Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Martin George R. R., Uczta dla wron

Autor:  [abominationasciturautumno.blogspot.com]

 

Omawianie czwartego tomu „Pieśni Lodu i Ognia” to zadanie poniekąd karkołomne. Przede wszystkim z prostego powodu, że zaznajomieni z trzema poprzednimi częściami prawdopodobnie sięgną po „Ucztę” bez względu na opinie recenzentów. Zakładam bowiem, iż wiedzą już, czego można się po Martinie spodziewać. A wszak to oni powinni stać się głównymi odbiorcami niniejszego wpisu. (Nieznających serii odsyłałabym raczej do tomu pierwszego). Z tego też względu dzisiaj raczej krótko i (rzekomo) treściwie.

Jak powszechnie wieść niesie, Martin wielkim pisarzem jest, i sama również opinię podzielam. Stworzył on uniwersum tyleż rozległe i szczegółowe co realistyczne, bohaterów zaś tak niejednoznacznych jak nietrafioną zgotowano nam okładkę polskiego wydania. Ba, nawet nie jedną okładkę, a całe dwie i mieszczące w sobie powieść podzieloną na „Cienie śmierci” oraz „Sieć spisków”. Rozbicie tomu nie jest nowością, już się z tym u Martina spotkaliśmy. Nowością jest natomiast podział drugi, odnoszący się do niedawno zaistniałego „Tańca ze smokami”. Otóż wydarzenia w czwartym i piątym tomie sagi rozgrywają się w jednakowym czasie, ale z tą różnicą, że przedstawione zostają z perspektyw innych bohaterów. Jakie niesie to implikacje dla samej powieści, o tym poniżej.

„Coś się kończy, coś się zaczyna”, jak to ujął Sapkowski. Huragan zmian, jaki dopadł nas podczas nawałnicy, zbiera swoje żniwo. Tysiące mieczy rdzewieje na polach, nadchodząca zima podlewa je strugami deszczu. Trupy gniją w bagnach, trupy rozdymają się w jeziorach. Niedobitki rozbiegły się na cztery strony świata, jak najdalej od krajobrazu zniszczenia. Tylko wrony ucztują. Wszystko powyższe niemal skapuje ze stronic na czytelnika, względnie na fotel albo podłogę. Panuje cisza, tak jak to bywa w przypadku pogorzelisk. Akcja zwolniła odczuwalnie, skupiła się bardziej na jednostkach niż dziejach. Jednostki podkreślone są też drugim sposobem, zamierzonym bądź nie, a mianowicie niewielką spójnością, gdy spojrzy się na opowieść jako na całość. Losy postaci przez długi czas nie zazębiają się i niekiedy wydawać by się mogło, że to zupełnie różne historie połączone osadzeniem w jednej przestrzeni. Można też odnieść wrażenie, że większość z tego, co się dzieje, to jedynie preludium. Miejmy nadzieję, że do kolejnej nawałnicy.

Czy rozwlekłość akcji trzeba uznać wadę? Przy ocenie wielu innych pozycji odpowiedziałabym jednoznacznie. Tymczasem do „Pieśni Lodu i Ognia” nie przystawiam skali właściwej ogółowi. Martin posiada niezwykłą zdolność kreacji, przy której nawet zwyczajne sytuacje odmalowywane są w taki sposób, iż można się nimi zachłysnąć. Nie oznacza to oczywiście, że „Uczta” na samej rutynie się kończy. Obok bezowocnych wędrówek Brienne czy wewnętrznego miotania się Cersei, świadkami jesteśmy większych przewrotów. Mają one miejsce w obrębie Żelaznych Wysp oraz Dorne, w Gniazdku Arrynów i Królewskiej Przystani, częściowo w Braavos i Cytadeli. Czy to za mało? Przyzwyczajeni do wartkiego tempa zmian w tomie poprzednim podnoszą głosy protestu, mnie natomiast – tak, jako niemal bezkrytycznej wielbicielce autora – w podobnych okolicznościach przychodzi na myśl jedynie sentencja o sięganiu po palec i rękę.

Jak już zostało wspomniane, szpaler postaci z jakimi przyszło czytelnikowi wędrować, uległ dość radykalnej modyfikacji. W „Uczcie” nie mamy co liczyć na obecność Daenerys, Tyriona, Cebulowego Rycerza ani Jona Snow. Pozbawienie powieści kluczowych bohaterów niewątpliwie wpływa na umniejszenie roli gry o tron i na zadowolenie czytającego zapewne podobnie. Kogóż bowiem nie ciekawią dalsze poczynania Zrodzonej z Burzy i któż nie tęskni za błyskotliwym dowcipem Krasnala? Pewną rekompensatą za ten haniebny postępek okazuje się wprowadzenie do zabawy kilku pomijanych dotąd postaci. Ser Arys Oakheart, Mokra Czupryna, Asha i Victarion Greyjoyowie całkiem nieźle uzupełniają luki w historii Westeros. Skądinąd starzy znajomi również potrafią dostarczyć niezapomnianych wrażeń. Cersei wraz z małym królem urzekają absurdem, Arya zuchwałością, Brienne zaś romantyczną troską o zachowanie dziewictwa. Sansa uczy się czegoś poza treściami legend, natomiast Jaime Lannister wyrasta na jednego z głównych protagonistów. Wszystko może się u Martina zdarzyć.

Co z powyższego wynika, pasjonaci doceniający walory inne niż tylko dynamiczna akcja, ostatecznie niewymagający towarzystwa kompletu bohaterów, nie powinni poczuć się zawiedzeni. Pozostali, przyznaję, mają do tego prawo. „Uczta dla wron” i „Taniec ze smokami” w zamyśle autora miały tworzyć jedność, panoramę na ogrom wydarzeń z wielu zakątków, i zdaje się, że taka forma przyniosłaby odbiorcom więcej radości. Niemniej jednak Martin – co tłumaczy w posłowiu – uznał, iż mechaniczne dzielenie pod szyldem „ciąg dalszy nastąpi” nie jest rozwiązaniem najlepszym. Jak to mawiają, nie można dostać wszystkiego. Wielorakość wątków, drobiazgowo skonstruowane realia, ogrom pomysłów – w tych aspektach wszystko pozostaje po staremu. Jedynie sceneria spustoszenia i niedostatku, również w kwestii doboru postaci, odciska na tomie swoje piętno. Na akcji niestety również.

piątek, 04 maja 2012, fosher

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka