Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Kategorie: Wszystkie | Autorzy | Dyskusje | Konkursy | Nowinki | Powitanie | Recenzje
RSS
poniedziałek, 17 grudnia 2012

Autor recenzji: ZaczytAnia [zaczytania.blox.pl]

 

baśniowo i fantastycznie - (d)o celu

Czym fantasy różni się od baśni? Objętością? Targetem? Stopniem skomplikowania przekazu? A może jedyną różnicą jest to, że fabuła baśni toczy się w nieokreślonym miejscu i czasie (dawno, dawno temu za siedmioma morzami, siedmioma górami i siedmioma lasami), a miejscem akcji opowieści fantasy jest zazwyczaj jakaś precyzyjnie skonstruowana Nibylandia?

Książkowe wydanie (ja wysłuchałam audiobooka) "Królowej Niewidzialnych Jeźdźców" (po raz pierwszy wydanej w 1988r.) liczy 190 stron, jej przekaz zrozumie nawet dziecko, a fabuła toczy się w świecie, którego mapkę uważny czytelnik wykreśli bez większego trudu… Baśń to, czy fantasy?

Przyjmując za obowiązującą definicję, którą Andrzej Sapkowski podał w "Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini": "Fantasy jest to, co opatrzono etykietką z napisem fantasy", pozbywamy się problemu – powieść Marty Tomaszewskiej należy do gatunku fantasy. Howgh! ;)

Powieściową Nibylandią są okolice wioski Ullamp, do której przed laty – w dramatycznych, choć nie wszystkim znanych, okolicznościach – trafił noworodek, zwany później Okiem. Przygarnęła go młoda wdowa po młynarzu i wychowała jak syna, chociaż nie był urodziwy i jej córka, piękna Ksyksy, nie darzyła go sympatią.

Od chwili pojawienia się chłopca, wioskę Ullamp nękają Trzy Czarne Konie – czy to przypadkowa zbieżność, czy te dwa fakty łączy jakiś związek przyczynowo-skutkowy? Targany wątpliwościami Oko postanawia odkryć swoją tożsamość i wyrusza w podróż, nie zdając sobie sprawy z tego, że jest ktoś, kto usiłuje wpływać na jego decyzje i nawet czasem mu (a ściśle rzecz biorąc: jej) to się udaje, chociaż Oko został w tym względzie ostrzeżony przez postać w typie baśniowego wioskowego głupka.

Opowieść o przygodach Oka przeplata się z opowieścią o przygodach Ksyksy, która nigdy nie uwierzyła w śmierć swojego ojca, młynarza, i próbuje go odszukać. Jej poczynaniom trochę trudniej kibicować, bo choć cel ma szlachetny, to środki, którymi do niego dąży budzą wątpliwości, a i charakterek ma raczej trudny… Zaczynamy ją rozumieć dopiero wtedy, kiedy poznajemy wszystkie szczegóły dotyczące jej ojca oraz okoliczności jego zaginięcia.

"Królowa Niewidzialnych Jeźdźców" opiera się na motywach charakterystycznych dla fantasy, ale jej autorka trochę się zabawiła z tą konwencją, serwując nam opowieść, w której amulety nie stanowią ochrony, lecz pętają, szlachetny bohater postąpi słusznie nie dotrzymując złożonej obietnicy, a kolaborowanie z siłami zła nie tylko nie zostaje ukarane, ale wręcz prowadzi do pożądanego zakończenia.

Oczywiście, dzieje się tak tylko wówczas, gdy protagonista skupia wszystkie siły żywotne na swoim celu (dzisiaj pewnie powiedzielibyśmy, że realizuje swoją życiową misję), bo to właśnie jest głównym przesłaniem tej opowieści: należy podążać za własnym widzeniem; nie wolno pozwolić ani na spętanie swojego Losu, ani na to, by nas poniósł; w gąszczu krzyżujących się wątków należy odnaleźć własny, choć to wcale nie jest łatwe, bo plączą je inni poszukujący…

Czy współczesne dzieci potrzebują dodatkowej zachęty do tego, by robiły to, co mają ochotę robić...? Nie wiem. Wątpię. Wiem natomiast, że "Królowa Niewidzialnych Jeźdźców" to dobrze skonstruowana i napisana opowieść, która powinna przypaść do gustu i młodszym, i starszym czytelnikom, a fakt, że po jej przeczytaniu zaczyna się zadawać dodatkowe pytania, tylko przemawia na jej korzyść. Jedynie miłośnicy krwawych jatek mogą być tą lekturą rozczarowani, bo w tej trochę onirycznej i nieco infantylnej opowieści ich nie znajdą.

Na koniec kilka słów o autorce: Marta Tomaszewska pisała dla dzieci i dla dorosłych; była dziennikarką, poetką i prozaikiem, a wśród nagród, którymi ją uhonorowano są m.in. Order Uśmiechu, Medal Polskiej Sekcji IBBY i Złoty Medal Gloria Artis.

 

 


 Z "przygód" mola książkowego (czyli dopisek):

Sięgając po "Królową Niewidzialnych Jeźdźców" byłam pewna, że będzie to pierwsza przeczytana (tj. wysłuchana) przeze mnie powieść Marty Tomaszewskiej; dopiero przeglądając bibliografię jej powieści uświadomiłam sobie, że jest autorką książki, którą czytałam w dzieciństwie i która nadal powinna być w moim posiadaniu: "Przyprowadź go do nas, Pu-Bu". Natychmiast sprawdziłam, czy stoi tam, gdzie powinna i okazało się, że tak, co niezmiernie mnie ucieszyło i… pocieszyło, bo ostatnie powiększanie powierzchni półkowej zakończyło się wielką migracją książek i wciąż jeszcze nie jestem zadowolona z ich obecnego układu (rozkładu? ;)).

Kolejna niespodzianka czekała na mnie wewnątrz książki – znalazłam w niej… zaginioną stronę tytułową powieści Ewy Ostrowskiej "Mama, Kaśka, ja i gangsterzy"… :)



piątek, 14 grudnia 2012

Autor recenzji: Krainaczytania [krainaczytania.blox.pl]

Wydawnictwo: POLIGRAF
Brzezia Łąka k/Wrocławia 2012/2013
Ilustracje: Ewa Kieńko Gawlik


John Ronald Reuel Tolkien stwierdził niegdyś, że „fantazjowanie jest naturalną czynnością człowieka. Rozumowi ani nie zagraża, ani nie obraża go bynajmniej, ani nie przytępia apetytu nań, pod żadnym pozorem nie zakłóca też percepcji racjonalizmu naukowego. Przeciwnie, im rozum bardziej przenikliwy i otwarty, tym bogatsze fantazje zdolen wytwarzać.”* Tak więc, idąc za rozumowaniem Tolkiena pofantazjujmy nieco i wyobraźmy sobie, że tuż obok nas, w równoległym świecie, żyją Istoty podobne do nas. Istoty, które na co dzień muszą zmagać się z problemami niemalże identycznymi jak nasze. Otóż wyobraźmy sobie, że gdzieś tam istnieje świat, który nosi nazwę Jangblizja. Tam czas płynie inaczej niż u nas, a Istoty w niej żyjące znają nas jedynie z bajek, które opowiada się najmłodszym mieszkańcom Jangblizji.

Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że jest to świat piękny i spokojny, a jego mieszkańcy darzą się szacunkiem i są dalecy od krzywdzenia siebie nawzajem. Nic bardziej mylnego. Jangblizja znajduje się w stanie wojny, a okrutna Szmaragdowa Pani przetrzymuje we Wschodniej Wieży królową Zarę Karmit Namin, skazując ją tym samym na samotność i rozłąkę z najbliższymi. Królowa jest przerażona i bezsilna. Jej mąż, król Taro, gdzieś nagle znika i nikt nie wie, co się z nim dzieje. Natomiast dzieci pod opieką zaufanych poddanych w czasie trwania Wielkiej Bitwy zostają przeniesione do Tamtego Świata, który w mniemaniu mieszkańców Jangblizji jest przerażający, zaś sama myśl o nim doprowadza niemalże do histerii. Gdzie w takim razie znajduje się Tamten Świat i dlaczego budzi on tak wielki strach w Jangblizjanach?

Niemniej jednak dzieci królowej Zary wcale nie odczuwają aż tak wielkiego lęku. Nana i Roan dość szybko utożsamiają się z tubylcami i próbują nauczyć się ich zwyczajów, choć jest bardzo wiele kwestii, na które reagują zdziwieniem i niedowierzaniem. Bo przecież pomimo wszystko w Tamtym Świecie są obcymi istotami, lecz mimo to robią, co tylko w ich mocy, aby wtopić się w tłum i nie rzucać się w oczy. W tym kamuflażu ma im pomóc pewien magiczny pył, który stale powinien być w ich posiadaniu. Czy książętom uda się bezpiecznie przetrwać wojnę w Jangblizji, mieszkając w Tamtym Świecie, zważywszy że w pewnym momencie uświadamiają sobie, że nie są jedynymi Jangblizjanami, którzy przekroczyli granicę tych dwóch światów? Jakie niebezpieczeństwo może na nich czyhać z dala od krainy ogarniętej wojną?

Wojna w Jangblizji. W Tamtym Świecie to debiut powieściowy Agnieszki Steur. Od razu zaznaczę, że jest to debiut bardzo udany. Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że nigdy nie przekonam się do fantastyki, co może wydawać się dziwne, zważywszy że od dziecka uwielbiam baśnie, a nie tak dawno sama stworzyłam blogową powieść fantasy. Być może moje zaangażowanie w pisanie własnej powieści sprawiło, że gdzieś w mojej podświadomości zaczęła kiełkować myśl, aby w końcu spróbować „zaprzyjaźnić” się z fantastyką. Powieść Agnieszki Steur stała się doskonałym pretekstem do tego, żeby częściej sięgać po tego typu literaturę, a nawet zacząć ją promować.

Czytając Wojnę w Jangblizji odniosłam wrażenie, że zamiarem Autorki było otworzenie czytelnikowi oczu na wiele spraw, których nie zauważamy na co dzień, żyjąc w pośpiechu i obok siebie. Nie dostrzegamy tego, jacy jesteśmy naprawdę. Ci fikcyjni bohaterowie mogą śmiało stać się naszym lustrzanym odbiciem. Podczas czytania nasunęła mi się jedna refleksja. Otóż, zaczęłam zastanawiać się, czy my-ludzie naprawdę jesteśmy tak bardzo źli, że możemy jedynie budzić strach? Chyba jednak coś w tym jest. Wystarczy uważnie rozejrzeć się wokół i zobaczyć, jak wiele Zła rozsiewamy.

Tamten Świat i Jangblizja w pewnym momencie praktycznie stają się jedną krainą, ponieważ nie wiadomo kto jest kim, a także kto uchodzi za przyjaciela, a kto jest wrogiem. Tak naprawdę nie wiadomo też które z tych miejsc jest bezpieczniejsze. Może jednak warto wrócić tam skąd się przybyło? Tylko w jaki sposób tego dokonać? Jak odnaleźć granicę, aby móc ją przekroczyć?

Ponieważ jest to pierwsza część trylogii, Autorka pozostawia tutaj szereg niedopowiedzeń i niewyjaśnionych kwestii. Jest obecna tajemnica, którą należy poznać do końca, a także rodzące się uczucie. Tylko czy owo uczucie będzie mieć szansę, aby przetrwać, skoro wokół czyha tak wiele niebezpieczeństw? Dlatego czytając Wojnę w Jangblizji. W Tamtym Świecie musicie przygotować się na to, że po przeczytaniu ostatniej strony poczujecie niedosyt. Będziecie zastanawiać się, co dalej stanie się z bohaterami i jak wygląda rzeczywistość po tej drugiej stronie. Poznacie też, choć nie w całości, dzieje Jangbliznjan, które uwięziona i osamotniona królowa Zara spisuje niezwykle skrupulatnie. Uświadomicie sobie także, jak wielką wartość może mieć prawdziwa przyjaźń.

Moim zdaniem Agnieszka Steur stworzyła opowieść, którą nie tylko czyta się z ogromnym zainteresowaniem, ale przede wszystkim wykreowała opowieść wzbudzającą w czytelniku refleksje nad własnym życiem, nad rzeczywistością, w której porusza się każdego dnia. Choć jest to powieść oparta na czystej fikcji literackiej, to jednocześnie jest niesamowicie autentyczna. W tej autentyczności nie brak też magii i tajemniczości. Autorce nie brak również wyobraźni, której zasoby potrafi doskonale wykorzystać, kreując nieprzeciętnych bohaterów, zamieszkujących równie niepospolite krainy.

Zazwyczaj w recenzjach nie odnoszę się do części graficznej książek, ale w tym przypadku postanowiłam zrobić wyjątek, ponieważ okładka powieści niesamowicie mnie urzekła. Stanowi ona doskonałe odzwierciedlenie fabuły książki. Oczywiście nie zdradzę, w jaki sposób, gdyż o tym każdy czytelnik musi przekonać się sam. Urzekły mnie również ilustracje, których próbkę możecie obejrzeć na stronie internetowej książki [klik].

Na koniec dodam jeszcze, że z wielką niecierpliwością czekam na kolejne części Wojny w Jangblizji, a Was, póki co, zachęcam do zapoznania się z tomem pierwszym tej cudownej historii.

Moja ocena: 6/6

FanPage na FB

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Autorce



* przekład: Andrzej Sapkowski

12:22, felicja79 , Autorzy
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lipca 2012

Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



Litera magii

Jaką literą pisana jest magia? Oczywiście literą M. M jak Magia to zbiór opowiadań Neila Gaimana. Opowiadań przedziwnych i tajemniczych. Jedne historie, wywołają u Ciebie gęsią skórkę, inne rozbawia. Wszystkie za to zadziwią.

Neil Gaiman już wiele razy napisał coś co odbiega on kanwy znanej mi fantastyki. Również każde, z opowiadań zebranych w książce  M jak Magia zaskoczy Cię oryginalnością.

Jak sprzedać most?

Dowiesz się jak można sprzedać most. Pamiętaj jednak, że musisz być naprawdę przebiegły, żeby taki przekręt Ci się udał. Może jednak warte to jest ryzyka?

Jak smakuje żuk?

Zastanawiałeś się jak smakuje żuk? Mi nigdy coś takiego do głowy nie przyszło. Chociaż próbuję rzeczy spoza kuchni polskiej – jadłem już żabie udka, różne owoce morza, sushi i próbuję coraz to innych rzeczy, ale żuka nie próbowałem. Nawet jak byłem dzieckiem.

Festiwal makaronów

Ostatnio nawet poszedłem na festiwal makaronów w pizza hut razem z narzeczoną. Nigdy nie byłem na tak długim obiedzie. Siedzieliśmy 3 godziny zanim spróbowaliśmy wszystkich makaronów z menu.

Przy okazji przegrałem zakład. Nie wierzyłem, że moja narzeczona jest w stanie zjeść po połowie porcji wszystkich makaronów za jednym razem. Mimo, że podawane porcje były znacznie mniejsze on standardowego menu do była ciężka walka. Nawet mi się ledwo udało.

Cóż, moje słoneczko jak czegoś chce to potrafi postawić po swoim. Mimo, że już w połowie menu się najadła dotarła do końca. Co prawda resztką sił, ale mimo wszystko zakład wygrała. Ja musiałem się wypłacić, ale i tak najtrudniejsza była droga powrotna do domu z takim dodatkowym bagażem w brzuchu :D

Neil Gaiman opisuje Klub Epikurejczyków , który próbował znacznie dziwniejszych rzeczy niż żuki. Czego dokładnie próbował i jak się to dla niego skończyło to już musisz sam przeczytać ;)

Przyjaciel kot

Masz kota? Ja wolę psy, ale zawsze koło mojego domu kręciły się również różne koty. Po jednej z historii Neila Gaimana bardzo cieszy mnie, że miseczka mleka jest napełniana co wieczór i każdy chętny może z niej skorzystać.

Jedenaście

11 właśnie tyle jest historii w książce M jak Magia. Ja opisałem krótko tylko 3, a jest jeszcze 8 i każda jest cudownie inna i warta przeczytania. Każda pobudza Twoją wyobraźnie i zapisuje się mocno w pamięci.

P.S.

Uważaj na mosty ;)



Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



Praca domowa

Czy praca domowa może być ciekawa? Przeważnie nie, ale zdarzają się takie, które robisz z przyjemnością. Są to przede wszystkim prace domowe z tych przedmiotów, które lubisz i umiesz. Rozumie się to samo przez się.

Mi zadano przyjemną pracę domową kilka lat temu na studiach. Musiałem przeczytać książkę po angielsku. Och ależ ja cierpiałem z tego powodu ;)

Ok przeczytać książkę da się zrobić, po angielsku trochę trudniej (czasami przydaje się pomoc w postaci słownika), ale dalej łatwe zadanie dla osoby, która lubi czytać i może sobie wybrać dowolną książkę :D

Ja sobie upatrzyłem utwór Terry Pratchetta - Nomów księga wyjścia. Angielski tytuł brzmi Truckers.

Zdaje się, że miałem potem napisać recenzję tej książki. O czym była, jaką historię opowiada. Pamiętam, że mi nie wyszło za bardzo i dostałem słabą ocenę. Pewnie to głównie przez słabą wprawę w pisaniu. Teraz piszę regularnie i podbudowuję się stwierdzeniem, że piszę coraz lepiej. A Ty jak sądzisz? Czy uważasz, że lepiej piszę niż na początku założenia bloga?

Angielski humor

Jaką przewagę ma czytanie książki w rodzinnym języku autora? Można docenić więcej dowcipów, ale do tego potrzebujesz sprawnie posługiwać się tym językiem - angielskim w tym wypadku.

W książka Terry Pratchetta natrafiam często na dopiski tłumaczy, że coś nie dało się przetłumaczyć w taki sposób, żeby zachowało swój oryginalny sens. Takie już uroki tłumaczeń. Tłumaczenie książek to nic przy tłumaczeniu wierszy, tam to już musi się mieć zalążek poetycki, a i tak powstaje całkiem nowy wiersz.

Małe ludziki

Czy wierzysz w małe ludziki? One istnieją naprawdę. To dzieci. Później zaczynają rosnąć i zamieniają się w młodzież, a potem dorosłych. Terry Pratchett opisuje jednak inne istoty - Nomy. Czy one istnieją naprawdę? Ciężko powiedzieć, w codziennym życiu ciężko zauważyć kogoś kto ma kilka cali wzrostu i porusza się znacznie szybciej od Ciebie.

Pewnie taki mały ludek jakby chciał zostać w ukryciu, to ludzie by go nie znaleźli. Szczególnie, że ich nie szukamy, a jeśli ktoś nawet je znajdzie to wytłumaczy sobie, że to było przywidzenie, albo inni stwierdzą, że mu klepki się poprzestawiały.

Sklepowy świat

Jednak dla potrzeb tej historii przyjmijmy, że Nomy istnieją. Czy uważasz, że mogłyby one mieszkać w wielkim sklepie? Od wielu pokoleń (Nomich oczywiście). Ależ oczywiście, że by mogły. Przecież wielopiętrowy sklep jest pełen towarów, różnego rodzaju. Buty, ubrania i najważniejsze jedzenie. Odpowiednio zorganizowana grupa mogłaby przeżyć tam dziesięciolecia.

Tylko, że nic nie jest wieczne. I wszystko kiedyś się kończy i nawet największe sklepy upadają i nawet jego stwórca Arnold Bros (zał. 1905), nie może temu zapobiec.

Ten obcy

Teraz zastanów się jak wytłumaczyć ludziom, czy też Nomom, że ich styl życia się zmieni, że ich cały świat zostanie zniszczony, że będą musieli wyjść na zewnątrz, o którym krążą legendy?

Wiesz komu przypadnie taka rola? Oczywiście temu obcemu przybyszowi z zewnątrz, które dla sklepowego Noma nie istnieje. Masklina czeka nie lada przeprawa z przekonaniem Nomów żyjących w sklepie, że muszą uciekać, opuścić sklep.

Wyjście

Czy Masklinowi uda się przekonać pozostałych? Czy Nomom udało się opuścić bezpiecznie sklep? Jakie przeciwności przyjdzie im pokonać i co pójdzie źle? Odpowiedzi na te pytania znajdziesz jeśli przeczytasz książke - Nomów księga wyjścia.

P.S. Zawsze możesz przeczytać też wersję angielską Truckers.



Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



Nomów historii ciąg dalszy

Pierwszą część historii o Nomach przeczytałem kilka lat temu. Opisałem to w poprzednim wpisie - Terry Pratchett - Nomów księga wyjścia. Dopiero nie dawno przypomniałem sobie o nich, kiedy szukałem w bibliotece kolejnej lektury.

Brak części

W bibliotece do, której chodzę od kilku lat nie było części II tylko od razu część III, a ja, pewnie tak jak Ty, wolę czytać serię po kolei. Myślałem po prostu, że nie mam szczęścia i ktoś ją wypożycza, ale w końcu przejrzałem dokładnie zasoby biblioteczne i okazało się, że Nomów księgi kopania nie ma w zasobach biblioteki. Trochę mnie to zasmuciło, ale nie przejąłem się bardzo, bo i tak miałem wiele półek z książkami do przeczytania.

Dwie biblioteki są lepsze niż jedna

Kilka miesięcy temu zauważyłem, że mam drugą filię biblioteki tuż pod blokiem. Przechodziłem koło niej wiele razy, ale jej nie widziałem. Pewnie też tak miałeś, że szedłeś w jakieś konkretne miejsce i nie zwracałeś uwagi na otoczenie. Ja chodziłem koło tej biblioteki ponad rok zanim wyrobiłem sobie dodatkową kartę biblioteczną. Do poszukiwań zmotywował mnie fakt, że moje Słoneczko chciało konkretną książkę, której nie było w miejscu do, którego chodziłem.

Moja dziewczyna już dawno tamtą książkę przeczytała, a ja zacząłem chodzić do dwóch bibliotek. Każda ma nieco inny zestaw książek. Właśnie tak znalazłem II część opowieści o Nomach. Gdy ją wypożyczyłem od razu pojechałem do pierwszej biblioteki po III część, ale o tym jutro ;)

Zewnątrz

Terry Prachett w Nomów księdze kopania opisuje świat z perspektywy kilku calowego ludka, który wyszedł z bezpiecznego i ciepłego sklepu na zewnątrz.

Wyobraź sobie tą tragedię, kiedy przenosisz się ze stabilnego świata w świat pogody. Gdzie śnieg nie jest miły i puszysty, tylko mokry i zimny. Gdzie są drapieżniki, które mogą Cię zjeść. Nie ma znaczenia, że myśliwi szybko zamieni się w ofiarę, gdy dopadną go Twoi znajomi. Ty już dawno będziesz strawiony.

Nic dziwnego, że Nomy narzekają i marudzą w takich warunkach. Mało tego. Wydaje się, że ludzie nie chcą zostawić małych ludków w spokoju. Tak zaczynają się kłopoty.

Kobiety i czytanie

Kobiety nie powinny czytać, ponieważ mózg się im od tego przegrzewa. Nie jest to moja opinia, tylko opinii jednego ze starszych Nomów. Osobiście uważam, że z książek można się wiele nauczyć. Kiedy więcej wiesz, zaczynasz sam myśleć coraz więcej. To działa spróbuj sam ;)

Coraz więcej małych ludzików zaczęło poznawać świat czytając. Bardzo dziwny nieznany świat, który okazał się znacznie większy niż Nomy sobie wyobrażały. I kiedy Grimma zaczyna opowiadać Masklinowi o maleńkich żabkach mieszkających w kwiecie, ten nic z tego nie rozumie. To normalne. Chyba żaden mężczyzna nie potrafi do końca zrozumieć kobiet. One czasem same się nie rozumieją.

Przywódcy

Masklin postanawia wyruszyć na misję, o której możesz dowiedzieć się więcej w III części opowieści, albo już jutro na tym blogu. Nomy jednak potrzebują hierarchii. Potrzebują przywódcy. Tylko, że jeśli pretendentów do objęcia stanowiska przywódcy jest wielu to nie może się dobrze skończyć.

Pamiętasz, że w to wszystko jeszcze mieszają się ludzi, którzy nie chcą zostawić Nomów w spokoju. Mimo, że nie zdają sobie sprawy z ich istnienia.

Plany i po planach

Pojawia się kilka planów, ale większości z nich nie udaje się zrealizować w pełni. Nomy nie mają wyboru, muszą stawić bezpośrednio czoła człowiekowi. Ujawniają się przed nim. Tylko jak długo, kilka tysięcy Nomów, może przeciwstawiać się ludziom? Nawet pomoc ze strony Jekuba nie wystarcza na długo.

I kiedy wydawać by się mogło, że to już koniec, ze swojej misji powraca Masklin.

Jak Nomy walczyły z ludźmi? Czego Nomy nauczyły się z książek? Jak skończyła się II część opowieści o Nomach? O tym będziesz musiał sam przeczytać. Zajrzyj do swojej pobliskiej biblioteki. Może znajdziesz w niej Nomów księgę kopania napisaną przez Terry Pratchetta.



Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



Podróż

Jak prosta byłaby dla Ciebie podróż na Florydę? Wystarczyłoby tylko, żebyś kupił bilet. Inne kwestia ile ten bilet kosztuje ;P

Teraz wyobraź sobie, że masz kilka cali wzrostu i dopiero niedawno dowiedziałeś się, że świat jest znacznie, znacznie, znacznie większy niż to sobie kiedykolwiek wyobraziłeś. Trafiłbyś na Florydę?

Właśnie podróż kilku małych ludków opisuje Terry Pratchett w książce Nomów księga odlotu.

Na piechotę za daleko. Samochodem też. Co zostaje? Oczywiście samolot. Raz leciałem samolotem, a właściwie dwa bo tam i z powrotem. Ale to był znacznie mniejszy samolot niż ten, którym podróżowały Nomy.

Ok tylko jak one się na ten samolot dostały? Przecież nie kupiły sobie biletów. Miały odrobinę pomocy, ale żeby poznać szczegóły, musisz przeczytać opowieść o Nomach.

W każdym razie lot Concordem na niebotycznej wysokości trwający ponad 6 godzin może być wyzwaniem dla małych ludków. Szczególnie, że dla nich czas płynie szybciej. Wyobraź sobie, że musiałbyś spędzić w samolocie dwie i pół doby. Bez jedzenia. Na szczęście posiłki łatwo znaleźć w samolocie, bo ludzie też jedzą.

Bardzo wysoko i bardzo szybko

Sprawy jednak szybko się komplikują gdy masz za towarzysza maniaka, który musi wiedzieć dokładnie jak każda maszyna działa. A jeszcze chętniej zasiadłby za jej sterami. Za sterami Concorda, który porusza się szybciej od dźwięku. Dokładnie leci z prędkością tysiąca trzystu pięćdziesięciu dwóch mil na godzinę na wysokości pięćdziesięciu pięciu tysięcy stóp. To bardzo wysoko i bardzo szybko. To naprawdę bardzo wysoko i bardzo szybko ;)

Krótko mówiąc, jak to w książkach bywa, podróż pełna jest niebezpieczeństw i nieprzewidzianych sytuacjach.

Pierwszy kontakt

Ale takie historie przeważnie dobrze się kończą i Nomy w końcu docierają na Florydę. Ale jest dopiero początek ich misji, a przed nimi daleka droga.

Powiem jeszcze tylko, że Nomy nawiązują pierwszy kontakt. Z ludźmi oczywiście.

A swoją drogą my ludzie chyba jesteśmy bardzo samotni. Bo tak mocno i usilnie pragniemy znaleźć jakąś inną inteligentną rasę we wszechświecie. W tej wielkiej ciemnej przestrzeni.

A i Grimma dostaje w końcu swoje żabki. Oczywiście od Masklin.

P.S. Księgi Nomów

Terry Pretchettowi napisanie opowieści o małych ludzikach zajęło kilka lat. Tak powstała część I, II i III, ale mądrzy ludzie postanowili to połączyć. W końcu jedna książka, nawet gruba, jest tańsza od trzech. Połączone historie o Nomach ukazały się pod tytułem Księgi Nomów.



środa, 25 lipca 2012

Autor recenzji: Agnieszka [krimifantamania.blogspot.de]

 

Cykl: Mordimer Madderin

Wydawca: Fabryka Słów

Data wydania: 17 czerwca 2011

Liczba stron: 496

Cena: 37,00 zł

 

 

Pierwsze zdanie: "I daj nam siłę, byśmy nie przebaczali naszym winowajcom... - modlił się Andreas Voerter tępo wpatrzony w ogień trawiący stojącego pośrodku stosu mężczyznę".

 

To moje pierwsze rendez vous z Mordimerem, ba pierwsze z Piekarą w ogóle. Zachęcona dość entuzjastycznymi recenzjami sięgnęłam po pierwszy tom cyklu. Autor nie poskąpił nam bowiem książek o inkwizytorze, rozsiewając jego przygody po licznych tomach i tomiszczach, antologiach, opowiadaniach, samodzielnych powieściach i kontynuacjach. Bądź tu człowieku mądry i dokop się do jakiego takiego porządku...

 

No dobra, dość narzekania z samego początku, na to przyjdzie jeszcze pora. Sam pomysł historii o młodym inkwizytorze, który ciągnie przez Europę tropiąc wykroczenia przeciw jedynej słusznej wierze, wydał mi się świetny, tym bardziej, że w omówieniach mowa była o alternatywnej historii chrześcijaństwa, w której Chrystus zstąpił z krzyża i zemścił się na swych prześladowcach. W omawianym tomie niewiele z tej alternatywnej wizji świata znajdziemy. Być może należałoby zapoznać się z resztą obfitego Cyklu Inkwizytorskiego, by dopatrzeć się pełnego obrazu tego innego świata. W "Biczu Bożym" inności domyślamy się raczej z niedomówień, strzępków dialogów, napomnień, niż zamaszystego pejzażu.

 

Przypatrując się tej powieści zobaczymy bowiem raczej nieźle skonstruowany kryminał, niż fantastyczną wizję świata. Rzecz dzieje się w Bielstadt, gdzie Święte Oficjum wszczyna śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci biskupa. Ów zginął w mękach na stosie. Dokonał samospalenia, czy też może raczej ktoś mu w tym dopomógł? Sprawia owiana jest tajemnicą, a do miasta przybywa trupa inkwizytorów, z których najstarszy rangą, dręczony dolegliwościami hemoroidalnymi, ustępuje pola najmłodszemu - naszemu Mordimerowi, a czytelnikom dostarcza tym samym paru humorystycznych scenek i świetnych dialogów. Śledztwo zatacza coraz szersze kręgi, snując się po okolicznych klasztorach, zahaczając o tubylczą szlachtę, meandrując po intrygach i zagadkach. Kto stoi za morderstwami wśród bożych sług? Demon zła, czy mściciel, piętnujący grzeszników?...

 

Suspens znakomity, fantastyki i magii tyle, co kot napłakał, za to ile chędożenia!... Momentami miałam wrażenie, że autor realizuje jakieś swoje mroczne fantazje erotyczne, bo natężenie scen z chętnymi do najbardziej wymyślnego seksu mniszek mocno zastanawia. Książka w tym względzie na pewno spodoba się dojrzewającym chłopcom, mnie tylko rozśmieszyła. A, w podobnie nieporadnych klimatach utrzymane są ilustracje - popatrzcie sami. Śmiać się, czy bać?...

 

Na zakończenie mamy z góry zaprogramowany cliffhanger, w końcu trzeba zachęcić jakoś do sięgnięcia po kolejne tomy. Ale, tu muszę przyznać, nie rozczarowało mnie ono, autorowi udało się bowiem zaskoczyć mnie w kilku punktach.

No i jak tu to dzieło ocenić? Jako kryminał - wielce zadowalające. Jako fantasy - niestety nie, spodziewałam się czegoś innego, wiecej magii i stężenia fantasy w fantasy. Może trzeba w tym celu sięgnąć po inne mordimery. Czy się skuszę - nie wiem.

 

Moja ocena: 3/5

Autor recenzji: Agnieszka [krimifantamania.blogspot.de]

 

Tytuł: Feed. Viruszone (tom 1 trylogii Newsflesh)

Wydawca: Lyx Egmont

Ilość stron: 512

Tytuł oryginału: Feed

 

 

Dziś wyjątkowy kąsek dla wszystkich fanów fantastyki - nominowana do Nagrody Hugo Award książka amerykańskiej pisarki Miry Grant (to pseudonim, pod którym ukrywa się Seanan McGuire), będąca pierwszym tomem trylogi Newsflesh. Już sam fakt nominacji, w połączeniu z zachęcającą okładką wystarczył, bym zamówiła książkę w amazonie na długo przed ukazaniem się. Nadeszła sporawa cegła, na którą rzuciłam się z godną bohaterów książki pożądliwością.

 

Ktoś, kto zawiesi oko tylko na tekście z okładki, może się zrazić. No bo ile można wałkować wciąż ten sam temat, odgrzewany na tysiąc sposobów kotlet z paranormali? Wampiry, wilkołaki, cuda wianki, a teraz nawet... zombie?... Bez obaw, autorka nie uraczy nas kolejną romantyczną opowieścią o dozgonnej (ha, ha) miłości nieśmiałej nastolatki i przystojnego trupojada o niezwykłych zdolnościach. W książce nie znajdziemy miłości. Nie znajdziemy też wywołujących odruch wymiotny obrzydliwych scen rodem z serialu The Walking Dead (choć pisarka niewątpliwie inspirowała się tą historią).

 

W ogóle wizja, którą roztacza Mira Grant, jest odmienna od tego, czego można się było spodziewać - jest to wizja świata w niedalekiej przyszłości (lata czterdzieste naszego wieku), w którym ludzkość przestała chorować na katar i na raka, w związku z czym palenie papierosów znowu weszło na salony, w którym przytłaczająca większość przeszła, bo musiała, na wegetarianizm, w którym jednym z najistotniejszych utensyliów codzienności stał się podręczny aparat do analizy krwi, blogerzy (sic!) najważniejszą grupą w medialnym cyrku, a internet oknem na świat dla większości mieszkańców Ziemi. Dopracowana to wizja, wiarygodna, nie skąpiąca technicznych detali i naukowych uzasadnień. No a zombie? Są. Są śmiertelnie niebezpieczni, powstają z martwych, atakują, zarażają. Ale w tej powieści należą do marginaliów. Bo nie o makabryczne obrazki rodem z trzeciorzędnych horrorów tutaj chodzi.

 

Rok 2014 okazuje się przełomowy w dziejach ludzkości. Początkowo cały świat cieszy się z rewolucyjnych odkryć w dziedzinie wirologii, dzięki której udaje się całkowicie wyeliminować katar. Naukowcy nie wiedzą jednak, że wypuszczony wirus nie będzie błogosławieństwem dla świata, ale jego przekleństwem i zagładą. Zmutowany wirus Kellis-Amberlee już wkrótce noszą w sobie wszystkie żywe istoty, a aktywowany przez ponowny kontakt, powoduje, że człowiek i każdy ssak powyżej 25 kilogramów wagi ciała powstaje z martwych i zaczyna pożądać źródła białka, czyli żywego... mięsa. Trzydzieści lat później ludzkość nauczyła się z tym żyć. Ale inne jest to życie, niż znamy dziś.

 

Bohaterami powieści jest grupa blogerów, którzy mają towarzyszyć w kampanii wyborczej kandydującemu na prezydenta Stanów Zjednoczonych senatorowi Rymanowi (oczywiście z ramienia republikanów - i czy to przypadkowa zbieżność nazwisk?...). Autorka nie skąpi nam szczegółowych opisów ich blogerskiej egzystencji, nie szczędzi też osobliwego amerykańskiego patriotyzmu i wglądu w prawa, jaki rządzą się  mechanizmy wielkiej polityki. Może to nasze europejskie oko nieco razić. Na szczęście nie brakuje też sensacyjnych plotów, kiedy okazuje się, że ktoś dybie na życie bezkompromisowych i kochających prawdę blogerów. Akcja znacznie przyspiesza w ostatniej tercji powieści, i to dobrze, bowiem jedną z największych słabości tej książki jest jej rozwlekłość i chorobliwa wręcz dbałość o szczegóły (nie liczyłam, ile razy główna blogerka Georgia Mason poddaje się drobiazbgowej kontroli antywirusowej, ale będzie tego trochę). W ogóle nad płynnością pisarka powinna trochę popracować, bo akcja toczy się bardzo nierówno, a czytelnik na zmianę przysypia i podryguje wstrząsany nagłymi zwrotami fabuły.

 

Nasuwają się dwa pytania - czy ta książka powinna była dostać nagrodę Hugo? I czy warto ją przeczytać? Nie i tak. Nie, bo mimo całej kompleksowości ciekawego świata Georgii Mason jest niedopracowana i przegadana (odchudzić ją, odchudzić!). Tak, bo stanowi oryginalną fuzję horroru i dobrze pomyślanej dystopii. Jeśli autorce uda się wyeliminować słabości pierwszego tomu, to czeka nas drugi smaczny kąsek w postaci kontynuacji "Deadline", która już jest w zapowiedziach w Niemczech. Pozostaje mieć nadzieję, że i polscy wydawcy sięgną po "Feed".

Moja ocena: 4/5.

Tagi: Grant Mira
22:32, felicja79 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

Autor recenzji: Agnieszka [krimifantamania.blogspot.de]

 

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Data wydania: 26.01.12

Stron: 304

Język: polski

Cena: 34,99 zł

 

Pierwsze zdanie: "Łomotanie stawało się coraz głośniejsze, aż wreszcie Nathan odczuł drgania w kierownicy."

 

No właśnie. Czy Polacy potrafią pisać horrory? Czy nie jest tak, że nieraz już mieliśmy wątpliwą przyjemność konsumowania nieporadnych płodów, które wyszły spod pióra polskich naśladowców Kinga, Mastertona, Ketchuma? I czyż nie jest tak, że dzieła owe, miast straszyć i wywoływać gęsią skórkę, wywoływały, owszem, ale salwy śmiechu lub, co gorsza, zażenowanie? I czyż nie jest tak, że każda kolejna próba rodzimego pisarza pójścia w ślady któregoś z mistrzów dreszczowca wzbudza co najwyżej nieufność lub niedowierzanie, a czasem tylko sprawia, że wyrwie się nam stłumione ziewnięcie?

 

Marcin Mortka, świetny skądinąd tłumacz i autor pokaźnego zbiorku powieści z pogranicza przygody, historii i fantastyki, postanowił zmierzyć się z tym mitem i udowodnić, że Polak potrafi. Nie kryje przy tym, że inspiruje się dokonaniami najlepszych. Lektura "Miasteczka Nonstead" to wydziobywanie spomiędzy wierszy motywów zaczerpniętych z rozlicznych dzieł popkultury. Autor lawiruje między cytatami z Kinga, zgrabnie rozsiewa nastrój rodem z "Miasteczka Twin Peaks", parę razy wspomina agenta Muldera, nie gardząc wycieczkami do serialu CSI. Tylko czy ten zlepek zapożyczeń koniecznie musi prowadzić do nowej jakości?...

 

Autor osadza akcję współcześnie, na amerykańskiej prowincji, co jest zabiegiem dość karkołomnym, zważywszy na trudności, jakie niesie dla kogoś, kto nie jest skonfrontowany z tamtejszą rzeczywistością na codzień. Wydaje się, że pisarz poradził sobie z tym wyzwaniem dość dobrze, przynajmniej na pierwszy rzut oka nic nie zgrzyta w tym względzie. Bohater, pisarz, autor bestsellerowej książki z pogranicza horroru i opowieści paranormalnych, zbierający skorupy swego życia miłosnego i zawodowego, ucieka przed własnym agentem, a może i szczątkami dotychczasowego życia na zadupie, do ponurego "wypiździewa", jak sam pieszczotliwie nazywa mieścinę o nazwie Nonstead. Wynajmuje dom i dość prędko zostaje wciągnięty w wir dziwnych, mrocznych, złowieszczych wydarzeń, które nawiedzają Nonstead. "Nawiedzenie" to przy tym właściwe słowo, bowiem jednym z pierwszych problemów, z którymi przyjdzie mu się zmierzyć, jest opętanie Vanessy, córki ledwie poznanej miejscowej nauczycielki, przez tajemniczego demona. Sytuację udaje się Nathanowi, jak przystało na prawdziwego bohatera, zażegnać, dziecko uratować, ale miasteczko i jego niesamowici mieszkańcy, wraz z miejscową zwierzyną, a nawet pogodą, zdają się powoli go osaczać. Mamy więc tu Samotnię, odludną chatę położoną wśród głuszy, o której mówią, że jest Wrotami Piekieł, mamy pojawiającego się znikąd upiornego czarnego psa, zwiastującego śmierć, pastora, odbierającego telefony z piekła, tajemnicze przypadki popadania w szaleństwo, zaginięcia, samobójstwa, wypadki. Mamy też osobliwe forum internetowe, na którym ludzie wpisują autentyczne, przejmujące i nieprawdopodobne historie własnego szaleństwa. I co, boicie się?...

 

Pewnie, że nie. Ale sięgnijcie po tę książkę późnym wieczorem, zaszyjcie się w fotelu (koniecznie w samotności), najlepiej wtedy, gdy za oknem szaleje wichura, włączcie muzykę, która przewija się przez stronice powieści - od psychodelicznego The Cure, poprzez dołujące Sisters of Mercy (The Flood! Były czasy, kiedy słuchałam tego bez ustanku...), po wywołujące gęsią skórkę "Riders of the Storm" i pozwólcie panu Mortce zbudować powoli nastrój grozy, przesiąknijcie atmosferą piekielnych oparów i szaleństwa, i wtedy zobaczymy, czy mu się to uda. I jest to wielce prawdopodobne, bowiem warsztatem on dysponuje niezgorszym. Potrafi operować słowem, odpowiednio dozuje finezyjne określenia i dosadności, umiejętnie wykorzystuje figury retoryczne, maluje mistrzowskim pędzlem obrazy, które zapadają w pamięć. Wielka powchwała za język. Bo nawet sypanie kurwami jest tu na miejscu, nadając postaciom autentyczności, a lekturze smaczku.  Chcecie wiedzieć, czy ja się bałam?



Nie. Ale niełatwo mnie przestraszyć. A czasy, kiedy przeszywał mnie dreszcz nad stronicami powieści grozy, dawno minęły. Niełatwo też mnie zaskoczyć. Zresztą, czyż źródełko z pomysłami na dobry horror nie wyschło już dawno, a to co nam się serwuje, nie jest tylko kręceniem się w kółko i odgrzewaniem motywów, które już gdzieś się kiedyś pojawiły? Ale nie w straszności tak naprawdę leży siła tej książki - to kawał dobrej rozrywki, która nawet jeśli nie wywołuje grozy, to z pewnością jednak ciekawość i napięcie, które każe nam przewracać strony, czekając, co dalej. Jasne, są tu wątki niedopowiedziane, przycięte, pozostawiające niedosyt. Są uproszczenia, skróty, pójścia na łatwiznę. Ale one zdarzają się nawet Kingowi. Przyznaję bez bicia, dobrze się to czyta, charaktery spoglądające na nas z kart tej książki są barwne, soczyste, prawdziwe (moim faworytem jest zdecydowanie O'Toole, zgorzkniały dziad i pieniacz o gadzim spojrzeniu, wygłaszający tyrady miażdżące dzisiejszy świat i obyczaje), fabuła wartka i spójna.

 

Nie jest to wielka literatura, Nobla za to nie będzie. Nie mamy polskiego Kinga. Ale mamy Mortkę. Warto zwrócić uwagę na tego pisarza, bo podejrzewam, że zaserwuje nam jeszcze niejedno.

 

Moja ocena: 4/5.

Autor recenzji: Agnieszka [krimifantamania.blogspot.de]

 

Wydawca: Mag

Data premiery: 2012.03.02

Język wydania: polski

Język oryginału: angielski

Tłumaczenie: Waliś Robert

Tytuł oryginału: Deathless

Ilość stron: 287

Cena: 37 zł

 

Pierwsze zdanie: " Złoty dym z palonego drewna ciężko wisiał nad zżętą pszenicą, a ziemia jeżyła się rżyskiem niczym łysiejąca staruszka".

 

Podoba Wam się to pierwsze zdanie? To nie jedyne w tej książce, które jak pędzlem maluje obrazy w wyobraźni czytelnika. Stwierdzenie, że Valente bardziej używa do tworzenia swych powieści pędzla i farb, niż atramentu, lub - nie daj Boże - komputera, nie jest przesadzone.

 

Dotychczas, śledząc entuzjastyczne recenzje, prześlizgiwałam się wokół książek tej amerykańskiej pisarki z dość dużą podejrzliwością. Jeśli coś jest chwalone w nadmiarze, to jest to dziwne, nietypowe i należy to zbadać. Mój wybór padł na wydaną w tym roku powieść "Nieśmiertelny" bowiem opis z okładki obiecywał niesamowitą mieszkankę rosyjskich mitów i słowiańskiej magii z historią około- i powojenną Związku Radzieckiego. Alternatywną historią. Wybuchowe połączenie, pomyślałam.

 

Powieść zaczyna się jak rosyjska baśń. Nie będę opowiadać w tym miejscu fabuły, bo autorka robi to po tysiąckroć lepiej, dość rzec, że bohaterką jest młoda dziewczyna Maria Moriewna, czwarta córka pod względem wieku i urody, która czeka na męża. I znajduje go. Kościej Bezsmiertnyj. "Miał długie, przydymione rzęsy jak dziewczyna, a jego włosy powiewały na wietrze niczym futro dzikiego psa. (...) Gdyby w wolnym czasie robiła sobie na drutach kochanka zamiast ubranek dla synka Anny, powstałby właśnie mężczyzna, który przed nią klęczał, wliczając nawet widmowe plamki srebra we włosach". Każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z rosyjskimi baśniami, wie jednak, kim, lub czym jest Kościej, a Maria, biorąc go za męża, przypieczętuje swój los. Czytelnik towarzyszy jej w jej karkołomnych dziejach niemal do starości.

 

Okładka oryginału



Szalona to historia, wariacka, fantastyczna. Wątki mityczne splatają się z historycznymi, a całość opowiedziana jest monotonną, rytmiczną manierą opowiadacza bajek. I jaka galeria postaci! Oprócz Kościeja autorka przyzywa na karty powieści Babę Jagę (która każe mówić do siebie przewodnicząca Jaga - wszak to czasy porewolucyjne, a towarzyszką to ona dla zwykłych śmiertelników nie jest...), domowiki i domowichy, lesze, wiły - cały kalejdoskop figur z nostalgicznych rosyjskich opowiadań. Można się zakochać w tej kolorowej zbieraninie, dać się zaczarować poezji, którą nasiąknięte są kreowane przez Valente obrazy. Są to wizje poplątane, psychodeliczne, rozbuchane, a jednak wszystkie zakorzenione w słowiańskiej mitologii. Autorka przyznaje w posłowiu, że historie te zawdzięcza rodzinie swego rosyjskiego męża i to cementuje tylko ich potęgę, impet, autentyczność.

 

Tyle, że nie jest to bajka dla grzecznych dzieci, a autorka nie stroni od scen pełnych okrucieństwa, wyuzdanego dziwacznego seksu, brutalnych opisów głodującego Leningradu (te są jednymi z najbardziej przejmujących w tej powieści). Ale i osobliwy związek Marii i Kościeja daleki jest od folderowego, słodkiego opisu małżeńskiego pożycia. Mimo że opowiedziany w bajkowej konwencji, związek ten to relacja na trzeźwo z psychologicznych zmagań dwóch silnych osobowości, walki uczuć i namiętności, a są nimi nie tylko miłość, lecz nienawiść, zemsta, pogarda. Uszpikowane jest to wszystko pełnymi goryczy sentencjami (w ogóle z powieści tej można sypać bez końca cytatami...). Czyż nie są prawdziwe słowa Baby Jagi skierowane do Marii: "Nie rób takiej zaskoczonej miny; po kilku eonach spędzonych z mężczyznami ty też poszukasz sobie żony. To diabelnie przydatne istoty. Lepsze niż krowy. Kochają cię za to, że je bijesz, i harują aż do śmierci"?

 

Ogromnym plusem tej powieści jest jej plastyczność. Czytelnik nieustannie bombardowany jest obrazami, które materializują się, epatując kolorem, zapachem, smakiem. Właśnie, smakiem. Sam opis potraw, pojawiających się na wszystkich stronicach, jest bombastyczny (nie daj Boże czytać to na głodniaka). Ile zmysłowości w takich oto słowach: "Kościej ukroił grubą kromkę chleba. Skórka chrupnęła pod nożem i kromka upadła, wilgotna i ciężka, czarna jak ziemia. Jednym pociągnięciem ostrza posmarował ją zimnym solonym masłem, po czym nałożył trochę kawioru, tworząc smugę ciemnych jajeczek na bladozłotym tłuszczu." Mniam. Na antypodach stoi oczywiście opis potraw, przyrządzanych w głodującym Leningradzi - ale tego Wam oszczędzę. Przyznam, że ten nieustanny atak żywych, plastycznych elementów momentami mnie przytłaczał i nużył, przywodząc na myśl umysł zmęczony nieustannym bombardowaniem bodźcami.

 

I podejrzewam w zwiazku z tym, że nie jest to lektura dla każdego. Pewna wytrwałość, otwartość na inność, zaprawienie w boju z podobnym bogactwiem i rozbuchaniem na pewno pomoże tę książkę strawić. Osoby szukające łatwej rozrywki polegną zniechęcone po kilu stronach, ale ci, dla których książka to coś więcej  niż zabicie kilku godzin, zostaną nagrodzeni prawdziwą lukulliczną ucztą. Ucztą wyobraźni.

 

Wielkie brawa na zakończenie dla tłumacza. Musi mieć duszę poety i warsztat solidnego rzemieślnika. Bez niego ta książka nie byłaby tym, czym jest.

 

Daję maksymalną ocenę: 5/5.

Autor recenzji: Agnieszka [krimifantamania.blogspot.de]

 

Ilość stron: 480

Wydawca: Deutscher Taschenbuch Verlag

Data premiery: 01.01.2012)

Język: niemiecki

Tytuł oryginału: Rivers of London

Cena: 9,95 euro

 

 

Nie myślcie sobie, że lubię pisać druzgocące recenzje. Już sam fakt, że człowiek miast obiecywanego wytwornego barolo skonsumował zwykłego sikacza, zlewkę poślednich gatunków bądź, co gorsza, w ogóle nie wino, tylko alkoholizowany napój winogronowy o szumnej nazwie alpagon de la patique, jest wystarczająco frustrujący. W dodatku trzeba tę frustrację jakoś ubrać w słowa, przekonać, że to nie recenzent jest nieznającym się na rzeczy cudakiem o osobliwym guście i zawyżonych wymaganiach, tylko autor nie stanął na wysokości zadania. No cóż, zaciskam zęby i postaram się druzgotać krótko i węzłowato.

 

Wydawca obiecuje nam humorystyczne urban fantasy, nęcąc nazwiskiem Harry Pottera (co by było, gdyby Harry Potter był dorosły, gdyby był policjantem we współczesnym Londynie...). Myślę sobie - super. Urban fantasy, mieszanka kryminału i lekkiej magii - tego mi trzeba. Zaczęło się nawet obiecująco - młody, początkujący konstabl Peter Grant pilnując miejsca zbrodni, w którym znaleziono zwłoki człowieka bez głowy, spotyka ducha. Ten zeznaje, że był świadkiem morderstwa. Ucieszony i podekscytowany policjant rozpoczyna przesłuchanie, a nawet proponuje udanie się na komendę celem spisania protokołu. Duch oponuje, twierdząc, że to byłoby trudne, ze względu na to, że nie żyje. Grant, służbista, pyta: "Czy może pan to udowodnić?"... I to już jest najlepsza scena tej książki, zdecydowanie najśmieszniejszy dialog... Taaaa.



Okładka oryginału



Wkrótce potem Grantowi proponuje się przyjęcie terminu u policjanta-czarodzieja i rozpoczęcie nauki, mającej potrwać dziesięć lat. Konstabl bezrefleksyjnie, nie dziwiąc się niczemu, przyjmuje posadę i zaczyna przemierzać wraz ze swym mistrzem zaułki Londynu, goniąc z końca miasta na drugi, a to by rzucić dwa granaty do domu, gdzie śpią dwa wampiry, a to w odwiedziny do czarnoskórej bogini rzeki, Tamizy. Absurd goni absurd, mistrz Nightingale wyjątkowo oszczędnie dozuje wiedzę czarodziejską i tę dotyczącą kulisów zbrodni, w związku z czym czytelnik błądzi przez większość czasu jak pijane dziecko we mgle, nie mając nawet szansy domyśleć się, o co w tym wszystkim chodzi. Pomiędzy poszczególnymi wypadami w dziwne rejony miasta uczeń czarnoksiężknika godzinami ćwiczy magię i łacinę (co bynajmniej nie jest spektakularne), a czytelnik ziewa z nudów. Co więcej, do samego końca nie widać jakoś związku pomiedzy tytułowymi rzekami Londynu, mamą Tamizą i tatą Tamizą i ich licznymi potomkami, a samymi zbrodniami, co niestety budzi uzasadnione obawy, że autor uraczy nas kontynuacją.

 

Postacie również nie zachwycają, Peter Grant jest wyjątkowo jednowymiarowy, mistrz czarodziej, postać o takim potencjale, wywołuje wyłącznie nudę, jedyną intrygującą osobą jest gospodyni Molly o osobliwych upodobaniach kulinarnych i żółtych ostrych zębach... Jeśli chodzi o zaszufladkowanie tej powieści do urban fantasy, do dokonując sekcji tego pojęcia stwierdzam, że urban to ona owszem, jest, bowiem bez planu Londynu ani rusz, ale poza ciągłymi wycieczkami po tym zacnym mieście nic z tego nie wynika. Fantasy tyle co kot napłakał, nie wiem, po co autor kombinował z tymi nigeryjskimi boginiami rzeki, a poza tym z fantasy mamy od czasu do czasu jakąś kulkę światła, jakiegoś zdechłego wampira i jakieś nieudane zaklęcia. Jedynym jasnym punktem w tych katakumbach nudy jest próba powiązania magii z nauką poprzez postać nie tyle założyciela, co tego, który usystematyzował podwaliny czarodziejstwa - Izaaka Newtona. Niejakiej dozy rozrywki dotarczają również autopsje ofiar magicznych zaklęć lub osób, które stosowały ją nierozważnie i w nadmiarze - całkiem udała się autorowi postać patologa.

 

Poza tym wieje nudą. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy aby czytam tę samą książkę, którą wszyscy tak wychwalają w recenzjach, a stwierdziwszy, że bez wątpienia tak, poczułam się jak raróg. Co ze mną nie tak? Dlaczego nie potrafię dostrzec tych wszystkich wychwalanych atrybutów tej książki? Coś mam ze wzrokiem? Z głową? Poczucie humoru mi wysiada? A może po prostu się nie znam?

 

Sugerując to ostatnie, informuję, że książka znajduje się w zapowiedziach wydawnictwa MAG na styczeń 2013, więc będziecie mieli okazję przekonać się sami, kto tu jest niehalo. Pomęczcie się sami.

 

Daję 2 gwiazdki i to już jest szczodrość z mojej strony (2/5).

Autor recenzji: Agnieszka [krimifantamania.blogspot.de]

 

Wydawnictwo: Droemer Knaur

Język: niemiecki

Data wydania: maj 2012

Ilość stron: 624

Cena: 14,99 euro

 

No i dziwnie się czuję. Przeczytałam bowiem najnowszą powieść niemieckiego króla fantastyki, Markusa Heitza, którego każdy twór automatycznie, z klucza ląduje na listach bestsellerów, który ma rzadki dar przemieniania w złoto wszystkiego, czego tknie swym piórem. Również i "Oneiros", ledwie się ukazał, wwindował się na szczyty sprzedażowych rankigów, a wszędzie, gdzie człowiek rzuci okiem, wyłażą jak grzyby po deszczu zachwalające recenzje. Nie wiem, czy wszyscy czytali tę książkę. Ci, którzy przeczytali - podobało im się, czy też może uznali, że króla nie wypada krytykować? W tym pierwszym wypadku powątpiewam w czytelniczy gust recenzentów, ale w końcu de gustibus...

 

Heitz dotrzymał obietnicy danej czytelnikom, że po szeregu pozycji z gatunku high fantasy, mrocznych wampirzych, a nawet jednej s-f napisze coś zupełnie innego. "Oneiros" trudno jest zaszufladkować. Niby mamy tu powieść z mocnymi elementami fantastycznymi, z drugiej strony trudno się oprzeć wrażeniu, że 90 procent tkanki tego tworu to szybki sensacyjny thriller, ale znajdziemy w nim też skupiska komórek romansowych, a nawet, o zgrozo, erotycznych (ale o tym później).

 

Przyznam, że sam początek, pierwsze sześćdziesiąt stron, jest rewelacyjny. Na lotnisku w Paryżu ląduje Airbus A380. Ląduje to za dużo powiedziane - maszyna po posadzeniu całym impetem wpada na terminal i staje w płomieniach. Udaje się przeżyć jednej osobie. Okazuje się jednak, że wszyscy pasażerowie i załoga byli martwi, zanim samolot uderzył w budynek. Wszyscy, oprócz tego jednego, który przeżył. Zamach terrorystyczny?... Autor przedstawia swych bohaterów: przedsiębiorcę pogrzebowego i wziętego specjalistę od tanatologii, Konstantina Korffa, który później okaże się jeszcze byłym agentem tajemniczej parawywiadowczej organizacji i jednym z nosicieli tytułowej klątwy, Kristin von Windau, byłą żonę rosyjskiego mafiosa i multimulionera, cierpiącą na insomnię właścicielkę tajnego Instytutu Życie, w którym przeprowadza się kontrowersyjne eksperymenty na ludziach, luzackiego easy ridera Thielke, jednonogiego i jednookiego samotnego wilka, polującego na dotkniętych klątwą swym staroświeckim ale jakże skutecznym rewolwerem, i wreszcie zaszczutego Szweda, cierpiącego na narkolepsję i również noszącego w sobie klątwę - co czyni go śmiertelnym orężem, zagrożeniem dla ludzkości i celem dla różnych frakcji o sprzecznych interesach - jedni zamierzają wykorzystać jego śmiertelne właściwości, inni zlikwidować zegarową bombę. Kładąc te tropy, Heitz sprawnie buduje napięcie i wbudza ciekawość, to trzeba mu zaliczyć na plus.

 

Ale o co chodzi z tą klątwą? Otóż niektórzy ludzie posiadają osobliwą właściwość - są niewidzialni dla śmierci, tym samym nieśmiertelni. Jednocześnie są nosicielami osobliwej klątwy - kiedy zapadają w sen, śmierć, rozwścieczona tym, że ich nie widzi, kosi na oślep, gasząc wszelkie życie wokół śpiącego. Obłożeni klątwą skazani są na wieczną nocną separację od normalnych ludzi, gdyż sen w ich bliskości oznacza ich niechybną śmierć. Skazani są na nieustanny doping kofeinowy, amfetaminowy lub co tam medycyna wymyśliła, by nie zapaść sen. Domostwo Korffa to statek zacumowany na jeziorze - woda osłabia działanie klątwy. W podróży, zmuszony do sypiania w hotelach, zaszywa się w szafach lub łazienkach, lub rezygnuje ze snu, by nie narażać innych. Ciekawie robi się, kiedy nosiciel klątwy jest jednocześnie narkoleptykiem - czyli zapada w sen w niekontrolowany sposób, w ciągu dnia, w najmniej oczekiwanych momentach, najczęściej pod wpływem stresu (nasz zaszczuty Szwed). Konsekwencje są tragiczne i niewyobrażalne - by wspomnieć tylko pękający w szwach stadion w Barcelonie podczas finałowego meczu ligi hiszpańskiej, a wśród kibiców Szwed-narkoleptyk - osiemdziesiąt tysięcy ofiar.

 

Świetny pomysł, bardzo ciekawy zalążek akcji, nietuzinkowi, intrygujący bohaterowie - książka ma wszystko, co powinien mieć dobry bestseller. Ale gdzieś coś się kiepści i zgrzyta. Pierwszy zgrzyt to niezdefiniowane granice między fikcją a rzeczywistością. Zgrzytała mi personifikacja śmierci - nazywanej w powieści Żniwiarzem - wobec wszystkich tych medycznych i technicznych elementów realnego świata. Zgrzytało mi to, że Konstatin niemal bezrefleksyjnie zaczyna szukać źródeł swej wyjątkowości nie świecie racjonalnym, ale w bajkach i ludowych przekazach o śmierci, tak jakby osobowość Żniwiarza stanowiła coś oczywistego, w co wierzy każdy średnio wykształcony i w miarę inteligentny człowiek. Nie zgrzytałoby mi to, gdyby autor wyposażył swą opowieść w więcej fantastycznych elementów, podążył w stronę, w którą poszła na przykład Valente z jej Kościejem Bezsmiertnym. Powieść Heitza jest jednak w założeniu dość realistyczna, zmierzająca bardziej w kierunku naukowego thrillera. W konsekwencji zbiegnięcie się tych dwóch światów, ich połączenie w jedną całość, jest dość nieporadne i grubymi nićmi szyte.

 

Drugi zarzut to taki, że autor napakował do tej książki zbyt wiele i po prostu przedobrzył. Te wszystkie zwroty akcji, te gonitwy, pościgi, strzelaniny, naukowe eksperymenty, wątki miłosno-erotyczne... too much. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Heitz dość często ociera się o grafomanię, narażając dzieło nie tylko na otarcia naskórka, ale czasem dość poważne obrażenia wewnętrzne. Te jego opisy dramatycznych zwrotów akcji, to wychodzenie obronną ręką z najbardziej nieproawdopodobnych opresji, te wykrzykniki (kto tak dziś pisze?...), wreszcie ta scena erotyczna ze spływającymi po udach sokami... to się zapewne może podobać, ale raczej czytelnikom o niedużych wymaganiach i raczej prostym guście.

 

Mam wrażenie, że autor kipi pomysłami, ale nie radzi sobie warsztatowo, albo celowo pisze dla szerokich mas, uderzając w struny czystej komercji - on wie, co się dobrze sprzeda i płodzi masowo produkt, który z założenia ma posiadać określone cechy, świadomie ignorując czytelników bardziej wyrobionych, oczekujących więcej niż sztampowej sieczki. Żal mi straconego potencjału "Oneiros" - to mogła być świetna powieść. Czasami król jest nagi.

 

Daję tej książce trójeczkę (3/5).

Autor recenzji: Agnieszka [krimifantamania.blogspot.de]

 

 

Wydawca: Fabryka Słów

Data premiery: 18.04.2012

Ilość stron: 364

Cena: 39,90 zł

 

 

Fusion to jedno z tych nowomodnych słów, określających jeden z nowomodnych trendów, polegających na łączeniu elementów odległych, przenikaniu się przeciwieństw i zlewaniu odrębnych całości w jedną nową jakość. Mamy fusion w sztuce kulinarnej, w modzie, malarstwie, mamy i w literaturze. To dość praktyczny wynalazek, bowiem w beletrystyce, a zwłaszcza w gatunkach kryminalnym i fantastycznym zaczynają wyczerpywać się pomysły. Przecież tak naprawdę wszystko już było. Ile można odgrzewać znane i utarte wątki, postacie, światy? I który z pisarzy tak naprawdę cieszy się z łatki drugiego Larssona, trzeciego Sapkowskiego albo ósmego Kinga? Bierzemy więc pomidora i melona, ciachamy w kosteczkę, mieszamy, zakrapiamy oliwą z oliwek (nie oszczędzamy na jakości), posypujemy porwaną na strzępki bazylią i wychodzi nam coś nowego, ożywczego, innego. W kuchni może to się i sprawdza, ale połączenie gatunków niekoniecznie prowadzi do nowej jakości w literaturze.

 

"Za progiem grobu" jest dziełem z pogranicza konwencji. Bazą tej powieści jest klasyczny kryminał z prywatnym detektywem Andrzejewskim (choć śledczy ów woli określenie freelancer albo wolny strzelec), który został doprawiony elementami mistycznymi, z lekka fantastycznymi. Z lekka, bowiem nie spotkamy tu elfów, goblinów ani tym bardziej wampirów, nie ma szczękającego magicznego oręża ani teleportacji. Mistyczna okrasa jest wyważona oszczędnie, dokładnie w takiej ilości, z jaką spotykamy się czasem w prawdziwym życiu. W końcu niemal każdy został choć raz skonfrontowany z tematyką życia pozagrobowego w kontekście śmierci klinicznej, świetlistych tunelów, wreszcie powrotu z zaświatów. Przyznam, że lubię takie igranie z gatunkami i pomieszane smaki. Ale żonglowanie konwencjami wymaga od pisarza dobrego warsztatu, bowiem grań, po której każe balansować czytelnikowi, jest wąska, łatwo się z niej stoczyć w śmieszność albo przekroczyć granice wiarygodności (tak, tak, fantastyka też musi być wiarygodna!). Ziemiańskiego większość czytelników skojarzy zapewne z cyklem fantasy o Achai, ale od tego gatunku autor odbiegł w tym dziele najdalej, jak się da. Czy z dobrym skutkiem?

 

Akcja rozpoczyna się w chwili, gdy nasz wolny strzelec otrzymuje nowe zadanie. No, właściwie jest jeszcze jedna scena przedtem, ale oszczędźmy sobie szczegółów, co takiego Andrzejewski robił w solarium, zanim otrzymał telefon od zleceniodawcy... Chodzi o znikających lumpów i znikające z kont zamożnych przedsiębiorców pieniądze - przedsiębiorcy owi wszyscy z różnym skutkiem poddali się operacjom w pewnym podwrocławskim szpitalu. Dziwne? Owszem. Sprawa jest nietypowa i trochę unurzana w tajemnicy, podobnie jak i zleceniodawca, niejaki Richter, oficjalnie urzędnik skarbówki, nieoficjalnie... stop. Ciekawi niech sięgną do książki.

 

Andrzejewski tym razem ma prowadzić śledztwo nie sam. Otrzymuje wsparcie kobiety, będącej personifikacją mokrych snów męskiej połowy ludzkości. Lara Croft i uległa niewolnica w jednym. Niesamowite, ociekające seksem ciało, obłóczone w minispódniczki nie dłuższe niż przepaska biodrowa, sprawność fizyczna lwicy (czego ona nie potrafi: krav maga, wschodnie sztuki walki i cholera wie co jeszcze), poddańcze posłuszeństwo mężowi, dobrowolne poddawanie się karom cielesnym za najmniejsze przewinienie (np. zbliżenie się do jakiegoś mężczyzny na odległość mniejszą od długości ramienia albo zapomnienie o obowiązku tweetowania co dziesięć minut, gdzie się jest i co się robi)... to tylko część absurdalnych cech tej pani. W dodatku, jakby tego było mało, nasza Lara Croft nie ma pusto w głowie, jest doskonałą lekarką, poza tym służyła w Afganistanie, ma doświadczenie bojowe i kocha adrenalinę. Nie wiem, czy mogłabym dodać coś jeszcze do tego obrazu. Być może jedyną jej wadą jest to, że traktuje Andrzejewskiego jak dobrego przyjaciela i nie ma zamiaru wskakiwać mu do łóżka... Myślę, że postać BB (jak pieszczotliwie nazywa ją autor) spodoba się wszystkim dojrzewającym chłopcom i w ogóle męskiej części czytelników. Ja chyba trochę się minęłam z targetem... pozostało mi kręcenie głową i od czasu od czasu nuta rozbawienia... Kto wie, może to akurat było celowym posunięciem autora.

 

Śledztwo, prowadzone przez amatorską dwójkę, szybko posuwa się naprzód, a sprawa prowadzi nieuchronnie w rejony, wykraczające poza powszechną rozumową akceptowalność, kierując się w zaświaty... Tak tak, nasza nieustraszona Lara Croft dobrowolnie waży się na eksperyment ze śmiercią kliniczną, by rozwiązać zagadkę kryminalną... Ma wprawdzie niewiele czasu (3 minuty), ale okazuje się, że to wystarcza. No, prawie. Demon seksu musi dać się zabić jeszcze raz, by dowiedzieć się wszystkiego. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, autorowi udało się wyważenie elementów mistycznych z realnymi. Kupujemy tę historyjkę, choć pewne elementy trudno traktować inaczej niż z przymrużeniem oka.

 

Nie wszystko, co serwuje autor, przekonuje. Ale chyba nie o stuprocentową wiarygodność tutaj chodzi. To dzieło czysto rozrywkowe i jako takie spełnia swoją funkcję. Nie ma tu dłużyzn, akcja toczy się dość prędko, niewiele tu mamy opisów, a cała narracja opiera się w głównej mierze na dialogach (których niekiedy było aż za dużo). Zakończenie kryminalnych wyjadaczy raczej nie zaskoczy, ale jest ok. Brakuje jednak tego czegoś, co sprawia, że wertuje się kartki, by dowiedzieć się, co dalej. Gdzieś w tych dialogach zapodział się drapieżny pazur.

 

I dlatego ta powieść nie jest wybitna, a zaledwie poprawna. Ot, przeczytać, zabawić się, zapomnieć (męska część publiczności może będzie jeszcze fantazjować o BB...).

 

Moja ocena: trójeczka (3/5).

Autor recenzji: Agnieszka [krimifantamania.blogspot.de]

 

Cykl: Kłamca Tom: 1

Wydawca: Fabryka Słów

Data wydania: listopad 2005

Liczba stron: 272

Cena: 25,99 zł

 

W mojej niedawnej rozmowie ze znajomą pisarką, Inge Löhnig, całkiem przypadkiem wypłynęła kwestia debiutów. Autorka poddała w wątpliwość słuszność praktyk niektórych wydawnictw, które na fali sukcesu popularnego pisarza przypominają jego debiutanckie, wczesne dzieła, które wprawdzie podówczas się nie przebiły, ale są wydawane celem wyciągnięcia z kieszeni spragnionego nowości fana paru dodatkowych złociszy, tudzież centów. Dzieła te, jak to często z debiutami bywa, mają niekiedy jakość wątpliwą, jako że pisarz kretynem nie jest i zazwyczaj przechodzi duchowy i warsztatowy rozwój, co widać gołym okiem jak czerowny pryszcz na nosie. Stąd, mimo że aktualne powieści twórców takich jak - pozostańmy na poletku literatury popularnej - Jussi Adler-Olsen czy niemiecka autorka bestsellerów Nele Neuhaus, są świetne, to ich wczesne produkty są żenująco niedojrzałe i pełne błędów godnych żółtodzioba. Rozczarowanie czytelnika jest z góry zaprogramowane...

 

"Kłamca" Jakuba Ćwieka jest debiutem. Napisany już dobrych parę lat temu zbiorek powiązanych ze sobą miniatur, połączonych osobą głównego bohatera, nordyckiego boga kłamstw, iluzji i ułudy, wówczas odbierany był inaczej niż po latach, kiedy wyszła już czwarta i ostatnia część cyklu o Lokim. Trudno też zarzucić wydawnictwu wspomniane odgrzewanie staroci, bowiem pierwsze wydanie "Kłamcy" już dawno jest niedostępne. Wznowienie było tu jak najbardziej pożądane, bo jakże konsumować najnowszy tom "Kill'em all" bez możliwości zapoznania się z kamieniem węgielnym tej opowieści?

 

Lokiego reklamować nie trzeba - obroni się sam: czarujący drań, wyposażony w nadprzyrodzone umiejętności specjalista od zadań specjalnych, będący na usługach - uwaga - aniołów, i to nie byle jakich, bo samych archaniołów (działających niejako w zastępstwie chwilowo nieobecnego szefa). Loki, który brawurowo i bezczelnie, kierując się wyłącznie własnym interesem, a nie altruistycznymi pobudkami, rozprawia się z szubrawcami. A są nimi w tym wypadku demony piekielne, mitologiczne bóstwa egipsckie, hebrajskie, słowiańskie, nie mówiąc o nordyckich, ale i zwykli ludzie, którzy zboczyli ze ścieżki praworządności. Loki załatwi ich wszystkich, posyłany na - by użyć współczesnego żargonu - interwencje, za które opłacany jest anielskimi piórkami, jedyną niebiańską walutą, posiadającą wymierną wartość... To bardzo popowa postać, czerpiąca garściami z głębin kultury masowej, przekuwająca popularne konwencje na swoje potrzeby. I trzeba przyznać, że udała się ta postać Ćwiekowi, a Loki ma niewątpliwie zadatki na bohatera kultowego. Sarkazm, wpleciony w świetne dialogi, ironiczna kreska, dystans do zjawisk współczesnego świata to przebłyski błyskotliwości, zajawki geniuszu, i już tylko dla nich warto przeczytać tę książkę.

 

Trudno jednak dopatrywać się w tej książce głębokich treści czy epickiego rozmachu. Wyrywkowe sceny z jego kariery najemnika są migawkowe, pokazane przelotnie, zdawkowo, bez zagłębiania się szersze konteksty - impresje bardziej, by nie powiedzieć wprawki do formy bardziej zaawansowanej. Nie będę ukrywać, że mnie to poszatkowanie trochę irytowało. Zabrakło mi tu jakiejś głównej nici, spinającej poszczególne przygody, trzymającej w ryzach zbieraninę pojedynczych scen. Owszem, autor wspomina wydarzenia, stanowiące osnowę tej historii, rzuca światło na tło i pokazuje kulisy boskich zmagań, ale nie tworzą one suspensu, nie wzmagają dramaturgii, nie wciągają w fabularny wir. Trudno zresztą oczekiwać tego po zbiorku opowiadań, czym pierwotnie był "Kłamca". Za mało na pełnometrażową formę, wystarczająco na wstęp do wielotomowego cyklu. Po drugiej i dalszych częściach oczekuję jednak więcej.

 

Podsumuję tę książkę parafrazując mojego profesora matematyki z liceum, który wymaglowawszy przy tablicy nieszczęśnika, niegodnego w jego mniemaniu pełnowartościowej oceny, rzucał triumfalnie, obwieszczając z błyskiem obłędu w oku wyrok: "zadatek na trójkę!"... Fraza ta była niegdyś kultowa w naszym liceum, przetrwała generacje całe uczniaków i wydaje się odpowiednia dla omawianej tu kultowej postaci w zarodku. No, może jednak Loki zasługuje na więcej - zadatek na czwórkę...

 

Moja ocena: 4/5.

Autor recenzji: Agnieszka [krimifantamania.blogspot.de]

 

Wydawnictwo: Egmont

Seria: Reckless

Tytuł oryginału: Reckless. Steinernes Fleisch

Tłumaczenie: Krystyna Żuchowicz

Liczba stron: 384

Data wydania: 2012

 

Cena detaliczna: 34,99 zł

 

Wychowały się na nich pokolenia maluchów. Wryły się w świadomość rzeszy dzieciaków na całym świecie, zyskały nieśmiertelność w Panteonie mitycznych postaci, straszą, bawią i pocieszają od wieków - Królewna Śnieżka, krasnoludki, zła czarownica pożerająca dzieci, Śpiąca Królewna pogrążona w zaczarowanym śnie, złota kula, wróżki, skrzaty, jednorożce... Bracia Grimm stworzyli klasyczny bajkowy świat, który stał się nieodłączną częścią europejskiej spuścizny, kulturowym fundamentem dla wielu dzieł literatury. Ten świat nadal żyje. I się rozwija. Nie wierzycie? Świat Śnieżki, rządzony przez armię strzelających z pistoletów kamiennych żołnierzy? Przemierzany koleją parową? Świat na progu industrializacji? Tak. 

To ten sam świat. Pozbawiony warstewki różowego lukru, niemieckiej "Gemütlichkeit", świat na skraju wojny, zagłady, upadku. Świat dziecięcych marzeń, który niespodziewanie dorósł. I stał się śmiertelnie niebezpieczny.

Cornelia Funke, najbardziej znana na świecie współczesna niemiecka autorka, długo kazała czekać swoim fanom na kolejną książkę - od czasów "Atramentowej Trylogii" nie rozpieszczała zbytnio czytelników. I wreszcie jest - nowa powieść, początek nowego, cyklu, nowa opowieść, nowy - a jednocześnie dobrze znany - świat, narysowany śmiałą, zamaszystą kreską, odtworzony z miłością do detalu i poprowadzony dalej - w klimaty mroczne, posępne, oniryczne.

Dwunastoletni Jakub Reckless, mieszkający wraz z matką i bratem Willem (Jakub i Will - mówi Wam to coś?...) w nowojorskiej kamienicy, przypadkiem odkrywa w pokoju ojca - zaginionego przed laty w niewyjaśnionych okolicznościach - lustro. Niepozorne, stare, zaśniedziałe lustro. A jednak niezwykłe - bowiem będące bramą do innego, równoległego świata. Ciekawski dwunastolatek znajduje sposób, by przejść na drugą stronę - i ląduje w świecie, w którym znajome, zwykłe rzeczy mogą przynieść zgubę. Lepiej nie dotykać w lesie drzew, bo ukąszenie korogryza sparaliżuje nieostrożnego. Chmary błędnych ogników wywiodą go na manowce, a przekleństwa złotych kruków wprawią w obłąkanie. I jeszcze może napotkać chatę z piernika, w której zła wiedźma tuczy pożerane później dzieci... Jakub coraz częściej wymyka się do innego świata, coraz dłużej zostaje po drugiej stronie lustra, by w końcu zadomowić się w nim. Jakub dorasta i zostaje poszukiwaczem skarbów, łowcą magicznych artefaktów, szukanych na zlecenie cesarzowej i innych znakomitych klientów. I jest w tym najlepszy.

Wszystko zmienia się z chwilą, gdy - znów przez przypadek - podąża za nim jego młodszy brat Will, sprowadzając na siebie zgubę. Will, nieświadomy niebezpieczeństw tego świata, nieobeznany z jego pułapkami, pada ofiarą klątwy Czarnej Nimfy, najpotężniejszej i najgroźniejszej z nimf, kochanki króla goylów - istot z kamienia, zamieszkujących pieczary w głębi ziemi. Jego ciało zaczyna zamieniać się w kamień - połyskujący zielenią nefryt. Wedle legendy nefrytowy goyl ma niezwykłą moc, dzięki której potrafi ochronić swego króla w każdej sytuacji. Jakub musi znaleźć antidotum na czar nimfy, zanim Will do reszty zamieni się w goyla, zapomni o bracie i ukochanej Klarze i stanie się maszynką do zabijania. Willa szukają już zastępy goylów, chcąc dopaść legendarnego nefrytowego człowieka-goyla i wydać królowi i Nimfie. Rozpoczyna się wyścig z czasem i podróż przez krainę pełną niebezpiecznej, ale i wielce użytecznej magii...

Szalona to jazda, na której nieustannie napotykają miejsca i postacie, znane im z bajek opowiadanych przez dziadka. Szwansztajn, miasteczko oświetlone gazowymi latarniami, którego mieszkańcy patrzą w przyszłość i gonią za inżynierskimi nowinkami - czy to przypadkowa nazwa?... Zamek śpiącej królewny, opleciony kolczastym pnączem... Tyle że w tym świecie śpiąca królewna nigdy nie obudziła się z zaklętego snu, bo nigdy nie przybył książę, który pocałunkiem zbudziłby ją ze śmiertelnego letargu - jej suknia jest pożółkła ze starości, skóra cienka jak pergamin, zaś zamek zamknięty w kleszczach ciernistych pędów, z których tu i ówdzie sterczy zmumifikowana ręka...

Dużo się dzieje, akcja mknie naprzód, nie zatrzymując się na niepotrzebne przystanki i nie tracąc czasu na zbędne dłużyzny. Funke maluje ten świat prędką kreską, tworzy plastyczne, filmowe obrazy (nic dziwnego, wszak w tworzeniu tego świata pomagał jej scenarzysta Lionel Wigram, maczający również palce w ekranizacji książek o Harry Potterze), ale nie przytłacza rozmachem wizji, pozostawiając czytelnikowi miejsce dla własnej wyobraźni. Można się w tej wizji zatracić, zanurzyć w jej mroku, onirycznym, posępnym pięknie. Można do tego świata zatęsknić, bo znamy go jak własną kieszeń, odkrywamy znane elementy, a jednocześnie wciąż jesteśmy zaskakiwani siłą wyobraźni autorki, mocą jej pędzla. Jej styl jest nienachalny, czasem nawet lakoniczny. Krótkie rozdziały, zwięzłe opisy, suche, telegraficzne zdania - daleko leksykalnej stronie tej powieści do orgiastycznej obfitości, do barokowego przesytu, który tak zmęczył autorkę pod koniec pisania "Atramentowej Trylogii". A zatem - zamierzony efekt. 

Sama intryga jest bardzo baśniowa, oparta na motywie drogi, misji i wyzwania. Zadanie, z jakim musi się zmierzyć Jakub, wydaje się niemożliwe, a bohater spotyka na swej drodze wszelkie możliwe przeszkody, zbiera od losu wszelkie ciosy, jakie tylko można sobie wyobrazić i wychodzi z opresji nie jako zwycięzca, a jako człowiek rozgoryczony, pokonany, wciąż na nowo odnajdujący w sobie siłę do dalszej walki, do dalszych poszukiwań. Gnany miłością do brata, który nawet nie zdaje sobie sprawy, czym przyjdzie zapłacić Jakubowi za ratunek. I tak jak cały ten świat odarty jest z cukrowej otoczki, tak i zakończenie odarte jest z klasycznego happy endu. Jakub Reckless nie może spocząć...

"Reckless" to tak zwana młodzieżówka, ale nie znajdziecie w niej wszechobecnych wampirzych wątków. Jest w niej za to nieodwzajemniona miłość, jest zemsta, chciwość, polityczne brudy - wszystko to, co ma do zaoferowania realny, "dorosły" świat. To młodzieżówka, więc nie sposób porównywać ją do złożonej, epickiej fantasy przeznaczonej dla innego grupy docelowej, jaka wychodzi spod pióra choćby Valente. Bohaterowie "Reckless" są znacznie starsi niż postacie znane z "Atramentowej trylogii" - to dwudziestolatkowie. Dorośli, jak dorósł świat baśni. Czyżby zacierała się granica między bohaterami dziecięcymi, a tymi czytelników dorosłych?... Może tak. Książka może w każdym razie zainteresować czytelników dojrzałych, którzy nie zamykają się na dziecinne marzenia, wiarę w miłość, bezinteresowność i walkę w słuszną sprawę.

Ja dałam się zachwycić i przenieść w świat moich dziecięcych marzeń, zaprawiony nutką "dorosłej" goryczy, "młodzieńczej" melancholii.  Zanurzyłam się w świecie bajek, który poszedł własną drogą i zaczął żyć własnym, mrocznym życiem. Baśnie braci Grimm - reloaded.

 

Moja ocena: podobało mi się. Daję czwórkę z plusem (4+/5).

 

Projekt "Reckless" jest obliczony na wiele tomów. Ile, tak naprawdę nie wie i sama autorka. Wiadomo, że w kolejnych częściach pojawią się wątki z baśni rosyjskich, orientalnych, być może też amerykańskie legendy indiańskie. Z pewnością pojawi się i ekranizacja. Książka zrobiła furorę w Niemczech (pierwszy nakład wyniósł 1 milion egzemplarzy, książka z miejsca znalazła się na pierwszym miejscu na szczyt list bestsellerów i przez 15 tygodni utrzymała się w pierwszej ósemce).

Autor recenzji: Agnieszka [krimifantamania.blogspot.de]

 

 

Wydawnictwo: Ullstein Hardcover

Data wydania: 15.03.2012

Język: niemiecki

Ilość stron: 464 Tytuł oryginału: The Night Circus

Cena: 19,99 euro

Nominacja do nagrody Mythopoeic 2012

 

Czasami ogarnia mnie chęć na coś nowego, ożywczego. Szukam wtedy lektury odmiennej od innych, przełomowej, nowatorskiej, intrygującej. Szperam w nominacjach do różnych literackich nagród, i niejednokrotnie zdarzyło się już, że odkryłam w ten sposób surowy diament, albo choćby niewielką, ale autentyczną perełkę. I tak to się stało, że kupiłam "Nocny cyrk", książkę-debiut amerykańskiej autorki Erin Morgenstern, nominowaną do Mythopoeic, wychwalaną pod niebiosa w Ameryce i w Niemczech. Dzwadzieścia euro nie w kij dmuchał, ale przynajmniej edytorsko książka całkowicie zaspokoiła mego czytelniczego zwierza - w twardej oprawie, w oszczędnych barwach, z subtelnymi hologramami, matowościami i glancem, które niestety na zdjęciu z wydawnictwa są kompletnie niewidoczne. Musicie więc w tym względzie uwierzyć mi na słowo.

A co z wnętrzem? Treść ukryta między szlachetnymi okładkami przy pierwszym ugryzieniu okazała się smakowita, intrygująca i niezwykła, czyli taka, jakiej szukałam. Rzecz dzieje się w dogorywającym dziewiętnastym wieku, a po Europie, nie, po świecie krąży cyrk. Cirque des Rêves nie jest zwykłym cyrkiem i nie mami jarmarcznymi atrakcjami. Pojawia się bez zapowiedzi, otwiera punktualnie o północy i oferuje niewidziane dotychczas dziwy, wysublimowaną magię, zapierające dech w piersiach sztuczki i artyzm - a wszystko to najlepszej jakości. Jak łatwo się domyślić, to, co pokazuje się widzom, to nie banalne kuglarstwo, ale najprawdziwsza magia, ukryta pod monochromatycznym płaszczykiem cyrku. I cyrk ów nie powstał, by czarować i zachwycać widzów, o nie. W gruncie rzeczy jest efektem pewnego zakładu, a nawet więcej - kulminacją odwiecznego zatargu dwóch magów, areną, na której ostatecznie zmierzą się ze sobą arcymistrzowie magii. Nie staną też w szranki osobiście. Clou tego zakładu jest wykształcenie ucznia, którego trzeba wykształcić w ten sposób, by pokonał rywala. I tak, przeciwniczką numer jeden zostaje Celia Bowen, córka jednego z obu magów, osóbka o wielkim naturalnym talencie, ale żywiołowej naturze i nieposkromionych emocjach. Jedną z ulubionych metod wpojenia dziecku dyscypliny przez tatusia jest codziennie obcinanie paluszków i przyglądanie się, jak adeptka radzi sobie z samodzielnym przywróceniem ciała do zwykłego stanu. Drugi z magów preferuje odmienną drogę - ucznia wyszukuje w sierocińcu i zamyka przed światem w otoczeniu książek, a młodziak odpowiednią magiczną wiedzę zdobywa sobie sam. Zakład przypieczętowany zostaje magią - przed potyczką nie ma ucieczki, a wygrać może tylko jeden...

Kto oczekuje jednak biegających i strzelających z różdżki innych wersji Harryego i Hermiony, ten puka do niewłaściwych drzwi. Autorka snuje swą opowieść nieśpiesznie, splatając ją z wolna ze strzępków scen, skacząc po czasie i miejscach akcji, delektując się oszczędnym konstruowaniem akcji. Przyznam, że początkowo dałam się oczarować jej magii, jej spływającym z pióra subtelnościom, zwiewnościom i mglistym, zatartym, onirycznym wizjom. Opis cyrku to maestria. Po stu pięćdziesięciu stronach ogarnął mnie jednak stupor, uszami zaczęły wychodzić piętrowe opisy wnętrz, potraw, ubiorów - finezyjne, ma się rozumieć, i przesłodkie. Strumień, który toczy swe wody leniwie, może się jednak zamienić w stojące i zalatujące zgniłym zapaszkiem bajoro, jeśli zatrzyma się na dobre. I tu mam wrażenie, że autorka tak się zapamiętała w swym tkaniu magicznego gobelinu, że umknęło jej parę elementarnych zasad budowania napięcia. Czego? Napięcia?... Tego tu ze świecą szukać. Przydałoby się tej powieści odrobinę testosteronu! Lekkiego przyspieszenia narracji, trochę więcej krwistych postaci, a nie papierowych wycinanek z albumu dla rozmarzonych nastolatek.

Nie ratują tej powieści nawet fajne bliźniaki, które przeszły na świat w cyrku i dorastają w magicznym otoczeniu, dopełniając perfekcyjnego widowiska. Nawet ci, którzy powinni być solą takiej historii, czyli geniusze zła, bezwględni magowie, są prawie nieobecni. Obiecany, iskrzący konfliktem i świetnie się zapowiadający wątek miłosny między Celią, a jej rywalem Marco, rozmywa się we wzdychaniach i staje niemal marginalny. Kunsztowna konstrukcja, którą wymyśliła sobie autorka, niestety nie zdaje próby. Zabrakło tu pazura. Nie tworzy się dobrej literatury z westchnień, mgiełek i magicznego migotania, jakkolwiek by zachwycały.

Niestety, rozczarowanie. Moja ocena: 2/5.

Autor recenzji: Agnieszka [krimifantamania.blogspot.de]

 

cykl "Codex Alera" t. 1 "Elementare von Calderon"

Wydawca: Blanvalet

Data wydania: 8 czerwca 2009

Tytuł oryginału: Codex Alera 01. Furies of Calderon

Ilość stron: 608

 

"Codex Alera" długo czekał na półce na zmiłowanie. Chodziłam wokół tej książki jak pies koło jeża, niepomna entuzjastycznych recenzji i rzeszy miłośników. Mimo pokaźnej grubości tomiszcza (600 stron) książkę pochłonęłam jednak dość szybko, bo "Elementare von Calderon" to prawdziwy "pageturner".

Gatunek, wykreowany tu przez Butchera, nazwałabym przygodowym fantasy. Stworzony przez niego świat ma spory ładunek magii, ale odświeżająco odmiennej niż u klasyków. Mieszkańcy Alery korzystają bowiem z żywiołów (ang. furies, po niemiecku przetłumaczonych jako "Elementare") - powietrza, wody, ognia, ziemi, metalu i drewna. Każdy człowiek z ma "swojego" elementara, którego poznaje wyrastając z dziecięctwa i który towarzyszy mu przez całe życie, służąc w każdej sytuacji, np. dzięki elementarom powietrza można unosić się w powietrzu, elementary ziemi pozwalają wytropić żądaną osobę, a elementar wody pomaga leczyć ludzi.

Bohaterów, młodą adeptkę Akademii Amarę, będącą kimś w rodzaju szpiega, sympatycznego nastolatka Taviego, który dawno już powinien uzyskać swego elementara, ale jako jedyny chyba mieszkaniec tego świata jest go pozbawiony, co stanowi prawdziwą ułomność, podstępnego Fideliasa, zdrajcę i nauczyciela Amary, poznajemy w krytycznym dla doliny Calderonu momencie. Królestwo stoi w przededniu przewrotu, na krainę zamierzają napaść dzikie hordy maratów, prymitywnych barbarzyńców nie będących do końca ludźmi, Amara zostaje wysłana z tajną misją, a Tavi... Tavi wpada w tarapaty. Losy bohaterów splatają się ze sobą w dramatyczny sposób, serwując czytelnikowi karkołomne zwroty i narastające napięcie. Książka naprawdę zaczyna wciągać dopiero po około 200 stronach, ale od tego momentu nie można już jej odłożyć. Wszystko to charteryzuje się wysokim wskaźnikiem uzależnienia; praktycznie nie ma w tej historii dłużyzn, no, z jednym wyjątkiem, ale o tym za chwilę.

Są za to burzliwe namiętności, zdrada, intrygi i zemsta, jest psychopatyczny sadysta rodem z powieści Ketchuma, są kanibalistyczne sceny, napawajace co najmniej niesmakiem, jest plastyczny, widowiskowy świat, fascynujący innością i niezłymi pomysłami.

Nie podobała mi się natomiast ciągnący się przez setki stron opis bitwy o Kasernę, wałkowany we wszystkich makabrycznych i krwistych detalach, choć bogaty w nieoczekiwane zwroty akcji, dzięki którym dało się tę batalistyczną orgię przetrzymać. Nie trafiają w mój gust tego rodzaju militarystyczne bachanalia, w fantastyce szukam finezji, mistyki, magii. Niemniej jednak ten rodzaj fantasy ma sporą rzeszę fanów i raczej nie zostaną tu oni rozczarowani.

Zakończenie satysfakcjonuje, na razie, bowiem zawiązano tu wątki na kolejne tomy.

 

Polecam ten cykl polskim wydawcom, bo na tle pojawiających się obecnie niektóych beznadziejnych, oklepanych czytadeł ta seria jest jak świeża bryza. Może nie jest to najambitniejsza lektura, ale solidna, wciągająca porcja przygodowej fantasy.

 

Moja ocena: 4/5 (minus za bitewną orgię).

Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



Podobna okładka

To już mie­siąc od kiedy zna­la­złem wypo­ży­czy­łem książkę Toma HoltaPrze­no­śne Drzwi w biblio­tece. Czym przy­kuła moją uwagę? Okładką oczy­wi­ście. Patrzę, leży sobie książka i myślę: wydali coś Terry Prat­chetta o czym bym nie wie­dział? A to tylko ten sam wydawca i ten sam styl okładki, za to autor inny.

Tak mnie zła­pali w pułapkę. Myśla­łem, że to autor, któ­rego dobrze znam i lubię, więc wzią­łem książkę do ręki. Jak już pod­nio­słem wolu­men szybko zna­la­złem dane autora. Nie było tam napi­sane jak się spo­dzie­wa­łem Terry Prat­chett, tylko Tom Holt. Czemu wydawca tak zro­bił? Nie wiem, ale po infor­ma­cji na tyl­nej okładce, że tych auto­rów porów­nują (obaj np. są bry­tyj­czy­kami), pew­nie chciał przy­cią­gnąć tych samych czytelników.

Autor książki Prze­no­śne Drzwi ma bogaty doro­bek ksią­żek wyda­nych po angiel­sku, ale po pol­sku wydano tak mało utwo­rów, że mógł­byś je zli­czyć na pal­cach swo­jej dłoni, a Terry Prat­chetta wiele osób w naszym kraju już zna i lubi (może i Ty nale­żysz do tego grona).

2 auto­rów, ale liczy się tylko komedia

Wspo­mnia­łem, że obaj auto­rzy są bry­tyj­czy­kami. Na doda­tek obaj piszą głów­nie powie­ści w stylu komicz­nej fan­tasy, więc nie unikną porów­nań. Nawet ja to zro­bię, gdyż od tego się zaczęło, że zauwa­ży­łem książkę w zna­nym mi stylu, ale innego autora niż się spodziewałem.

Co ma do zaofe­ro­wa­nia mniej nam znany twórca? Humor oczy­wi­ście. Posłu­guje się dow­ci­pem i żar­tem w przy­jemny spo­sób, który może wywo­łać wię­cej niż jeden wybuch śmie­chu. Wła­śnie takie książki mnie naj­bar­dziej przy­cią­gają, te które przy­wo­łują uśmiech na mojej twa­rzy :) Im szer­szy tym lepiej :D

Mi wystar­czyła infor­ma­cja, że jest to książka z gatunku komicz­nej fan­tasy, aby ją wziąć i zacząć czy­tać. Bar­dzo dobrze zro­bi­łem. Dzięki niej w moim życiu poja­wiło się wiele dodat­ko­wych :) i :D

Podróż z książką

Pamię­tasz, że mie­siąc temu w Pol­sce były upały? Tem­pe­ra­tura powy­żej 30 stopni Cel­sju­sza. W takim warun­kach naj­chęt­niej zanu­rzył­byś się w base­nie albo ochło­dził w jakiś inny spo­sób. Ja wra­ca­łem do domu. Pocią­giem. Wiesz jak duszno potrafi być w wago­nie? Bar­dzo, bar­dzo nieznośnie.

Prze­waż­nie moją ponad 3 godzinną podróż do domu prze­sy­piam, szcze­gól­nie przy takich upa­łach jakie były, jeśli nie znajdę sobie cie­ka­wego zaję­cia. Tym razem zna­la­złem. Książka Toma HoltaPrze­no­śne Drzwi zapew­niła mi roz­rywkę na całą podróż.

Rzadko zda­rza mi się, żeby autor przy­kuł mnie do swo­jego utworu na ponad 3 godziny (na wię­cej nie mógł, ponie­waż tuż przed moim przy­stan­kiem skoń­czy­łem czy­tać), a musisz pamię­tać, że to był dzień nie­zno­śnych upa­łów. Było tak gorąco, że robi­łeś się mokry od samego sie­dze­nia w wagonie.

Dla­tego jeśli lubisz komiczną fan­tasy znajdź i prze­czy­taj Prze­no­śne Drzwi Toma Holta. Wywo­łają one u Cie­bie wiele radości.

Cie­kawe biuro — czy to możliwe?

Na zakoń­cze­nie jesz­cze kilka słów o tre­ści. Przez ponad godzinę czy­ta­łem o pracy biu­ro­wej — sor­to­wa­nie, inwen­ta­ry­za­cja, dru­ko­wa­nie itp. i się nie nudzi­łem, tylko wchła­nia­łem kolejne strony.

Autor odsła­nia powoli coraz wię­cej z tajem­nic pracy firmy i jej magicz­no­ści. Prze­biega to zgod­nie z dra­biną awansu. Na początku jesteś na okre­sie prób­nym, póź­niej przyj­mują Cię na stałe, a potem możesz awan­so­wać. Na każ­dym tym szcze­blu dowia­du­jesz się wię­cej na temat funk­cjo­no­wa­nia biznesu.

Wyobra­żasz sobie pracę dla firmy, która nie wiesz czym się zaj­muje? Tak wła­śnie zaczyna główny bohater.

P.S. Romans biurowy

Co jesz­cze można by dodać do książki o pracy w cza­ro­dziej­skim biu­rze? Oczy­wi­ście romans biu­rowy, ale w książ­kach jest tak, że jeśli coś jest od początku skom­pli­ko­wane i dodasz do tego jesz­cze magię, to robi się jesz­cze bar­dziej zagma­twane. Pamię­tasz Tri­stana i Izoldę?



Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



Przegapione przystanki

W autobusie, tramwaju, metrze, a nawet pociągu możesz zobaczyć wiele osób, które czytają. Czytałeś kiedyś w autobusie lub innym środku transportu? Dla mnie to jest codzienność. Rzadziej zdarza mi się usiąść przed książką w domu niż w komunikacji miejskiej, mimo że o miejsce siedzące często jest trudno ;)

Pewnie to wina Warszawy, gdzie na przejazdy do pracy i z pracy schodzi dużo czasu. Przez 4 lata jazda na uczelnie zajmowała mi 30 minut dziennie w jedną stronę i później musiałem jeszcze wrócić. Po tych 4 latach zmądrzałem - przeprowadziłem się bliżej :) Teraz mam pięć minut na uczelnie, mimo że nie jestem już studentem :D

Ale nie o tym chciałem pisać. Chodziło o czytanie w autobusie. Czy zdarzyło Ci się przegapić przystanek, bo za bardzo zaczytałeś się w książce? Mi się kilka razy zdarzyło. Czasami w ostatniej chwili orientowałem się, że dojechałem na miejsce i muszę wysiadać. Czasami zdarzyłem wysiąść, a czasami drzwi zamykały mi się przed nosem. Parę razy zdarzyło mi się, że przejechałem przystanek, na którym miałem wysiąść. Takich przypadków nie było dużo, sam wiesz, że tak wciągających książek nie ma dużo :)

Ale właśnie Neil Gaiman napisał książkę, która sprawiła, że przegapiłem przystanek. To jest moim zdaniem jedna z najlepszych rekomendacji dla książki. Drugą równie dobrą byłaby nieprzespana noc nad książką :D

Nigdziebądź, to właśnie ta książka sprawiła, że zapomniałem wysiąść, a miałem tak dużo przystanków do przejechania - 1, słownie - jeden. Wysiadłem na drugim i tak dobrze, że się zorientowałem w ostatniej chwili :D Jeśli też przydarzyło Ci się coś podobnego podziel się tym. Podziel się książką, która sprawiła, że przegapiłeś przystanek lub nie przespałeś nocy.

Relatywny hałas

Hałas przeszkadza w czytania. Zgadzasz się z tym zdaniem? Często może Ci przeszkadzać hałas ulicy, gdy czytasz w autobusie czy innym środku transportu. Ale pewnie zgodzisz się ze mną, że im ciekawsza książka tym mniej zwracasz uwagi na hałas czy to co dzieje się wokół Ciebie. Jeśli naprawdę coś Cie wciągnie zapominasz o reszcie świata. Ponoć bardziej dotyczy to mężczyzn. Kobiety są lepsze w wykonywaniu kilku rzeczy na raz, a mężczyźni za to potrafią skupić się na jednej czynności i doprowadzić ją niemal do perfekcji. Wiesz kto najczęściej jest szefem kuchni?

Nuda codziennego życia

Czy codzienne życie wydaje Ci się nudne? Głównemu bohaterowi ono odpowiadało. Miał piękną narzeczoną i dobrą pracę oraz kolekcję trolli. I był szczęśliwy. Ale cóż nie pisane mu było cieszyć się tym zbyt długo. Wszystko zaczęło się o drzwi. Dokładnie tak jak przepowiedziała Richardowi Mayhew pewna starsza kobieta. Ale jak to często z przepowiedniami bywa nie zwracamy na nie uwagi lub nie są tym czym by nam się wydawało. O czym przekonał się Makbet z zupełnie innej książki, jak i Richard Mayhew z Nigdziebądź.

Metro - nie zbliżaj się do krawędzi peronu

Wiesz jaką przewagę ma metro warszawskie nad metrem londyńskim? Gdy do niego wsiadasz, masz pewność, że jedziesz dobrą linią, najwyżej kierunki Ci się pomyliły ;)
Duże rolę w Nigdziebądź odgrywa metro i jego przystanki, a tak dokładniej nazwy przystanków, ale pozwolę Ci to odkryć samemu. Napiszę tylko jedno, że należy bardzo uważać podchodząc do krawędzi peronu, a najlepiej się do nich w ogóle nie zbliżać.

Normalne czy nienormalne życie

Biedny Richard Mayhew. Jego życie zatrzęsło się w posadach i stara się ułożyć je sobie na nowo, a wszystko to przez drzwi. Ty pewnie chciałbyś dołożyć kilka ciekawych i interesujących przygód do swojego normalnego życia, żeby stało się bardziej nienormalne. To właśnie gwarantuje Ci Neil Gaiman. Jego niecodzienna wyobraźnia z dodatkami humoru może sprawić, że przegapisz przystanek lub nie prześpisz nocy :D Pamiętaj, że przygody kryją w sobie nutę niebezpieczeństwa i nie wiadomo co kryje się w mrokach. Zwłaszcza w mrokach metra - pamiętaj trzymaj się z daleka od krawędzi.



Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



Dobry czy zły?

Talizmany Shannary to 7 tom cyklu Shannara. Przeczytałem wszystkie poprzednie i czytam dalej. W tej części najbardziej zaciekawił mnie wątek przeciągania Para na złą stronę. Już kilka razy spotykałem się z takim motywem w innych książkach i filmach i zaczyna mnie to coraz bardziej ciekawić. Co powoduje, że człowiek dokonuje zdrady? Dlaczego potrafi się tak radykalnie zmienić? Wczoraj był przyjacielem, a dziś już wrogiem. Jak to możliwe?

Zwątpienie

Powody mogą być różne. Możesz zobaczyć, że na Parze były wykorzystywane bardzo subtelne metody prania mózgu. Pozwolono mu wierzyć w rzeczy, które nie wydarzyły się w rzeczywistości. Za pomocą iluzji, odpowiednio dobranych słów Par zaczął wątpić w siebie.

Wiesz jakiego człowieka najłatwiej złamać? Tego, który nie ma już nadziei. Tego, który stracił wszystko co dla niego ważne. Wtedy możesz mu wmówić niemal wszystko. Człowiek na dnie uwierzy w cokolwiek, żeby zapomnieć o swoich smutkach.

Droga na ciemną stronę

Właśnie wiara jest tutaj najważniejsza. To co powtarzają bohaterowi, którego chcą przekonać do przejścia na drugą stronę nie musi być prawdą. W większości historii spotkasz się z przeciąganiem pozytywnego bohatera na stronę zła. Znacznie rzadziej w książkach próby przekonania negatywnego bohatera na ścieżkę dobra.

Terry Brooks w Talizmanach Shannary opisuje proces przeciągania bohatera pozytywnego na stronę zła. Czasami zastanawiam się czemu siły zła zadają sobie tyle trudu, żeby robić coś takiego. Jakby mieli za mało osób po swojej stronie do podziału łupów.

Siły zła podchodzą do swojej pracy bardzo metodycznie i z dużą cierpliwością. Nie wystarczy podejść bohatera z jednej strony. Należy zastosować kilka planów i cały czas kontrolować ich efekty. Należy też wykazać się cierpliwością. (Aż chciałoby się być tak metodycznym i wytrwałym w dążeniu do swoich celów.)

Dopiero wszystkie te wysiłki prowadzą do osiągnięcia celu. Bohater poddany tak intensywnemu i długotrwałemu praniu mózgu może zdradzić swoim najbliższych przyjaciół.

Ocalenie

Co może ocalić bohaterem przed przejściem na ścieżkę zła? Terry Brooks ma 2 odpowiedzi. Pierwszą z nich jest miłość. Jako najsilniejsza emocja, która potrafi poruszyć góry, może również przyciągnąć do światła. Chciałoby się mieć osobę, która tak Cię kocha, że jest gotowa pójść do jaskini lwa żeby Cię odzyskać.

Drugą odpowiedzią jaką udziela autor jest prawda, a właściwie Miecz Prawdy, od którego cała seria Shannary się zaczęła. Prawda nie zawsze jest miła, ale ma na pewno jedno przewagę nad kłamstwem - łatwiej jest ją pamiętać. Z kłamstwem jest zawsze ten problem, że musisz pamiętać co i komu nakłamałaś.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
Antologia opowiadań
Aaronovitch Ben
Abraham Daniel
Adrian Lara
Aguirre Ann
Akab Alan
Andersen Kenneth B.
Anderson Poul
Andrews Ilona
Angelini Josephine
Anthony Piers
Antosik Adrian K.
Armstrong Kelley
Arthur Keri
Auel Jean M.
Aycliffe Jonathan
Bacigalupi Paolo
Baggott Julianna
Beagle Peter S.
Beaulieu Bradley P.
Beckett Bernard
Belitz Bettina
Białołęcka Ewa
Bishop Anne
Black Holly
Bochiński Tomasz
Bradbury Ray
Bradley Marion Zimmer
Brett Peter V.
Briggs Patricia
Brooks Terry
Brzezińska Anna
Burke Kealan Patrick
Burtenshaw Jenna
Butcher Jim
Cabot Meg
Campbell Jack
Campbell Ramsey
Canavan Trudi
Card Orson Scott
Carey Jacqueline
Carey Mike
Carriger Gail
Carroll Lee
Cashore Kristin
Cast P. C.
Cetnarowski Michał
Chadbourn Mark
Chadda Sarwat
Chapman Stepan
Charlton Blake
Chattam Maxime
Cherryh J. C.
Cholewa Michał
Cichowlas Robert
Clare Cassandra
Collins Nancy A.
Collins Suzanne
Connolly John
Cook Glen
Cooper Elspeth
Cornwell Bernard
Cronin Justin
Curley Marianne
Cyran Janusz
Ćwiek Jakub
Červenák Juraj
Davidson Mary Janice
Dąb-Mirowski Filip
De Spirito Dorotea
Deas Stephen
Del Toro Guillermo
Delaney Joseph
Dell Christopher
DeStefano Lauren
Diakow Andriej
Dick Philip K.
Disch Thomas M.
Doctorow Cory
Dodd Christina
Domagalski Dariusz
Dozois Gardner
Drukarczyk Grzegorz
Dudek Olgierd
Dukaj Jacek
Durham David Anthony
Egan Greg
Erikson Steven
Ewing Lynne
Fantaskey Beth
Farmer Philip José
Feist Raymond E.
Fitzpatrick Becca
Flanagan John
Flinn Alex
Fonstad Karen Wynn
Fox A. M.
Friedman C. S.
Frost Jeaniene
Funke Cornelia
Gaiman Neil
Gibson Howard E.
Gibson William
Gier Kerstin
Glukhovsky Dmitry
Głowacki Aleksander
Goodman Alison
Goonan Kathleen Ann
Gordon Roderick
Grant Michael
Grant Mira
Green Simon R.,
Gromyko Olga
Grossman Lev
Grzędowicz Jarosław
Haddix Margaret Peterson
Hałas Agnieszka
Harkness Deborah
Harrison Kim
Hawthorne Rachel
Hayes Gwen
Hearne Kevin
Heitz Markus
Herbert Frank
Hickman Tracy
Hill Joe
Hill Susan
Hines Jim C.
Hogan Chuck
Hohlbein Wolfgang
Holt Tom
Howard Robert E.
Huff Tanya
Huso Anthony
Hussey William
Izmajłowa Kira
Jadowska Aneta
Jaye Wells
Jess-Cooke Carolyn
Johnson Elana
Kańtoch Anna
Keaton Kelly
Kenyon Nate
King Stephen
King William
Kittredge Caitlin
Knaak Richard A.
Kołodziejczak Tomasz
Komuda Jacek
Kornew Paweł
Kosik Rafał
Kossakowska Maja Lidia
Kostick Conor
Kress Nancy
Krycz Kazimierz Jr.
Kuttner Henry
Lachlan M. D.
Lackey Mercedes
Le Guin Ursula K.
Lem Stanisław
Lerner Edward M.
Lewandowski Konrad T.
Lewis Clive Staples
Licia Troisi
Livingston Lesley
Łukjanienko Siergiej
Mafi Tahereh
Magali Hanri
Magary Drew
Małecki Jakub
Mann George
Marsden John
Martin Gail Z.
Martin George R. R.
Matuszek Paweł
McCaffrey Anne
McDermott J. M.
McDevitt Jack
McDonald Ian
McKiernan Dennis L.
McLeod Ian
McMann Lisa
Mead Richelle
Michaelis Antonia
Miller Karen
Miszczuk Katarzyna Berenika
Misztal Izabela
Moore John
Morgan Richard
Morgenstern Erin
Mortka Marcin
Norton Andre
Novik Naomi
Oliver Lauren
Olivier Jana
Olszówka Piotr
Opracowanie
Orwell George
Owen James A.
Pankiejewa Oksana
Panow Wadim
Paolini Christopher
Paver Michelle
Peake Mervyn
Piekara Jacek
Pierce Tamora
Pilipiuk Andrzej
Piskorski Krzysztof
Pjankowa Karina
Pląskowski Tomasz
Poole Gabriella
Poznanski Ursula
Pratchett Terry
Prineas Sarah
Raduchowska Martyna
Rain J. R.
Rajaniemi Hannu
Randall Cecilia
Raniszewski Maciej
Rankin Robert
Rees Rod
Renault Mary
Reystone A. R.
Rhiannon Lassiter
Rice Anne
Richardson Kat
Ringo John
Riordan Rick
Robinson Kim Stanley
Rodda Emily
Rothfuss Patrick
Rowling J. K.
Ruda Aleksandra
Ryan Carrie
Salvatore R. A.
Sands Lynsay
Sapkowski Andrzej
Sarn Amelie
Schroeder Karl
Shepard Lucius
Showalter Gena
Siemionowa Maria
Simmons Dan
Singh Nalini
Smith Lisa Jane
Solanin Michał
Sparks Kerrelyn
Sterling Bruce
Stross Charles
Stross Charless
Strugaccy Arkadij i Borys
Sullivan Michael J.
Swann S. A.
Szablicki Janusz
Szkolnikowa Wiera
Szmidt Robert J.
Śmigiel Łukasz
Tchaikovsky Adrian
Teodorczyk Anna
Terakowska Dorota
Thomas Jeffrey
Tomaszewska Marta
Trussoni Danielle
Tuchorski Andrzej
Tumski Olaf
Turner Megan Whalen
Twardoch Szczepan
Valente Catherynne M.
Vallejo Susana
Vance Jack
VanderMeer Jeff
Ward Rachel
Wasiliew Władimir
Watts Peter
Weeks Brent
Wegner Robert M.
Weis Margaret
Wells Martha
Whitcomb Laura
White Kiersten
Wild Kate
Williams Brian
Williams Chima Cinda
Williams Tad
Willis Connie
Wójcik Robert
Wroczek Szymon
Yu Charles
Zafon Carlos Ruiz
Ziemiański Andrzej
Żulczyk Jakub
Żytowiecki Maciej
Tagi




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka