Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Kittredge Caitlin, Żelazny cierń

Autor recenzji: Jenny [oczami-jenny.blogspot.com]

 

W świecie maszyn, parowych silników i potężnych mostów, Aoife czeka, aż nekrowirus, który przemienił w szaleńców jej najbliższą rodzinę, dosięgnie także i ją. Nie ma ucieczki przed śmiertelną chorobą... Póki jednak Aoife może samodzielnie myśleć, póki krew w jej żyłach płynie, dziewczyna uczy się wymarzonego fachu w szkole inżynierów.
Pewnego dnia Aoife dostaje list od brata, w którym ten prosi ją o pomoc. Conrad uciekł z domu zaraz po szesnastych urodzinach i słuch po nim zaginął. Dziewczyna, w towarzystwie przyjaciela, Cala oraz dziwnego przewodnika, Deana, wyrusza do domu swego ojca, jedynego miejsca, do którego mógł udać się Conrad, gdy porzucił pogrążającą się w szaleństwie rodzinę. Niebezpieczna wyprawa przynosi Aoife wiedzę. Wiedzę, której posiąść nie powinna i która ściąga na nią śmiertelne niebezpieczeństwo.

"Dean, ja bardzo pragnę uwierzyć, że jestem w stanie robić rzeczy, o jakich zwykłe dziewczyny mogą tylko pomarzyć. Chcę uratować brata jak bohaterka z książki. Ale historie z książek nie są prawdziwe. Najzupełniej realni są za to Nadzorcy i w końcu nas odnajdą. "


H.P. Lovecraft'a samego w sobie można znać albo nie. Można było czytać jego powieści i opowiadania albo nie. Jednak z jego mitologią spotykamy się niemal na każdym kroku - czy tego chcemy czy nie - często całkiem tego nieświadomi. Jeśli więc chcemy zacząć naszą przygodę z Lovecraft'em, to "Żelazny cierń" idealnie się nadaje na początek.

W dzisiejszych czasach dobra książka nie może być po prostu książką spełniającą warunki poprawnie napisanej. Nie może opowiadać JAKIEJŚ historii i cieszyć się popularnością tylko dlatego, że jest. By książka okazała się bestsellerem lub fenomenem musi spełniać kryteria książki dobrej i mieć w sobie to COŚ. A w przypadku "Żelaznego ciernia" tym czymś jest ciągła niepewność.
Aoife (Ee-fah!) dowiaduje się rzeczy i widzi zdarzenia, jakich widzieć nie powinna. Tajemnice Graystone, życie Archibalda Grayson'a, Życzliwi, Kraina cierni czy Dziwność to rzeczy, o których nie wie niemal nikt, a które są stanie zmienić cały świat. I choć dziewczyna wierzy, że to wszystko istnieje, wie też, że w jej żyłach krąży nekrowirus, przez którego ludzie popadają w obłęd. Przez niego Nerissa trafiła do szpitala dla szaleńców, a Conrad chciał ją zabić. Przez niego Cal nie chce jej uwierzyć.
Przez niemal całą książkę zastanawiamy się czy to co widzi Aoife może naprawdę dziać się w alternatywnym Massachusetts w latach 60. czy może to jednak szaleństwo spowodowane przez chorobę.

Wszelkie podstawowe warunki napisania dobrej książki również zostały spełnione. Pomysł na Żelazny Kodeks jest niesamowity. Wartka akcja i ciekawi bohaterowie sprawiają, że od książki nie możemy się oderwać, a jeśli nie mamy wolnego popołudnia, robimy wszystko, by znaleźć choć odrobinę czasu na ponowne znalezienie się w świecie wykreowanym przez Caitlin Kittredge. Tłumacz również spisał się na medal, ponieważ książkę czyta się miło i szybko.

A skoro już wspominałam o bohaterach...
Szczególną sympatią darzę główną bohaterkę - Aoife Grayson. I nie chcę tutaj wychodzić na narcyzę, ale to co mi się w niej podobało, to to, że jest podobna do mnie. Przyszła pani inżynier  twardo stąpająca po ziemi, gotowa jednak w każdej chwili uwierzyć w coś nie z tego świata. Za wszelką cenę próbująca udowodnić ludziom, że inna nie znaczy gorsza. Interesująca się bardziej nowinkami technicznymi niż panującą modą. Namiętna czytelniczka.
No i są jeszcze Cal i Dean. Racjonalista i heretyk. Samotnik i dusza towarzystwa. Przyjaciel i powiernik największych sekretów. Szpieg i wojownik. Płochliwy i odważny. Ta dwójka podróżująca z Aoife jest tak różna, że po premierze miłośnicy "Żelaznego ciernia" natychmiast podzielą się na dwa obozy. I choć obaj chłopcy są niezwykli i sympatyczni, osobiście stoję po stronie Deana.

Trochę dziwnie mówić o takich rzeczach w steampunkowej młodzieżowej książce opartej na twórczości Lovecraft'a, gdzie akcja rozgrywa się w dysopijnym USA w latach 60., ale "Żelazny cierń" jest jedną z tych książek, którą bez obaw można przerabiać na lekcjach języka polskiego. Obok fantastycznej przygody, w książce poruszane są tematy poważne, ponadczasowe. Gdyby wymazać z książki świat jako taki oraz wątki fantastyczne, okazałoby się, że książka jest uniwersalna, a problemy jakie spotykają bohaterów dotyczą także i nas.

Nie ma niestety róży bez kolców. Jedynym minusem jaki znalazłam w książce jest... mapka! Kocham mapki wszelakie w książkach, więc gdy zobaczyłam dwie śliczne na początku książki, przykleiłam się do nich i chciałam zapamiętać każdy ich szczegół. Nie możecie sobie nawet wyobrazić, jaką miałam minę, kiedy zauważyłam... Że te mapki jakoś nie odpowiadają temu, co napisała autorka! Z wielkim bólem serca musiałam więc je odłożyć na bok i radzić sobie bez nich.
Nie ma róży bez kolców. Na szczęście po tę różę warto sięgnąć bez względu na kolce, które i tak przecież nie kłują.
Nigdy nie stawiam w recenzji książkom ocen jako takich. Jestem przeciwniczkom skal dla książek, ponieważ ocena sprawia, że odbiorca recenzji nie zastanawia się nad tym czy wspomniane wady czy zalety są dla niego ważne czy nie (jak wiemy, dla każdego ważne jest co innego), tylko zamyka swoje zdanie w pewnych ryzach recenzenta, wyolbrzymiając lub bagatelizując nie te cechy książki, które powinien. Dziś jednak z czystym sumieniem wstawiam "Żelaznemu cierniowi" ocenę 9/10, a biorąc pod uwagę fakt, że 10/10 daję jedynie wielkim dziełom literackim, pierwszy  tom Żelaznego kodeksu znaczy dla mnie naprawdę wiele.
Ze zniecierpliwieniem czekam na kolejne tomy Żelaznego Kodeksu i serdecznie polecam wszystkim fanom fantastyki.

"Kowboju, wyświadcz nam przysługę - rzucił przewodnik - i jeśli podczas tej wyprawy zechcesz nazwać bluźnierstwem coś jeszcze... to zamilcz."



 

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Żelazny cierń
Autor: Caitlin Kittredge
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 452
Rok wydania: 2012
Cena: 37,90 PLN
Ocena recenzenta: 2/10

 

Elementy post-apokaliptyczne osadzone w steampunku i podlane klimatem rodem z dzieł Lovecrafta – taką książkę trudno zepsuć. I zapewne tak byłoby w przypadku „Żelaznego ciernia”, gdyby innowacyjność nie sięgała w niej wyłącznie fundamentów. Autorka najwyraźniej całą resztę pozostawiła przypadkowi.

„Żelazny cierń” od samego początku atakuje ciężkim, dusznym klimatem – znajdujemy się w Ameryce w bliżej nieokreślonej epoce, niedługo po epidemii tajemniczego nekrowirusa, który dość mocno wytrzebił ludzkość i na nowo zdefiniował jej sposób bycia. Mrok zaczął skrywać potwory, które tylko czekają na to, aż nieświadoma niczego ofiara wkroczy na ich terytorium.

W tym miejscu warto wspomnieć, że fascynacja autorki Lovecraftem w pewnych momentach zaczyna po prostu być denerwująca – szkoła, do której uczęszcza główna bohaterka nazywa się nie inaczej, jak „Akademia Lovecrafta”, inne elementy powieści z kolei niebezpiecznie blisko ocierają się o charakterystyczne motywy jego twórczości.

Okładka „Żelaznego ciernia” nie pozostawia złudzeń – po raz kolejny do czynienia mamy z historią młodej dziewczyny rzuconej w wir przygody. Oczywiście nie może być to bohaterka bez mrocznej przyszłości – jej brat zniknął, a matka została zamknięta w zakładzie dla obłąkanych. I, jak nietrudno przewidzieć, nie minie wiele czasu, nim tuż obok autorka zacznie doprowadzać do metamorfozy bohaterki, w której wyniku otrzymamy zakochaną dziewczynę, której serce mówi jedno, a rozum drugie.

Szczególnie mocno eskalowany jest przez autorkę ostatni wspomniany wyżej wątek. Co gorsza, bardzo mocno kontrastuje on z tłem powieści – jest kwestią nadrzędną w stosunku do fabuły. W efekcie świat spada na drugi plan, by Kittredge mogła snuć przed czytelniczkami wizję kolejnego księcia z bajki.

Skoro o świecie mowa – przez około pięćdziesiąt pierwszych stron faktycznie można poczuć, że „Żelazny cierń” pozytywnie wybija się ponad innymi książkami z tego gatunku przez klimat, bezpardonowy i nie zawoalowany. Jednak im dalsze postępy w lekturze, tym mocniej potwory zaczynają pełnić funkcję straszaka, który ma raczej powstrzymać ciekawskich przed zapuszczaniem się w ciemne zaułki. Prawdziwe zagrożenie jest tu wyczuć trudno, wszystko odbywa się raczej na zasadzie deus ex machina – zawsze ktoś przyjdzie bohaterom z pomocą, czy też sami wpadną na genialny sposób wyjścia z opresji, którego nie powstydziłby się sam McGyver.

Elementy steampunku początkowo wydają się być właśnie fundamentami powieści, które nadają jej charakterystycznego sznytu. Finalnie jednak steampunk jest przez autorkę traktowany aż nadto dosłownie – elementów tego podgatunku jest niewiele, a wszystkie aż nazbyt oczywiste (wymierzanie kar za pomocą pary, czy też sterowce). Bardzo szybko steampunk zostaje silnie wyparty przez lokalny system magii, religii i mistycyzmu. W efekcie trudno określić, czy mamy do czynienia z czymś innym, niż po prostu dark fantasy z kilkoma elementami zaczerpniętymi z innych gatunków.

Pod względem literackim autorka radzi sobie, co tu dużo ukrywać, słabo. Wepchnęła ona w fabułę na siłę jak najwięcej epizodów, by maksymalnie odwlec od siebie czas, gdy nadejdzie pora na zakończenie prac nad powieścią. W efekcie z „Żelaznego ciernia” wylewa się wręcz niewyobrażalna nuda, przeplatana masą niepotrzebnych w fabule scen, postaci czy dialogów. Sam język także nie powala swoim bogactwem i estetyką – bez odpowiedniego użycia własnej wyobraźni trudno na podstawie opisów autorki oddać pełny obraz danej sceny, bo informacje na temat wystroju pomieszczeń, czy nawet nastrojów bohaterów są szczątkowe.

W tłumaczeniu denerwować może wybiórczość w translacji nazw własnych – co stało na przeszkodzie, by przetłumaczyć „Ravenhouse” na rodzimy język, szczególnie że praktycznie wszystkie inne nazwy własne przetłumaczone zostały? Nie wiadomo.

„Żelazny cierń” nie oferuje właściwie nic ponad to, co inne powieści tego typu – nudna, przewidywalna fabuła z tradycyjnym wątkiem miłosnym, i niesamowite wręcz rozwleczenie historii w czasie, co skończyło się lekturą zakończoną w bólach. Traktować ją należy jedynie jako ciekawostkę przez oryginalny początkowy zamysł autorki dotyczący świata powieści. Trudno jednak mówić o stworzeniach podwalin kolejnego podgatunku fantastyki, jakim mógłby być steamcraft.

piątek, 04 maja 2012, fosher

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka