabym jeszcze kilka innych fascynujących wątków, gdybym była pewna, że nie zabiorę Wam tym radości z czytania. A wierzcie mi, że podczas lektury na pewno jej nie zabraknie, bo sama wielokrotnie łapałam się na tym, że przed przystąpieniem do niej, uśmiechałam się do siebie w duchu na myśl o ponownym spotkaniu z lady Maccon, jej wilkołakowym i wiecznie nienasyconym erotycznie mężem oraz resztą bohaterów.
Styl drugiej części przygód tej nadzwyczajnej damy jest bardzo podobny do pierwszej – nadal ten sam bajeczny język, powalająca na kolana ironia, poczucie humoru przesiąknięte nutą sarkazmu, jak również otoczka czasów wiktoriańskich. Bywa, że druga część jakiejś serii mocno traci na wartości w porównaniu z pierwszą, jednak w przypadku „Bezzmiennej” jest to całkowicie wykluczone. Podczas tak pasjonującej lektury nie sposób się nie śmiać czy nudzić, niemożliwe jest po prostu niepokochanie Gail Carriger za wykreowanie tak cudownej postaci! Ach, jak pomyślę, że mam w zasięgu ręki kolejną część... to już mi się serce cieszy!
I wezmę ją, i przeczytam! Wbrew twierdzeniu jednej z bohaterek:
Ja unikam czytania, jeśli tylko mogę sobie na to pozwolić. Strasznie psuje wzrok. I czoło się od niego marszczy, o tutaj.[2]
A co mi tam! Niech się marszczy. Na botoks zacznę sobie odkładać…
Ocena: 6/6



piątek, 04 maja 2012, fosher

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka