Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Cooper Elspeth, Pieśni ziemi

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Pieśni Ziemi
Autor: Elspeth Cooper
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 384
Rok wydania: 2011
Cena: 37,80 PLN
Ocena recenzenta: 3/10

 

Przeciętne, niskolotne fantasy w 99% przypadków opiera się na tym, że główny bohater w dwa tygodnie przechodzi drogę from zero to hero, zdobywając ekwipunek śmierdzący magią na kilometr, a jedno kichnięcie protagonisty jest w stanie położyć wrogi oddział trupem w ułamek sekundy. I tak oto wyekwipowany były członek nizin społecznych musi stawić czoła pradawnemu zagrożeniu, o którym wie tylko on i jego przyjaciele. Brzmi znajomo?


Gair to odmieniec – słyszy Pieśń, co w Świętym Mieście jest równoznaczne z wyrokiem śmierci. W świecie chłopaka magia jest jednym z największych przekleństw, które trzeba zdusić w zarodku, nim zdąży się narobić za jej pomocą większych szkód. Kościół działa niczym średniowieczna Inkwizycja – brutalnie, lecz skutecznie. Tylko cudem Gair unika śmierci i udaje się z nowopoznanym mentorem do Kapitularza, gdzie ma przejść szkolenie i nauczyć się panować nad swoimi mocami. Jednocześnie Masen, Strażnik Całunu, udaje się w długą i najeżoną niebezpieczeństwami podróż, by ostrzec zwierzchników o Pękaniu Całunu, który rozdziela dwa światy (a to tradycyjnie grozi zagładą ludzkości). W samym Świętym Mieście ktoś potajemnie szykuje też przewrót…

"Pieśni Ziemi" to dopiero pierwszy tom trylogii, a więc trzy wątki fabularne zostają przez autorkę co najwyżej zawiązane, lecz nie zakończone. Co więcej, przez bardzo długi czas nie mają one ze sobą żadnych punktów wspólnych, co tylko utrudnia odbiór i czyni lekturę bardziej chaotyczną. Mimo iż zapoznajemy się z trzema wątkami, wszystkie nużą i aż rażą swoim schematyzmem. Wątek Gaira jest (z oczywistych względów) najbardziej obszerny i jednocześnie wykonany najlepiej – nie oznacza to jednak, iż nie razi swoją powolnością. Dwa pozostałe wręcz emanują wszechobecną nudą i prostotą.

Niewiele można powiedzieć o samych bohaterach oprócz tego, że są wykreowani nad wyraz słabo, płytko, a relacje pomiędzy nimi najeżone są drętwotą i sztucznością – niczym w niskobudżetowym przedstawieniu, którego reżyser borykał się z poważnymi brakami kadrowymi.

Książce nie pomaga prawie całkowity brak oryginalności. Jak wiele dzieł debiutantów, "Pieśni Ziemi" to wręcz klasyczne "kilkanaście w jednym", wraz z podręcznikową fabułą i światem do złudzenia przypominającym nasze średniowieczne realia. Tylko kilka niewielkich elementów zostało przez autorkę zaprojektowanych mniej lub bardziej skutecznie, wszystko inne zaś to mniej lub bardziej udane kalki tego, co już było – i to nie raz.

"Pieśni Ziemi" to kiepski debiut – fabuła nie oferuje absolutnie nic, czego nie widzieliśmy już w tym gatunku, autorka zaś nie dodaje od siebie właściwie niczego, a tylko kopiuje elementy twórczości innych autorów. Podzielenie fabuły na trzy kiepskie wątki, które nie mają w pierwszym tomie trylogii ze sobą wiele wspólnego, jest tylko kolejnym gwoździem do trumny. Przy większym zaangażowaniu autorki w tworzenie świata, "Pieśni Ziemi" miały szansę stać się całkiem interesującą pozycją. Finalnie są nudnym, schematycznym fantasy, jakich napisano i wydano już tysiące.

 

 

 

Autor recenzji: Jenny [oczami-jenny.blogspot.com]

 

Gair nie powinien żyć. Nie za to kim jest. A jest czarodziejem, który nie dość, że żyje w Świętym Mieście, to jeszcze jest bogobojnym nowicjuszem Zakonu Suvaeon. A przecież Księga Eador jasno mówi: „Nie dozwolisz żyć czarownikowi.” Gruby sznur już dawno powinien zawisnąć na jego szyi. Jego ciało od dawna powinno być pochłonięte przez płomienie. A jednak młodzieniec żyje i ma się całkiem dobrze. Ansel – preceptor Zakonu – daruje mu karę śmierci, żąda jednak opuszczenia parafii oraz naznacza ekskomuniką i piętnem. Od tej pory chłopakiem opiekuje się Alderan i zabiera go na Zachodnie Wyspy, gdzie całe jego życie stanie na głowie.

Gdy skończyłam ”Pieśni Ziemi”, ze smutkiem spojrzałam na okładkę i stwierdziłam, że we współczesnych czasach, dobra reklama może już tylko skrzywdzić książkę. „ Jedna z najlepszych powieści fantasy 2011” kłuje w oczy pod tytułem. „Mhm, mhm. Oczywiście. Jak zawsze.” pomyślałam, choć i tak zdecydowałam się na przeczytanie powieści. Przysłowie „Nie oceniaj książki po okładce” – nadal aktualne. Ale zacznijmy od początku.

„Pieśni ziemi” zostały napisane prostym, dostępnym dla każdego językiem. Pomimo małej ilości dialogów (w porównaniu z 3-4 stronowym tekstem ciągłym), w książce rzadko spotykamy się z rozciągłymi i nużącymi opisami otaczającej bohaterów przyrody. Fabuła wciąga bez reszty, przez co historię się po prostu pochłania. Nie licząc pierwszych 80 stron, przez które ciężko mi było przebrnąć (ze względu na to, że nie chciałam na książkę patrzeć pod względem kolejnej pracy, a pod względem rozrywki), książkę przeczytałam w nieco zapracowany weekend.

 

Cała recenzja na



piątek, 04 maja 2012, fosher

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka