Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Sullivan Michael J., Królewska Krew. Wieża Elfów

Autor recenzji: Isztar [isztarbooks.blogspot.com]

 

 

To, jak cię widzą inni, staje się ważniejsze od tego, jaki naprawdę jesteś. Człowiek woli umrzeć, niż być uważany za tchórza.”

Czy istnieje zbrodnia doskonała? To jedno w wielu pytań, które ludzkość zadaje sobie od wieków. Czy wrobienie kogoś w morderstwo to jedyne wyjście z trudnej sytuacji, czy tylko jedna z wielu możliwości? Jak znaleźć przestępcę, który potrafi zatrzeć za sobą wszystkie ślady? A gdy w grę wchodzi magia i elfy, dopiero robi się ciekawie.

„Zamordowany został król. Władza przeszła w ręce spiskowców, którzy sądzili, że każdy element ich planu był doskonały. Poza jednym. Winą próbowali obarczyć Royce’a i Hadriana. Ci nie są jednak byle złodziejaszkami i nie pójdą dobrowolnie pod pręgierz. To okryty złą sławą duet Riyira, i nikt nie powstrzyma ich przed krwawą zemstą! Los królestwa spoczywa w rękach dwóch najemników.” Jakże krótki opis, tak obszernej lektury - czy to z powodu tego, że wszystko jest tu skomplikowane i niejasne? Ależ oczywiście!

Michael J. Sullivan to pisarz fantasy urodzony w 1961 r. w Detroid. Jego debiutem była powieść “Królewska Krew” z 2008 r. Rozpoczęła ona epicką serię o przygodach dwóch złodziei. Szósta i ostatnia część serii ukaże się w 2012 r. Tym razem wydawnictwo Prószyński i S-ka oferuje nam dwa tomy w jednym opakowaniu, co oczywiście zapewnia nam dużo więcej wrażeń. Po przeczytaniu wielu pozytywnych recenzji postanowiłam sięgnąć po tę ekscytującą lekturę.

Głównymi bohaterami serii powieści są Royce Melborne i Hadrian Blackwater, dwaj najemnicy, którzy mają swoje zasady. Royce i Hadrian to postacie, które bardzo łatwo polubić. Moją sympatię zdobyli poprzez pełne humoru wypowiedzi oraz brawurowe akcje, które nie zawsze są szczytem mądrości. Podczas swoich zleceń poznają masę osób, między innymi przyszłego króla a także jego siostrę – czarownicę. W powieści nie brakuje elfów czy krasnoludów, chociaż akurat te postaci rzadziej występują w opowieści. Znajdziemy także mnicha, który nigdy w życiu nie widział konia, nie wspominając o kobietach. Nie zapominajmy o niezwykle potężnym, ponad 900-letnim, czarnoksiężniku. Autor zapewnił nam mieszankę iście wybuchową.

Sullivan swój świat oparł na realiach średniowiecznych, co jest bardzo częstym motywem dzieł fantasy. Są zamki, rycerze, pojedynki na miecze, stroje bohaterów także wskazują na tę epokę, nie można pominąć spiskującej szlachty. Fabuła książki nie jest zaskakująca, jednak przedstawiona w sposób sprawiający, że czytelnik z każdą stroną pragnie więcej. Narracja trzecioosobowa idealnie wpasowuje się w akcję książki, która z kolei uparcie prze do przodu. Akcja powieści kluczy między intrygami, bitwami, magią oraz walką o władzę. Obfituje w pełne humoru dialogi, wartką akcję, ciekawe postaci i barwne opisy, co czyni ją godna polecenia.

Wspomnę także o okładce. Wydawnictwo Prószyński i S-ka przyzwyczaiło nas do tego, że ich okładki są niezwykle dopracowane. I tym razem nie czuję się zawiedziona. Delikatna, z ciekawą ilustracją i interesującą czcionką, nie mam żadnych zastrzeżeń do wykonania. Tekst jest napisany dużą czcionką, przez co bardzo łatwo i szybko czyta się lekturę, nie zauważyłam literówek w tekście.

Powieść zdecydowanie mogę polecić osobom, które szukają przygód oraz dreszczyku emocji. Książka zaciekawi także osoby lubiące historie oparte na realiach średniowiecza. Nie polecam tym, którzy dopiero wkraczają do świata fantasy, to może być dla nich niezły szok. Od pierwszej do ostatniej strony, brakowało mi tchu. Ta książka potrafi tak wciągnąć czytelnika w wir wydarzeń, że zapomina się o realnym świecie. Jestem mile zaskoczona tą w połowie łotrzykowską powieścią. Jedyne, co mi tutaj przeszkadzało, to zbyt duża ilość zbiegów okoliczności. Jednak nie było to, aż tak bardzo denerwujące. Moja ocena to 4,5/6.

 

 

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Królewska krew/Wieża elfów
Autor: Michael J. Sullivan
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 727
Rok wydania: 2011
Cena: 45,00 PLN
Ocena recenzenta: 6/10

 

Jaki jest najlepszy sposób na to, by nadać fantasy odrobinę świeżości i pozbyć się skostnienia oraz marazmu, jakie panują w tym gatunku? Uczynić głównym bohaterem osobę, której do królewskiego rodu daleko. Jednak trudno oczekiwać, by czytelnik kupił w ciemno książkę, która opowiadać będzie losy dziesiątego syna lokalnego piekarza, który wyruszy w świat, by uratować królestwo, zdobyć księżniczkę i zarżnąć smoka. A gdyby tak na pierwszym planie postawić wrednego skurczybyka, albo nawet dwóch, którzy bawią się w nowe wcielenia Robin Hooda, z tą różnicą, że nie oddają nic biednym?

Royce i Hadrian – sławny duet złodziei, przed którym nie ma zadań niemożliwych. Dotrą wszędzie, wykradną wszystko, zamordują każdego. Oczywiście za odpowiednią opłatą. Pierwsze dwa tomy sagi opowiadającej o sławnych rzezimieszkach przedstawiają kolejno ich walkę z uzurpatorami, którzy chcą objąć władzę w królestwie oraz poszukiwanie spadkobiercy starego Imperium, po drodze zaś protagoniści zyskują zarówno przyjaciół, jak i wrogów.

Pierwszy zgrzyt pojawia się jednak już na samym początku książki – jak na wyjątkowo sławny i potężny złodziejski duet, Royce i Hadrian zarabiają straszne grosze, bo ich głównym zmartwieniem nie jest to, na co wydają zarobione ciężkie monety, a przeżycie zimy (być może spowodowane jest to galopującą inflacją, ale autor nie wspomina o tym czynniku). Zastanawia także sama sława bohaterów, która przecież nie powinna im roboty ułatwiać.

Oba tomy sagi z początku fabuły są bardzo siermiężne. Widać, że autor za każdym razem rozkręcał się w miarę pisania. Niemniej o ile schematyczność fabuły można jeszcze wybaczyć (rozumny czytelnik domyśli się wielu faktów, które autor trzyma w ukryciu, na długo przed zakończeniem lektury), o tyle już sposób, w jaki udaje się złodziejskiemu duetowi wdepnąć w walkę o tron jest, delikatnie ujmując, tragiczny. Wprowadzenia do właściwej fabuły w „Królewskiej krwi” i „Wieży elfów” to zdecydowanie jedne z najgorszych początków książek z gatunku fantasy, z jakimi się spotkałem. Także w czasie późniejszej lektury kilkakrotnie można było wprost odnieść wrażenie, że nie mamy do czynienia z powieścią fantasy, a zapisem niskolotnej sesji RPG.

Kreacja bohaterów jest właściwie… żadna. Na początku jeszcze bez większych problemów da się odróżnić Hadriana od Royce’a, jednak im dalej w las, tym mocniej zacierają się różnice między złodziejami, a w pewnym momencie nie wiadomo już, który z nich wygrywa nieformalny wyścig na kolejny pokaz szlachetności. Co stanowi kolejny paradoksalny element świata stworzonego przez Sullivana – złodziejski duet emanuje większą dobrocią, niż poplecznicy Kościoła, którzy wolą spiskować w polityce. Protagoniści są zdecydowanie płytcy i niewyróżniający się wśród innych bohaterów – jedynym wyjątkiem może tu być pewien mnich, który sam w sobie stanowi pewnego rodzaju novum w fantasy.

Opisy walk także nie są zbyt dobrze dopracowane – brakuje w nich elementu, który sprawiałby, że czytelnik podczas lektury naśladowałby w swojej wyobraźni ruchy, jakie wykonują walczący w zwarciu. Bliżej im do sprawozdań z meczów – kto kogo trafił, a kto zginął. Także zdolności fechtunkowe obu złodziei wprowadzają do fabuły kilka kolejnych niewiadomych, na które nie otrzymamy w książce odpowiedzi.

Na wyraźny plus trzeba zaliczyć język, jakim posługuje się autor oraz konstrukcję fabuły. Sullivan nie tworzy rozległych opisów i raczej stara się unikać epizodów, które miałyby niepotrzebnie zapychać kartki, a sporo z pozoru nieważnych epizodów części pierwszej ma swoje odniesienia w kolejnym tomie sagi. Pod tym względem fabuła jest klarowna i przejrzysta, a czytelnik od początku wie, o co chodzi w książce, chociaż kilka wspomnianych wcześniej niewiadomych i zgrzytów może jednak przeszkadzać.

Osobne słowo należy skierować na temat wydania – okładka faktycznie utrzymana jest w konwencji fantasy (jednak tło mogłoby być lepiej wyeksponowane) i z pewnością przyciągnie oko czytelnika w księgarni. W tekst wkradła się jednak masa literówek, których – co ciekawe – nie było w takim natężeniu w poprzednich tomach serii „Nowej Fantastyki”. Korektę zdecydowanie należy zaliczyć jako minus tej pozycji.

„Królewska krew/Wieża elfów” to typowe i schematyczne fantasy – napisane lekkim językiem dwa tomy złodziejskich przygód (które okazują się jednak mało "przestępcze") na pewno będą satysfakcjonującą lekturą dla osób, które z tym gatunkiem nie są zbyt mocno obeznane, lub swoją przygodę z fantasy chcą dopiero zacząć. Inni czytelnicy powinni tę pozycję traktować jedynie jako ciekawostkę, chociaż trzeba przyznać, że gdyby „Królewska krew/Wieża elfów” miała więcej głębi, to z uwagi na pozostałe walory z pewnością byłaby to pozycja warta uwagi. 

niedziela, 06 maja 2012, fosher

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka