Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Blog > Komentarze do wpisu

Rothfuss Patrick, Imię wiatru

Autor: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Imię wiatru

Autor: Patrick Rothfuss
Wydawnictwo: REBIS
Ilość stron: 872
Rok wydania: 2008
Cena: 43,90 PLN
Ocena recenzenta: 8/10
Trudno dzisiaj znaleźć debiutującego autora fantasy, który nie wykorzystałby obecnego w literaturze fantastycznej od dawna wątku „from zero to hero”, gdzie nikomu nieznana sierota (względnie dziecię posiadające rodziców, a wraz z nimi niski status społeczny) toczy walkę o przetrwanie, by w końcu zostać żywą legendą, o której wyczynach będą śpiewane pieśni. „Imię wiatru” nie jest pod tym względem oryginalne, na dodatek w książce można się dopatrywać całkiem wielu podobieństw chociażby do „Harry’ego Pottera”.

Fabuła rozpoczyna swój bieg dość nietypowo, bo czytelnik rzucony jest w odległe zakątki królestwa do zapomnianej karczmy w zapomnianej wiosce, gdzie (rzekomo) spokojny żywot wiedzie tajemniczy oberżysta imieniem Kote. Nie wiadomo do końca, skąd ów przybył ani czym parał się w przeszłości. Wszystko to zmienia się jednak wraz z przybyciem do miasteczka skryby zwanego Kronikarzem, który rozpoznaje w karczmarzu Kvothe’a, legendarnego maga i muzycznego geniusza. Kote, jak się okazuje wirtuoz lutni, zgadza się opowiedzieć przybyszowi swoje dzieje.
Początek „Imienia wiatru” jest obiecujący, i to nawet bardzo, bo autor zdaje się kłaść większy nacisk na tło i świat powieści niż na akcję (której w książce zresztą jest niewiele). Widoczne są starania Rothfussa by stworzyć jak najpełniejszy obraz świata – bardzo bogate i rozwlekłe opisy pozwalają bez najmniejszych problemów wyobrazić sobie daną scenerię zgodnie z autorskim zamysłem. Ten element zanika jednak z biegiem fabuły – im dalej w las, tym bardziej ubogo. I choć można to usprawiedliwić, bo ogromna większość akcji „Imienia wiatru” rozgrywa się w tych samych miejscach, więc niby nie ma potrzeby wyjaśniać po raz kolejny tych samych kwestii, to w dalszych scenach powieści wyraźnie odczuwa się brak wyczerpujących opisów, do których autor na wstępie czytelnika przyzwyczaił. Poza tym już na samym początku książki stawia on zbyt wiele pytań, na które w ogóle nie odpowie w tej części trylogii – tak jest chociażby z genezą kilku istot.
Całkiem dobrze idzie Rothfussowi kreowanie osobowości bohaterów – stanowią oni dla siebie wyraźny kontrast. Widać tu wprawdzie kilka schematów zaczerpniętych prosto z wspomnianego już „Harry’ego Pottera”, ale pomijając ten aspekt, można spokojnie przyznać, że protagoniści „Imienia wiatru” zachowują się zgodnie z rolą, jaką narzucił im Rothfuss. Zachowania bohaterów mogą jednak czytelnika irytować - jak było w moim przypadku z przyjaciółką głównego bohatera, która obrała dość… nietypowy sposób na życie. Oprócz tego wyraźnie widać, jak autor wypaczył schematy „społeczeństwa fantasy” – Kvothe’owi podczas jego trzyletniej bezdomności pomagają przedstawiciele warstw społecznych, które zazwyczaj grały rolę „tych gorszych”. Niestety mocno kuleje sfera dotycząca kontaktów międzyludzkich – brakuje im głębi, a niekiedy są one wręcz infantylne. Sam Kvothe, choć jest młodzieńcem mocno doświadczonym przez życie, wykazuje brak instynktu samozachowawczego, a niekiedy po prostu ostrożności, lokując swoje zaufanie w zasadzie gdzie popadnie.
W całym „Imieniu wiatru” dzieje się tak naprawdę niewiele. Po pierwszym, bardzo naciąganym epizodzie, następuje opis perypetii Kvothe’a i jego przyjaciół na Uniwersytecie, co zajmuje około osiemdziesięciu procent książki. Dopiero końcówka powieści przynosi zmianę tej monotonii, jednak nie na długo, a i sama poprawa znacząca nie jest – mamy tu do czynienia tylko z krótkim epizodem, który na dodatek nie ma dla fabuły zbyt wielkiego znaczenia. Na dodatek akcja obraca się prawie cały czas wokół braku funduszy protagonisty na opłacenie czesnego i podstawowe wydatki. Jest to zrozumiałe w świetle wydarzeń, które doprowadziły młodego chłopaka do przyjęcia na Uniwersytet, jednak w pewnym momencie ten autorski zabieg zaczyna irytować.
Powyższe narzekania należy jednak traktować wyłącznie jako moje subiektywne odczucia – „Imię wiatru” można spokojnie nazwać męskim odpowiednikiem „Trylogii czarnego maga” Trudi Canavan i dorosłą wersją „Harry’ego Pottera”, z tym zastrzeżeniem, że autor wyraźnie nie umie budować nastroju grozy opisując wydarzenia przedstawione w książce. Jednocześnie historia Kvothe’a opowiadana Kronikarzowi w zapadłej mieścinie ma w sobie magię, która przyciąga czytelnika do książki i nie pozwala mu się od niej oderwać. Literacki debiut Rothfussa wiele czerpie z twórczości innych autorów fantasy, jednakże „Imię wiatru” ma całkiem sporo nowatorskich elementów (a przynajmniej nieczęsto wykorzystywanych) – jak chociażby tytułowe imię wiatru, które pozwalałoby zapanować nad tym żywiołem. To dopiero wstęp do całej trylogii, ale jako przedstawienie świata „Imię wiatru” jest całkiem dobrą pozycją, o ile nie nastawiamy się na akcję pędzącą na łeb na szyję. Polecam.



środa, 11 lipca 2012, fosher

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: Artemis, *.dynamic.chello.pl
2014/10/19 13:25:28
Nie potrafię (i nie zamierzam nawet próbować) zrozumieć, jakim cudem przyszło Ci porównywanie tej cudownej książki do HP, a już tym bardziej sugerowanie, że autor bazuje na jakichś motywach z HP zaczerpniętych.

Przede wszystkim HP sam w sobie nie był wielce oryginalną serią, więc ewentualnych motywów zaczerpniętych należałoby szukać głębiej i zdecydowanie dalej.

Ale skoro sądzisz, że IW zawiera jakieś zaczerpnięcia z HP, podaj mi proszę przykłady...




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka