Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Diakow Andriej, Do światła

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Do światła
Autor: Andriej Diakow
Wydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 326
Rok wydania: 2012
Cena: 34,99 PLN
Ocena recenzenta: 7+/10

 

Dymitr Głuchowski swoim debiutanckim „Metrem 2033” ustawił poprzeczkę bardzo wysoko dla twórców powieści postapokaliptycznych. Z tego powodu nie da się uniknąć porównania książek autorów tworzących w jego uniwersum z pierwowzorem. Jak dotąd do czynienia mieliśmy ze słabym „Piterem”, teraz przyszła kolej na pierwszy tom trylogii, „Do światła”. Jak przygody Tarana i jego podopiecznego będą miały się do wyprawy Artema? O tym poniżej.

Diakow od samego początku rzuca nas w czeluść Sankt Petersburskiego metra – nie zamierza on wprowadzać nas w realia polityczne i administracyjne frakcji powstałych w tunelach po zagładzie na powierzchni. Jest to ważny zabieg, który definiuje sposób prowadzenia fabuły od fundamentów – koncentrować będziemy się tak naprawdę jedynie na postaci Tarana i Gleba, a konkretniej na „niezwykłym” oddziale, jakizostanie poprowadzony w kierunku tajemniczego źródła światła, dostrzeżonego na jednej ze stacji. Dwójka stalkerów dba o własne tyłki, nie mając w głowie planów ratowania metra.

Cel wyprawy grupy stalkerów od samego początku jest owiany tajemnicą, a praktycznie żaden uczestnik podróży nie rozmawia o nim nazbyt chętnie. Jednocześnie wydawałoby się, że wyjście na powierzchnię, by odnaleźć źródło tajemniczych błysków, to głupota i samobójstwo w jednym. Paradoksalnie jednak na powierzchni większe zagrożenie stanowią dla siebie sami stalkerzy niż mutanci. To drugie zagrożenie jest o tyle łatwiejsze do rozpoznania, że preferować będzie raczej frontalny atak, nie zaś czajenie się w tunelach metra (chociaż i tak Sankt Petersburskie metro przy moskiewskim wydaje się oazą spokoju).

Stalkerzy to praktycznie osobny rozdział powieści – Diakow idealnie odcisnął na nich piętno dwóch dekad spędzonych pod ziemią, w nieustannym zagrożeniu. Kilkuosobowa grupka nie będzie zlanym z tłem oddziałem – każdy uczestnik wyprawy diametralnie różni się od reszty i napiętnowany jest innym zestawem cech. Autor jednak rozprawia się z nimi z brutalną skutecznością, ukazując co i rusz bezsensowność wyprawy. Prawdziwe zagrożenie tak naprawdę kryje się przed czytelnikiem od pierwszych stron. I jest to kamuflaż na tyle udany, że wydarzenia opowiedziane w finale wywracają wcześniejszy obraz sytuacji do góry nogami.

W ciekawy sposób przebiega proces rzucenia Gleba – nastolatka żyjącego ideałami – na głęboką wodę. Podczas wyprawy wręcz widać, jakie przemiany wewnętrzne zachodzą w chłopaku i jak bezlitośnie jest on zderzany z tym, co znajduje się na powierzchni. Jednak początkowe poczucie beznadziei Diakow w ostatecznym rozrachunku eliminuje, pokazując, że nawet dwadzieścia lat po apokalipsie nadzieja ma swoje miejsce wśród ludzi

Jak nietrudno się domyślić, mieszkańcy muszą mieć wiarę, by chociaż na chwilę odgonić ponure myśli. I taki element w „Do światła” znajdziemy – w tunelach panoszą się kaznodzieje religii zwanej Exodusem, którzy zwiastują rychłe dotarcie do ziemi obiecanej, wolnej od promieniowania i mutantów. I chociaż owa sekta przez praktycznie większość czasu nie znajdzie dla siebie wiele miejsca w fabule, jej obecność jest tak naprawdę głównym napędem dla niej.

Diakow stworzył świat zewnętrzny, w którym zagrożenie nie czai się za każdym rogiem, jednakże z pewnością jest wyczuwalne – nieuważny krok może okazać się tym ostatnim. I to nie tylko przez mutanty, bo wszechobecne jest tu zabójcze promieniowanie i choroby, roznoszone przez zmutowane owady. Podczas lektury widać jednak, że nie mamy do czynienia z Moskwą – Sankt Petersburg przypomina raczej niewielką wioskę, nie przytłacza swoją wielkością, jak stolica matuszki Rosji. Nawiasem mówiąc, w jednej ze scen można znaleźć ukłon autora w stronę „Władców marionetek” Roberta A. Heinleina – jeden z mutantów będzie praktycznie odzwierciedleniem owych władców.

„Do światła” zmywa niesmak, jaki zostawił Szymun Wroczek za pomocą swojego nudnego i kiepskiego „Pitera”. Andrzej Diakow stworzył dość hermetyczną, jednak wartką i ciekawą powieść, w której wszystko obraca się przeciwko grupie śmiałków. Co i rusz pokazuje on bohaterom tytułowe światło, gdy nie widać już nadziei na pomyślne zakończenie wyprawy, co doprowadza ostatecznie może nie do spektakularnego finału, jednak z pewnością do zaskakującego i satysfakcjonującego końca wyprawy. Owszem, recenzowana powieść nie została napisana z takim rozmachem jak „Metro 2033”, jednakże z pewnością stanowi ciekawą pozycję dla miłośników dobrej postapokalipsy.

Na sam koniec warto wspomnieć, że do powieści „Do światła” dołączona została „Ewangelia według Artema” napisana przez Głuchowskiego – jest to niewielki rozdział rozwiewający odrobinę wątpliwości, jakie pozostawiło marne zakończenie „Metra 2033”. Rozdział ów to jednak raczej zapis wewnętrznych przeżyć Artema niż faktyczne wyjaśnienie białych plam w całej historii. Szkoda, tym bardziej, że oryginalne zakończenie zostało urwane jakby w połowie.

czwartek, 19 lipca 2012, felicja79

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka