Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Kossakowska Maja Lidia, Siewca wiatru

Autor recenzji: Jareckr [jareckr.blox.pl]

 

Będę szczery: jedno z moich spotkań z twórczością pani Mai nie należało do udanych. W części szóstej antologii „Wizje alternatywne” znajduje się opowiadanie „Rekwiem dla niewinnych”, przy którym skapitulowałem. Z pełną świadomością zaprzestałem czytania i tyle. Zupełnie inaczej rzecz miała się ze „Szkarłatną falą” w zbiorze „Deszcze niespokojne”. Krótka forma traktująca o amerykańskim żołnierzu przeobrażonym w demona na jednej z wysp Pacyfiku należała do najlepszych w zbiorze.

Tym razem przyszła kolej na powieść o pokaźnych, bo sięgających ponad sześćset stron, rozmiarach. W „Siewcy wiatru” głównymi bohaterami pisarka uczyniła aniołów znanych z tradycji żydowskiej, chrześcijańskiej i muzułmańskiej: Gabriela, Michała, Rafała i Razjela. Cała czwórka rządzi podzielonym na siedem „dzielnic” Niebem, czyli Królestwem, pomimo odejścia Stwórcy (pomysł nie należy do nowatorskich), co pozostaje pilnie strzeżoną tajemnicą. Gdyby prawda wyszła na jaw, runąłby istniejący ład społeczny i tym samym władza wymienionych skrzydlatych. Za najniższym poziomem Nieba znajduje się znane chociażby z „Boskiej Komedii” Limbo. U Dantego stanowiło przedsionek piekła, u Kosakowskiej zaś jest ziemią niczyją; czymś pomiędzy Królestwem a Głębią (nie mylić z katolickim piekłem), gdzie oficjalnym panowanie sprawuje Lucyfer. Strącony wieki temu za tyleż idealistyczny, co szczeniacki bunt upadły anioł ma kłopoty z rokoszami lokalnych władyków i jedynie w Asmodeuszu znajduje przyjaciela, prawdziwego i oddanego sprzymierzeńca. Dzięki Asmodeuszowi, zwanemu Zgniłym Chłopcem, w Głębi panuje jako taki porządek. Ani niosący światło, ani jego towarzysz nie są postaciami jednoznacznymi. Ten drugi łączy w sobie cechy charyzmatycznego dowódcy, okrutnika i szefa mafijnego światka z utalentowanym, samotnym artystą. W sumie obu daleko do zła wcielonego i całkowitej czerni, tak jak ich niebiańskim kumplom – do idealnej bieli. Dlatego też głównym „złym” w powieści Kossakowskiej został mianowany Antykreator. Antykretaor to cień Stwórcy, ucieleśnienie wszystkich ciemnych cech, które Pan odrzucił eony lat temu, zanim stał się Jasnością, dobrem absolutnym.

Kolejną, niezwykle ważną, czy wręcz kluczową personą jest Daimon Frey - Abaddon, niszczyciel i anioł zagłady. Odziany w skórzaną kurtkę, z potężnym mieczem i na wpół martwy, w decydującym momencie stanie się ostatnią nadzieją i w końcu wykonawcą woli Pana. Na wymienionych galeria postaci bynajmniej się nie kończy. Gdzieś przewija się szara eminencja o powierzchowności  szlachcianki i anioła właśnie, ale z charakterem jadowitej żmii - Sophia Pistis. Wyniosła, pyszna i  przebiegła nienawidzi ludzi oraz niebiańskiego rządu. Prowadzi swoją własną grę o wpływy. Według legend to ona, władczyni żeńskich zastępów, w wiadomym celu posłała węża do Edenu. Długo możnaby wyliczać innych, równie ważnych dla fabuły.

W opisywanym świecie wszędzie pełno spisków i politycznych intryg, nierzadko ukrytych pod płaszczykiem konwenansów oraz dworskich ceremoniałów. Bo, co nadzwyczaj ważne, zarówno mieszkańcy dominium Lucyfera, jaki i świetliści są niezwykle… ludzcy. Wzorem greckich bogów posiadają wszystkie możliwe przywary i wady gatunku homo sapiens. Wpadają w gniew, walczą o władzę, nienawidzą i kochają, także w ujęciu czysto seksualnym. Świetnym przykładem, choć nieodosobnionym jest Uzjel. Wysoki rangą anioł wdał się w zakazany związek z Ziemianką, czego owocem stała się półanielica Hija -  piękna i utalentowana magicznie, ale traktowana jak bękart i wyrzutek społeczny. Pod wpływem stresu skrzydlaci cierpią na bezsenność, mogą też popadać w obłęd czy chorobę psychiczną. Niczym dziwnym jest picie alkoholu lub palenie skrętów z mirry, choć te jakością znacznie ustępują ziemskim papierosom. Niektórzy, jak na przykład Samael (wyrzucony nawet z Głębi przez Lucka) często hula na ziemi, korzysta z wszelkich możliwych uciech i rozrywek. Najbardziej dzicy Aniołowie Zamętu przed zbliżającą się walną bitwą organizują pijatykę połączoną z gwałtami na mieszkankach Limbo. Jak widać do opisywanego towarzystwa kiepsko pasuje określenie „istoty wyższe”.

W „Siewcy...” Kossakowska, niczym doświadczona barmanka, z wprawą dobrała składniki, dorzuciła przyprawy i zmieszała wszystko, aż do uzyskania smacznego koktajlu. Przejdźmy do podstawowych ingredientów. Trzeba przyznać, że są one liczne, różnorodne, a co najważniejsze: nie gryzą się ze sobą. W pierwszym rzędzie mamy zatem anielskie mitologie i gnostycyzm plus garść własnych pomysłów i modyfikacji. Autorka umiejętnie skrzyżowała to z fantasy: do klasycznych elementów gatunku należą między innymi magia i władający nią potężni magowie, jak chociażby Razjel i Hija. Ba! Wymieniona dwójka to wręcz magowie par excellence. W walce używa się zbroi i wszelkiej maści broni białej, pomimo istnienia dość zaawansowanej technicznie broni palnej, a do bitwy anielskie zastępy ruszają na bojowych rumakach pariasim.  Konie -przynajmniej najważniejszych aniołów- należą do istot boskich, obdarzonych świadomością i zdolnością telepatycznego przekazywania myśli, najczęściej dość enigmatycznych. Nie brakuje pałaców, zamków i fortyfikacji. Społeczeństwo skrzydlatych, tak jak średniowieczne, jest silnie zhierarchizowane: od Serafinów i Cherubinów, przez archanioły do aniołów stróżów i pełniących funkcje służebne - każdy zna swoje miejsce w szeregu. Pisarka wybornie porusza się na tym polu i co rusz podsyła czytelnikowi jakieś ciekawostki o wykreowanym uniwersum. Na dalszych planach występują wzięte z bestiariusza fantasy demony, geniusze, gnomy, jednorożce, a nawet smoki, spełniające u Głębian funkcję wierzchowców. Mamy również motywy szpiegowsko-sensacyjne i krwawą jatkę gdzieś w lesie, kiedy to dochodzi do konfrontacji dwóch nienawidzących się oddziałów specjalnych Królestwa i Głębi. Gdy brakuje amunicji obie strony rzucają się sobie do gardeł, posoka leje się strumieniami, a że aniołowie są śmiertelni... giną jak przystało na komandosów, czyli po zażartej walce.

„Siewcy wiatru” daleko do pozycji pełnej powagi i pozbawionej humoru. Jest wręcz przeciwnie! Przykładem niechaj będzie pseudonim, jakim skrzydlata ferajna uraczyła niosącego światło, upadłego anioła. Lucyfera, czyli potocznie Lucia, w książce nazywa się również… Lampką. Do archanioła Michała, bądź co bądź Wodza Zastępów, koledzy zwracają się często per „Misiu”, a do Gabriela (w tradycji islamskiej Dżibril) - po prostu Gabryś. Nie zabrakło motywu zakazanej miłości. I tu muszę się przyczepić, bo związek Daimona z Hiją wydaje się być przedstawiony w sposób nieco… przesłodzony i sztuczny. Dużo lepiej, bo wiarygodniej wypada uczucie rodzące się między kalekim komandosem i anielicą Drop. Innych, rzucających się w oczy minusów nie dostrzegam. Pewnie znalazłbym jakieś drobniejsze, ale przecież pisanie recenzji nie ma polegać na wyszukiwaniu wad „na siłę”. W każdym bądź razie ewentualne niedoskonałości i tak toną w morzu zalet. Finałowa starcie pomiędzy połączonymi wojskami świetlistych i Głębian a siłami Siewcy (Cienia/ Antykreatora) zostało odmalowane z rozmachem godnym znawcy i kogoś, kto tego rodzaju rzezie (sic!) oglądał co najmniej kilka razy, na własne oczy i z bliska. Soczystych opisów nie powstydziłby się najzagorzalszy militarysta.

Trzeba zaznaczyć, że wszystkie wymienione elementy są wyważone i umiejętnie dawkowane; autorka nie przesadziła w żądna stronę - akcji, dowcipu, polityki, scen batalistycznych i romansu jest nie za dużo i nie za mało, czyli w sam raz. Brawo! Epilog -również udany- przynosi obietnicę kolejnych części i odrobinę filozofii.

Czyżby rewelacja? Nie, ale proza bez dwóch zdań wysoko wybijająca się ponad poziom średni, do tego niosąca ze sobą powiew świeżości. Nudzić się podczas czytania nie sposób, tak jak nie sposób „ogarnąć” w recenzji całości. „Siewca wiatru” zasługuje na ocenę bardzo dobrą, przede wszystkim za pomysł, oryginalność oraz umiejętność wykorzystania konkretnej wiedzy (po przeczytaniu glosariusza i poszperaniu w Internecie chyba każdy się z tym zgodzi) przez pisarkę. Nie bez znaczenia pozostaje pokaźna objętość książki; człowiek nie ma uczucia niedosytu po skończonej lekturze i… wie, za co zapłacił. Tak, tak, nie oszukujmy się! Zawartość książki jest również towarem na rynku, tyle, że wytworem wyobraźni, a nie ludzkich rąk czy urządzeń. Czy cykl anielski zasługuje na wysoką pozycję w rankingu dziesięciolecia NF? Odpowiedź pozostawiam osobom, które przeczytały także oba tomy „Zbieracza burz”. Ja, przynajmniej na razie, wstrzymam się z osądem. Za to śmiało napiszę: „kobieca” fantastyka w wykonaniu Kossakowskiej nie tylko niczym nie ustępuje twórczości kolegów po piórze, ale lwią jej część przewyższa o głowę. Z tym większą przyjemnością sięgnę po inne powieści „miłośniczki antyku, wiedzy tajemnej, szamanizmu i starożytnych mitologii”.

_________________________________

AUTOR: Maja Lidia Kossakowska

TYTUŁ: Siewca wiatru

WYDAWNICTWO: Fabryka słów

MOJA OCENA: 5/6 (z wyróżnieniem)

 

 

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Siewca wiatru
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 651
Rok wydania: 2007
Cena: 29,90 PLN
Ocena recenzenta: 9/10

 

Aniołki to miłe i grzeczne stworzonka żyjące sobie w niebiosach. Ich kolejne dni żywota polegają na słodkim opieprzaniu się i zażywaniu rozkosz, niekiedy przerwanych jedynie kolejną duszyczką, którą trzeba przekabacić na dobrą stronę. Od czasu do czasu ci z dołu też postanowią ponowić swoje nieustanne ataki na bramy Królestwa. Cud, miód i radocha? Nie, anioły tutaj zachowują się jak ludzie. Klną, chleją i palą papierosy z kadzidła i mirry (a te ziemskie to już w ogóle rarytas, którym nie pogardzi żaden prawdziwy anioł!). A także kradną państwowe pieniądze czy nawet knują spiski przeciwko obecnej władzy. Krótko mówiąc: ostatnie skurwiele.

„Siewca wiatrów” opowiada historię „byłego” anioła o imieniu Daimon, który został Burzycielem. Jest odpowiedzialny za niszczenie światów, które tworzą się na granicy rzeczywistości, niestabilne i nie uformowane. Ot, efekt uboczny, którego należy się pozbyć. Według przepowiedni to właśnie Daimon ma pokonać Antykreatora w ostatecznej walce, niekoniecznie już szatana i Boga. Bo Bóg opuścił Królestwo jakiś czas temu… W gestii archaniołów leży, by ta informacja nie ujrzała światła dziennego. Bo Królestwo już teraz chwieje się na swoich fundamentach, zaś ta wiadomość sprawiłaby, że przestałoby istnieć w ciągu kilku dni.

Dużym plusem jest nowoczesny obraz aniołów, które za główną broń nie mają już ognistych mieczy i długich włóczni. Obecnie wielu z nich to świetnie wyszkoleni komandosi, którzy posługują się głównie bronią palną, a zamiast zbroi nakładają na siebie kamizelki kevlarowe. Wojskowy realizm został tu oddany w pełnej okazałości nawet z językiem skrzydlastych, w których „przecinki” wcale nie są takim rzadkim zjawiskiem. Całe szczęście, bo kolejnych grzecznych cherubinków bym po prostu nie zniósł… Kolejną rzeczą, na którą należy zwrócić uwagę, to stosunek obecnych aniołów do upadłych kolegów. I to dosłownie kolegów, bo niejednokrotnie siły Lucyfera (dla przyjaciół Lampka) i Gabriela walczą ramię w ramię, a anioły z Królestwa przyjaźnią się i pomagają tym „złym”. Sam Lucyfer i Samael pojawiają się tu nie w postaci zła ostatecznego, a zwykłych Głębinowców. Zero wydumanej potęgi, jaką są obdarzani od dawna. Po prostu kolejni dobrzy koledzy Daimona.

O ile główny trzon fabuły jest okraszony naprawdę miłymi dla oka złośliwościami bohaterów i ironicznymi komentarzami, o tyle kilka wątków naprawdę pozostawia wiele do życzenia. Gdyby je wywalić, to książka, może i mniejsza, byłaby dużo bardziej wciągająca niż obecnie. Co prawda, już na samym początku mamy sporą bitwę, co nie jest często spotykanym zjawiskiem w fantastyce, jednak tu wynika kolejny problem. Kossakowska za żadną cholerę nie radzi sobie z opisami batalii! Jej opisy momentami są już nieskładne i chaotyczne, zaś całość wlecze się i wlecze, rzadko kiedy pozwalając, by czytelnik mógł sobie wyobrazić sytuację poprawnie. Że nie wspomnę o fakcie, iż bitwy w książce są naprawdę spore (kilkanaście tysięcy wojowników to takie optymalne minimum). Najczęściej zaś miałem wrażenie, że czytam opis bójki w barze w jakiejś zapadłej dziurze. Bo wcale nie widziałem tej epickości batalii, jaka powinna im towarzyszyć.

Zdecydowanie należy pochwalić książkę za „ludzkich” aniołów, rolę Lucyfera i jego świty oraz wcześniej wspomnianą nowoczesność anielskich zastępów. Baty należą się jednak za batalistykę i kilka wątków fabularnych, nudnych jak flaki z olejem. Wspomnieć należy też o ilustracjach, które zostały wykonane przez dwóch rysowników. Jeden z nich, Dominik Bronek, znany jest czytelnikom też z książek Petera V. Bretta. No i niestety, jego rysunki są jak zwykle schematyczne, prawie zawsze wyglądając niemal identycznie. Drugim rysownikiem jest zaś Grzegorz Krysiński, którego ilustracje są naprawdę świetne! Dawno nie spotkałem się z tak dobrą jakością w książce! Jeśli dodamy to wszystko do siebie, wychodzi całkiem niezła pozycja, która jednak mogłaby być ciut lepsza. Mimo wszystko warto spróbować!



czwartek, 03 maja 2012, felicja79

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka