Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Watts Peter, Rozgwiazda

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Rozgwiazda
Autor: Peter Watts
Wydawnictwo: Ars Machina
Ilość stron: 366
Rok wydania: 2011
Cena: 37,90 PLN
Ocena recenzenta: 9+/10

 

Ile zdołasz przeżyć w metalowej puszce, pod nieustannym naporem milionów litrów wody, bez cyklu dnia i nocy, pośród najdziwniejszych stworzeń i nieustannych zagrożeń, które tylko czyhają, aby pozbawić cię życia? Bo dla ryfterów jest to ponura codzienność.

Po lekturze „Rozgwiazdy” mogę tylko snuć kolejne teorie, dlaczego pomysł Wattsa nie został wykorzystany szerzej w fantastyce. Jak do tej pory oprócz niego chyba nikt nie pokusił się o stworzenie książki science-fiction, w której bohaterowie nie są uwięzieni w kolejnej stacji kosmicznej, lecz podwodnej elektrowni na dnie oceanu. Analogicznie trudno stworzyć jakiekolwiek namiastki zagrożenia w kosmosie – te mogą stanowić jedynie przelatujące dookoła meteoryty. Inną bajką są już niezbadane głębie oceanu, gdzie czekać na ciebie może tak naprawdę wszystko, co tylko zdołało przystosować się do ciężkich i trudnych warunków życia.

Watts nie na darmo szczyci się faktem, że Rosjanie uznali jego książkę za „zbyt mroczną” (jeśli weźmiemy pod uwagę zwyczajowy poziom mroczności wschodniej fantastyki, to trzeba się naprawdę postarać, by ci miłośnicy wódki uznali książkę za zbyt mroczną, aby ją wydać w swoim kraju). I nie były to puste słowa – jednym z głównych bohaterów jest tu pedofil. Zaś wszyscy ryfterzy muszą poradzić sobie także ze słabościami własnej psychiki i tym, co może czekać na zewnątrz. Nawiasem mówiąc, już sam fragment z wielorybem powinien zostać osobno nagrodzony – wierzcie mi, w takich momentach wyobraźnia podsuwa naprawdę nieciekawe obrazy…

Ewidentnie widać, że książka była pisana przez osobę, która zna się na rzeczy. I jednocześnie pisze ona językiem przystępnym, który nie wymaga doktoratu ze wszelkich nauk oceanologicznych. Owszem, jakąś wiedzę ze sfery biologii posiadać trzeba, jednak nawet w sytuacjach kryzysowych Watts przychodzi z pomocą i wyjaśnia niezrozumiałe zjawiska. Nie ukrywam, że byłem w szoku, gdy dowiedziałem się, jak wygląda proces zapładniania żabnicy przez samce.

Poczucie zagrożenia towarzyszy nam tutaj cały czas, nie dając odetchnąć nawet na chwilę. Nie oszukujmy się – miejsce, w którym rozgrywa się akcja książki także wiele dołożyło do tego wszechobecnego mroku. Sprawia to, że nie możemy być pewni kolejnego niebezpieczeństwa, które nadpłynie z głębin, lub z wnętrza stacji. Podsumowując, książka ta jest beznadziejna, jeśli nastawiacie się na widok kolorowych rybek i wesołych ryfterów, którzy z uśmiechem na ustach wykonują swoją pracę. Jeśli jednak macie dość wesołych i radosnych widoków, a chcecie zapoznać się z mrokami oceanu – bierzcie w ciemno! Warto!

 

 

Autor recenzji:  [abominationasciturautumno.blogspot.com]

 

Jeśli ktoś zafascynowany „Ślepowidzeniem” zastanawia się, czy sięgać po Trylogię Ryfterów, nie musi się wahać. „Rozgwiazda” jest pierwszą powieścią Wattsa, oddaloną od najnowszej w czasie i przestrzeni, jednak pomijając detale wiele cech pozostaje wspólnych. Ciemne, ekstremalnie nieprzyjazne i mroczne otoczenie. Klaustrofobiczna placówka, w której zamknięte zostają wyselekcjonowane jednostki. Mrowie pomysłów bazujących na rozległej wiedzy, tym razem z mniejszym i bardziej przyswajalnym natężeniem naukowego żargonu. Uzupełnijmy mieszankę filozofią, niebanalną psychologią ryfterów oraz szczyptą humoru i garścią grozy… „i dajmy nura w oceaniczne głębiny”.

Pierwszym, co rzuca się w oczy polskiemu czytelnikowi, jest adresowana do niego przedmowa – akcent miły i zupełnie uzasadniony. Peter Watts kilkoma słowami nadmienia z jakim odbiorem spotkało się najgłośniejsze w jego dorobku, wielokrotnie nagradzane „Ślepowidzenie”. Otóż, skracając, worek z nagrodami rozwiązał się dopiero po wydaniu powieści w Polsce. Kultura wychowana na Lemie potrafiła docenić utwór spod znaku hard science fiction, następnie docenił je świat, a wówczas do obiegu wróciły wcześniejsze dokonania Wattsa. Aż chciałoby się rzec: wyjątkowo udana symbioza.

„Rozgwiazdę” otwiera preludium w postaci wycieczki, podwodnego safari. Łódź zaopatrzona jest w program turystyczny: trajkocze o ogromnych kałamarnicach i przedstawia zdjęcia archiwalne głębinowych okropieństw. Tak zwany ładunek (czyli pasażerowie) milknie, gdy coś zaczyna łomotać w powłokę kadłuba. Nasilenie przytłaczającej, chorej atmosfery zamknięcia rośnie z każdym przeczytanym zdaniem. Apogeum – utrzymujące się z niewielkimi spadkami przez większość lektury – osiągnięte zostaje przy przejściu do właściwej fabuły. Wówczas to wkraczamy do bazy znajdującej się na krawędzi rowu tektonicznego. W stacji badawczej Beebe, stworzonej przez korporację Grid Authority do koordynowania urządzeń pozyskujących energię geotermalną, umieszczona zostaje grupa ludzi o nieprzeciętnych bagażach doświadczeń. W jej skład wchodzą jednostki socjopatyczne. Ci, po których nikt nie myśli płakać. Mordercy, gwałciciele i ofiary molestowania. Odporni na stres, presję i samotność. Zostają tam zamknięci na rok.

Warstwa psychologiczna, śledzenie poczynań naszych ulubieńców, to jeden z ważniejszych elementów powieści. Nie dość bowiem, że ryfterzy na starcie zaopatrzeni są w nietypowe cechy. Cicha, przytłaczająca ciasnotą stacja Beebe oddziałuje na psychikę. Miejscami nerwowa atmosfera jest tak gęsta, że tylko czeka się na wybuch, na eksplozję wrzących emocji. Ten jednak nie chce nastąpić. Oczekiwanie bywa gorsze, zdaje się naśmiewać z nas Watts. Ponadto po pewnym czasie bohaterowie sami zaczynają modyfikować swoje biotechnologiczne dodatki. Muszą również radzić sobie ze sobą nawzajem. Ich profile DSM albo do siebie pasują, albo działają na zasadzie odpychających się ładunków jednoimiennych. Autor kreśli relacje załogi wprawną ręką psychologa, wrzucając do kotła smaczki takie jak choćby efekt Ganzfeldu. Co więcej, opowieść nie ogranicza się do jednej perspektywy. Wydarzenia zostają przedstawione z punktu widzenia wielu postaci. To szerokie spojrzenie wymusza niekiedy weryfikację wcześniejszych założeń. Efekt potrafi być zaskakujący.

Sama fabuła toczy się niespiesznie, zaś odkrywanie zawiązanej wokół sztucznej inteligencji intrygi nie idzie ryfterom najlepiej. Co ważne, w żaden sposób nie umniejsza to powieści. Powolne łączenie faktów i poznawanie największego zagrożenia sprawia więcej przyjemności, niż gdyby karty odsłonięte zostały przedwcześnie. Zwłaszcza że Watts, doktor biologii morskiej, wykreował niezwykle spójną wizję podwodnego świata. W pewnych momentach czeka się jedynie na więcej naukowych, głównie biochemicznych, wyjaśnień. W „Ślepowidzeniu” szczegółów pojawiło się ich mnóstwo, tutaj jedynie je zarysowano. Uboższy jest również dodatek „źródła”, gdzie autor podaje odnośniki do prac, z których korzystał. Pod tymi względami widoczna jest pewna rozbieżność pomiędzy debiutem a późniejszą książką. W obu przypadkach widać jednak niezwykłą kreatywność pisarza, umiejętności w operowaniu piórem i biegłość w łączeniu fikcji z gałęziami nauki. Tak dobrych utworów sciencie fiction nie znajduje się często. 

piątek, 04 maja 2012, fosher
Tagi: Watts Peter

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka