Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Weeks Brent, Na krawędzi cienia

Autor: Polonisty [polonisty.blox.pl]

 

Notatki z lektury robiłam na bieżąco i w takiej dosyć fragmentarycznej formie je zamieszczę. Ponieważ to skomplikowane... ;)

 

***

 

Kanwa tej części, dla mnie przynajmniej, opiera się na wydostaniu Logana – przyjaciela Kylara i następcy tronu okupowanego królestwa, z dziury. Piszę, że dla mnie, ponieważ to bardzo rozbudowana wątkowo powieść. Wszyscy myślą, że Logan nie żyje a on wskoczył do Otchłani – najgorszej części więzienia, nazywanego Paszczą, znajdującego się u stóp zamku zajmowanego teraz przez najeźdźców. Nie dla przyjemności wskoczył, tylko salwował się ucieczką. Trudna sytuacja, którą komplikują współwięźniowie Logana próbujący się nawzajem pozjadać… tak POZJADAĆ. I znów ogarniała mnie niecierpliwość, bo tu Logan walczy ze swoim człowieczeństwem a gdzieś daleko, Kylar, który mógłby go uratować myśli, że naturę zabójcy może zamienić na posadę aptekarza… A Logan konsumuje nogę współwięźnia, siedzącego w dziurze od lat, którego toaleta ograniczała się do „robienia” pod siebie i zrzucania nieczystości do Otchłani!!!! (Taką scenę czytałam podczas kolacji) chcę w ten sposób zaznaczyć, że noga była lepka i brudna, jakby sam fakt, że ludzka to za mało…

 

***

 

Nie ma tu szczęśliwej miłości. W ogóle szczęścia to tu mało. Jarl kocha Vi, Vi nie wie co to miłość, więc nie wie, że kocha Jarla. Vi zabija Jarla dla wolności. Mama K kocha Durzo Blinta, ale wiedziona dumą nie mówi mu, Durzo kocha Mamę K i też jej nie mówi. Durzo umiera… Kylar kocha Elenę-Laleczkę, która kocha jego. Cóż, to też nie jest tak proste jakby się zdawało, bo on jest zabójcą a ona brzydzi się zabójstwami i przemocą. Nie ma tu szczęścia, bo co i rusz ktoś umiera. Po pierwszej części było dużo trupów, ale trzon głównych bohaterów się utrzymał i tak wydawało mi się, że strasznie dużo tu tych postaci. No cóż, w drugiej części jest ich znacznie mniej. Po śmierci Jarla (nawet nie minęła połowa książki) zaczynam się obawiać, że na końcu trzeciej części pozostanie tylko Kylar i karaluchy…

 

***

 

Taka podpucha! Jednak na końcu może zostanie więcej bohaterów:) Pan autor nieźle sobie kombinuje. Początkowo chciałam zrobić sobie przerwę od Anioła Nocy, bo, co tu kryć, ta część jest trochę nierówna. Są momenty godne cz. I - szybkie i emocjonujące, są też niestety dłużyzny tak zwane - mogłam spokojnie pójść spać nie emocjonując się za bardzo. To nadal świetna książka  ale są fragmenty gdzie można odpocząć od wartkiej akcji. Ostatnim zdaniem zniweczył podstępny autor moje zamiary odetchnięcia od przygód Kylara...

Na końcu tej części wszystko jest inaczej, niż na początku! Każdy jest z kim innym związany, a kilka sytuacji tak się przedstawia, że ja nie widzę rozwiązania (poza śmiertelnym rozwiązaniem...).

Polecam bardzo!



 

]

 

Tom drugi Trylogii Anioła Nocy to kontynuacja przygód, tudzież rozterek, Kylara Sterna będącego uczniem jednego z najlepszych siepaczy w okolicy, a pewnie i w całym Midcyru, osławionego Durzo Blinta. Tym razem świat pełen brudu, nienawiści i zepsucia odkrywany jest przez Kylara z punktu widzenia człowieka kochającego.

Kylar, kierowany tym niezwykłym uczuciem jakim jest miłość, opuszcza złą Cenarię i wkracza do dobrego Caernarvon, lekko uproszczając. Za cel obiera sobie życie prawe, bez rozlewu krwi oraz innych złych uczynków. Wszystko to naturalnie w imię miłości. Jego wybranka bowiem odznacza się dość mocno ukonstytuowanym światopoglądem, nawet w sprawach intymnych, czego autor nie omieszkał drobiazgowo przedstawić. Część pierwszą trylogii pochłonęłam szybko i z przyjemnością, marginalizując z rzadka pojawiające się niedociągnięcia, jak to bywa w przypadku książek, które potrafią oderwać od rzeczywistości. W sequelu wad pojawia się więcej, co może przedłużyć recenzję recenzentom, zaś miłośników „Drogi cienia” niekoniecznie zrazić do serii. Mnie jednak zraziło.

Kanwą fabuły „Na krawędzi cienia”, nomen omen, jest krawędź i balansujący na niej Kylar Stern. Chłopak przez całą młodość przyuczany do zawodu siepacza doskonałego, w dodatku obdarzony niemal boską mocą ka’kari, nie do końca radzi sobie z życiem jakiego pragnął. Być może jest to kwestia nieprzystosowania albo potrzeby wolności, albo Merkuriusz tak dalece rozkochał się w przelewaniu krwi, że cierpi na swoistego rodzaju głód narkotyczny. To nawet całkiem prawdopodobne, jednakże serwowana nam fabuła każe wysnuć inne przypuszczenie, a mianowicie freudowskie sprowadzanie wszystkiego do jednego. Tak, Kylar doświadcza problemów natury seksualnej i spora część książki opiera się właśnie na jednym.

Dzięki bogom wątki fabularne przeplatają się i oprócz Kylara śledzimy również losy innych postaci, między innymi Viridiany, Logana Gyre, Króla-Boga, Doriana oraz siostry Ariel. Fragmentom z wymienionymi powyżej nie mam wiele do zarzucenia, zaś sporo tym, w których występują jednocześnie Kylar i Elene, w innej konfiguracji: Kylar, Elene oraz Uly. W zależności od nasilenia problemów przedmałżeńskich albo wzbudzają one lekki uśmiech politowania, albo, co gorsze, niesmaczne skojarzenie ze średniej klasy romansidłem dla nastolatków, infantylnym i opierającym się na problemie „co zrobić, żeby się z nią przespać”. Zobowiązana jestem przy tym nadmienić, że wbrew przypuszczeniom nie pałam aprioryczną nienawiścią do twórczości spod znaku „romanse”. Zwyczajnie od Trylogii Anioła Nocy wymagałam czegoś ciut odmiennego. Albo przynajmniej umiaru. Tymczasem nieprzerwanie czytam o tym, jak niemalże nieśmiertelny heros usilnie stara się żyć zwyczajnie, co zresztą mu nie wychodzi, jakim jest dupkiem i jak pogłębiają się jego seksualne problemy… i apogeum bzdurności spada niby cios w głowę: wybierając kolczyki dla siebie i ukochanej, czuje się bardziej męsko, gdyż „będzie bolało jak diabli” w momencie przekłuwania ucha. Czy ja coś pomyliłam, czy ten sam człowiek umarł dwukrotnie i dwukrotnie wstawał zza grobu…?

Dopiero w połowie lektury na Kylara spływa zbawienne opamiętanie i od tego momentu akapity z jego udziałem przestają nużyć monotematycznością. Wprawdzie chłopak nie wyzbywa się wcale przemyśleń typu „dlaczego piersi są takie intrygujące”, jednak treści te podane są na czczo i bez serwowania deseru, czyli po prostu z wyczuciem jakiego uprzednio zabrakło. Niestety nie oznacza to, że odtąd wpadki nie imają się stronic, de facto znaczy to jedynie, że nabierają innego wymiaru. Autor zaczyna bowiem łączyć i rozłączać wątki poszczególnych postaci, a robi to na tyle natarczywie, że można doświadczyć obecności jakiegoś wyjątkowo złośliwego Absolutu zabawiającego się kosztem marnych śmiertelników. Absolut gra bohaterami w berka i tak oto powstaje opera mydlana mniejszego kalibru.

Pozytywnym aspektem „Na krawędzi…” pozostaje umiejętność Weeksa w tworzeniu pełnych napięcia scen i w mniejszym stopniu zwrotów akcji, ale nawet tutaj tom drugi ustępuje miejsca pierwszemu. Prawdopodobnie jedynym, co odwraca tę kolejność, jest postać Viridiany, i nie twierdzę tak jedynie przez wzgląd na niegasnącą ironię dziewczyny. Oprócz niej najlepiej wykreowanymi postaciami są nieżyjący Durzo Blint i niemal niewidoczna w tej części Mama K.

Jeszcze odnośnie spraw technicznych, nie jest ani źle, ani zachwycająco. Opisy w większości ograniczają się do poczynań bohaterów, przez co przez pewien czas zakładałam, że Weeks hołduje zasadzie „to, w jaki sposób wyglądają postaci, obiekty i krajobrazy, to książek wyłącznie zapychacz”. Później jednak znalazł się swego rodzaju złoty środek, otrzymałam informacje o mieście, nocy i w pewnym momencie nawet o przyodziewku. Z bólem serca, ale jednak, zaniechałam narzekań. Co prawda mogłabym wspomnieć o monotonności tychże obrazowań, niemniej trylogia od początku nie zniewalała językowym kunsztem, stąd nie oczekiwałam niczego ponad przyzwoitość.

„Na krawędzi…” to nie do końca trafiony tytuł, dosłownie i w przenośni. Względem części poprzedzającej bardziej adekwatnie brzmiałby „Upadek z wysokości” albo coś o zbliżonym wydźwięku. I nawet kiedy już poprawiałam swoją ocenę dzięki zdarzeniom wieńczącym, sam epilog nasunął skojarzenie z lekka tandetą. Choć, z drugiej strony, może właśnie dzięki temu posunięciu kolejna część zyska w moich oczach.

 

 

Autor: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Na krawędzi cienia
Autor: Brent Weeks
Wydawnictwo: MAG
Ilość stron: 567
Rok wydania: 2010
Cena: 39,00 PLN
Ocena recenzenta: 2/10
 

Kylar uciekł z Cenarii, królestwa chylącego się ku upadkowi. Zamierza zacząć nowe życie wraz z Elene, z dala od swej dawnej profesji płatnego zabójcy. Merkuriusz nie wie jeszcze, że wszystko to okaże się tylko złudną fikcją. Jego spokojne i ustabilizowane życie zmienia się w chwili, gdy Kylar dowiaduje się, że Logan, prawowity król Cenarii przeżył zamach stanu zorganizowany przez Króla-Boga. Na dodatek krajem szargają spiskowcy, którzy za wszelką cenę chcą wykorzystać zaistniałą sytuację dla swoich celów.

Tak pokrótce można streścić „Na krawędzi cienia”. Bo, co ciekawe, reszta wydarzeń nie gra tu istotnej roli w całej historii Kylara. A przynajmniej nie są one tak dobre, żeby zwracać na nie szczególną uwagę. Sęk też w tym, że jest to zarazem najsłabsza część trylogii „Anioła Nocy”. O ile pierwsza i trzecia część mają nawet jakąś fabułę, tak „Na krawędzi cienia” jest tu potrzebne tylko do tego, żeby z dylogii zrobić „elitarną” trylogię. Lepszy efekt autor osiągnąłby bez drugiej części cyklu, bo jest maksymalnie bezpłciowa, infantylna i nudna…

Myśleliście, że zabawa w kotka i myszkę skończyła się w „Drodze cienia”? Byliście w bardzo dużym błędzie. Dopiero druga część trylogii pokazuje, jaki autor potrafi stworzyć, nie przymierzając, burdel. I to nie jest awersja do domów uciechy obecnych w książce. Całość jest po prostu pochlastana i porozrzucana tak bardzo, że czyta się to po prostu z trudem, klecąc wszystkie wątki fabularne w całość.

Uważam, że gdyby autor bardziej skupił się na postaci Kylara, byłoby znacznie lepiej. Ale że ten postanowił rozdrobnić się na 5(n + 2) wątków fabularnych, okazuje się w wyniku tej decyzji, że dostajemy tytuł, który nie powinien nawet ukazać się w wydawnictwie. Jak rozumiem, oryginalny wydawca miał problemy finansowe i na redakcję tekstu nie było go po prostu stać? Na dodatek poszczególne wydarzenia ani to nie trzymają jakiejś więzi fabularnej z poprzedniczką, ani z ostatnią częścią trylogii. Można zaryzykować stwierdzenie, że tytuł stanowi właściwie osobną całość wyrwaną z kontekstu. Bo na żadne inne określenie jednak nie zasługuje, a szkoda to wielka. Zmarnowano tu naprawdę ogromny potencjał.

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że polskiemu wydawcy, MAG-owi, sprzedaż napędzają jedynie ładne okładki i czytelnicy nie obeznani z gatunkiem. Bo naprawdę nie widzę powodu dla zakupu „Na krawędzi cienia”. A tym bardziej nie widzę powodów dyktowania wysokiej ceny za ogólną jakość całości, że o zadrukowanym papierze toaletowym po prostu nie wspomnę. Jedynym dobrym argumentem do zakupu jest to, że macie pierwszą i trzecią część „Anioła nocy”, a braki w seriach są dla was niczym cios w samo serce.



wtorek, 01 maja 2012, felicja79
Tagi: Weeks Brent

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka