Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Grzędowicz Jarosław, Pan Lodowego Ogrodu, t. 2

Autor recenzji: Felicja [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Obejrzałam ostatnio wywiad z Jarosławem Grzędowiczem i postanowiłam przeczytać w końcu drugi tom jego najsławniejszego dzieła – „Pana Lodowego Ogrodu”. Jak może pamiętacie, tom pierwszy mnie nie zachwycił. Zakończył się jednak na tyle tajemniczo (główny bohater przemieniony w drzewo), że mimo wszystko chciałam do niego wrócić i się przekonać, co będzie dalej.

Początek bardzo dobry i już myślałam, że całość będzie taka, ale niestety – niespodzianki nie było, znowu mi czegoś brakowało. Przez cały tom przeplatają się losy Vuko Drakkainena, przybysza z Ziemi i następcy tronu największego państwa na planecie Midgaard –  Filara, syna Oszczepnika z klanu Żurawia, Terkeja Tendżaruka (czy on nie mógłby mieć mniej imion i przydomków?). Ponownie Vuko budzi sympatię i jego przygody są ciekawsze, natomiast rozdziały poświęcone szesnastoletniemu Filarowi są nudniejsze i można by je wyciąć (nie łączą się w żaden sposób z pierwszym wątkiem, dzieją się jedynie w tym samym świecie).

Podczas lektury porównywałam tę książkę do „Achai” Andrzeja Ziemiańskiego i sagi o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. „Pan Lodowego Ogrodu” jest powieścią zdecydowanie gorszą. Nie sposób mu się mierzyć ani z jednym, ani z drugim. Bohaterom brakuje oryginalności i świeżości. Fabuła jest zbyt rozwlekle opowiedziana i nie bardzo wiadomo, do czego zmierza. Na końcu drugiego tomu pojawia się bezpośrednie nawiązanie do „Jądra ciemności” Josepha Conrada i dopiero ten kontekst uświadomił mi, że „PLO” to taka „fantastyczna” wersja tego opowiadania.

Gdybym miała opowiedzieć, o czym jest drugi tom, umiałabym to zrobić tylko w dużym skrócie, szczegóły szybko zapomniałam. Vuko uwalnia się z drzewa, potem uczy się używać magicznych mocy tkwiących w uroczyskach, na końcu próbuje pokonać swojego wroga – van Dykena. Filar razem z wiernym sługą Brusem zmierza na koniec świata nie bardzo wiedząc, po co (tak mu kazał umierający ojciec). Przez wiele stron idą i idą, i idą. Najpierw we dwójkę, potem w towarzystwie odnalezionych niespodziewanie Kirenenów (lud, z którego obaj pochodzą).

Nową bohaterką w tym tomie jest Cyfral, która powstała z systemu operacyjnego tkwiącego w głowie Vuko. Cyfral wygląda jak Dzwoneczek z bajki o Piotrusiu Panie, z tą różnicą, że lata goła. Jej kłótnie z Drakkainenem są urozmaiceniem kilku rozdziałów. Poza tym drugi tom wiele się nie rożni od pierwszego, powracają postaci już znane. Na początku pojawiają się jeszcze bogowie i rozmawiają z Ziemianinem, nawet proszą go o pomoc, ale potem występują już marginalnie. Wielka szkoda. Taka dwupłaszczyznowość świata, jak z „Odysei” Homera bardzo by się tej powieści przydała.

Pochwalić za to muszę styl Jarosława Grzędowicza. Język, którym się posługuje sprawia, że czyta się szybko i jednak z przyjemnością. Tylko czemu jest tak nudno i długo? Powinno być mniej stron, więcej akcji. I solidniejsza konstrukcja fabuły. Jak długo ta książka będzie się jeszcze rozkręcała? Kiedy Vuko spotka się z Filarem? Dlaczego zabicie van Dykena jest jedynym motorem napędowym całej historii? To zbyt proste. Vuko go zabije i wróci do domu. Ciekawe tylko, w którym tomie? Czwartym? Piątym? Z sympatii do pisarza sięgnę po następne części, ale moim zdaniem stać go na dużo więcej.

A rozdział pierwszy zaczyna się tak:

 

„Wiesz, co to jest piekło?

Piekło to dwa zamglone szczyty, tulące się do siebie niczym półdupki. To wciąż te same szarpane linie gór, osnute niebieskawym oparem. To widoczne w oddali dwie plamy lasu wspinające się po zboczach, płonące królewskimi barwami jesieni. To siedemdziesiąt trzy iglaste krzewy, pokręcone, jakby wyszły spod ręki mistrza bonsai. To rozsypane wokół białoszare bryłki wapiennych skał, sine jak zepsute mięso. To roziskrzona plwocina śnieżnych czap na wierchach. To prześliczny niczym z pocztówki górski pejzażyk, który staje się wszystkim. Niezmienny, nudny, piękny. Pocztówka nagle awansowała do roli wszechświata. To uwięziony w słojach drewna wieczny gniew i wściekłość. To wyschłe, drewniane gardło, które nie zna krzyku. To jest piekło.”

 

Gdyby cała książka była napisana tak dobrze, jak rozdziały: „Drzewo” i „Wróżka i smoki”, to byłabym zachwycona. Parę następnych też jest niezłych, ale im dalej tym gorzej. Trzy ostatnie najgorsze i to one miały największy wpływ na moją ocenę.

Ocena: 4+/6

niedziela, 01 lipca 2012, felicja79

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka