Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Pratchett Terry, Bogowie, honor, Ankh-Morpork

Autor: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com]

 

Tytuł: Bogowie, Honor, Ankh-Morpork
Autor: Terry Pratchett
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 338
Rok wydania: 1997
Cena: 29,90 PLN
Ocena recenzenta: 8+/10

 

Ankh-Morpork uzyskało swój obecny status dzięki pokojowej współpracy z sąsiednimi królestwami. I zdawałoby się, że nic nie może zburzyć tego porządku rzeczy. Nikt jednak nie spodziewał się, że z dna morza wyłoni się nowa wyspa. A ta natychmiast staje się obiektem roszczeń zarówno Ankh-Morpork, jak i Al-Khali. Wojna zbliża się wielkimi krokami…
Samowi Vimesowi, jako komendantowi Straży Miejskiej, organu nad wyraz potrzebnego i szanowanego w mieście, nie przystoi nie wplątać się w obecne wydarzenia polityczne. W końcu za to mu Vetinari płaci, żeby narażał swój tyłek w słusznej (przynajmniej niekiedy słusznej) sprawie. Sęk w tym, że wielu funkcjonariuszy dzięki dziwnym zbiegom okoliczności znajduje się w samym centrum bazy wroga: Al-Khali. Vimes, Marchewa, Reg Shoe i Detrytus jako oficjalna siła szturmowa, zaś Colon, Nobby i… Vetinari przybywają już mniej oficjalnie, w jeszcze mniej oficjalnym wynalazku bardzo nieoficjalnego, szalonego wynalazcy.
Trzeba przyznać, że komendant Vimes opanował niezwykle trudną sztukę dyplomacji jak mało kto. Nomadzi na własnej skórze doznają słynnego Ankh-Morporiańskiego Uścisku Dłoni (zabójczego jak mało co!). Sam Marchewa zaś będzie miał okazję zorganizować mecz piłki nożnej, a Reg Shoe rozwinie swoje umiejętności w używaniu jako broni swoich kończyn. Niekoniecznie w ich oryginalnym przeznaczeniu.
W „Bogowie, honor, Ankh-Morpork” widać humor Pratchetta w najlepszym wydaniu. Czyli absurd goniący absurd kolejnego absurdu. A to wszystko okraszone dawką absurdu. Nadal znajduje się tu jednak jedna maleńka łyżka dziegciu, który psuje smak całości. Pierwsza część książki wydaje się być pisana w realiach Ankh-Morpork przez wszystkich, tylko nie przez Pratchetta. Jest po prostu bezpłciowa i nijaka. Ostra jazda zaczyna się mniej więcej od połowy książki, gdzie humor, którego brakowało poprzednio, kondensuje się na kartkach, powodując poważne zagrożenie dla zdrowia i życia czytelnika. Śmiać się nie można, bo można najwyżej ze śmiechu ryczeć. Ale jednak byłoby lepiej, gdyby ten humor przełożył się na całość, nie tylko na część.
Jako kolejna część z cyklu o Straży Miejskiej, książka wypada najmniej dobrze (inna sprawa, że jedyne, co wypada przeczytać w kolejności chronologicznej z tego cyklu, to odpowiednio „Straż! Straż!” i „Zbrojnych”. Reszta według własnego uznania). Trudno nie wspomnieć już o Prawym, Szlachetnym i Charyzmatycznym do sześcianu kapitanie o imieniu Marchewa Żelaznywładsson. Tylko ten wyrośnięty krasnolud (dwa metry wzrostu) potrafi zjednać obydwie wrogie armie i wymyślić im najróżniejsze rozrywki w samym sercu pustyni. Cóż mówić więcej? Obowiązkowa lektura dla miłośników twórczości Pratchetta!



piątek, 04 maja 2012, felicja79

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka