Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Kategorie: Wszystkie | Autorzy | Dyskusje | Konkursy | Nowinki | Powitanie | Recenzje
RSS
środa, 25 lipca 2012

Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



Bogowie

Neil Gaiman to autor, który dysponuje naprawdę bogatą wyobraźnia, o czym mogłeś się przekonać czytając recenzję Koraliny. Jak domyśliłeś się po tytule w całą historię zamieszani są bogowie, a dokładniej amerykańscy bogowie.
A pamiętasz kto odkrył pierwszy Amerykę? W szkole Ci najpierw mówili, że Kolumb, potem, że jednak wcześniej dopłynęli tam wikingowie, a tak naprawdę to jakieś ludy przewędrowały z Azji po zamarzniętym morzu i każda z tych grup miała własne wierzenia, własnych bogów. Neil Gaiman korzysta z panteonów różnych wierzeń, dokłada nawet dzisiejsze wierzenia, gdzie człowiek zaczyna oddawać hołd pieniądzu, przemysłowi, motoryzacji, nauce itp.

Zapomniani bogowie

Zastanawiałeś się co dzieje się z zapomnianymi bogami? Gdy ludzie w nich wierzący umrą, utracą wiarę lub zaczną wierzyć w coś nowego? Autor Amerykańskich bogów sądzi, że zaczynają oni żyć wśród nas. Obrabowani ze swoich mocy żyją w naszym świecie jako kierowca taksówki, czy prostytutka, wspominają dni dawnej chwały, ale głównie starają się przeżyć. I może wszyscy, żyli by spokojnie, gdyby nie konflikty między starymi, a nowymi bogami.

Cień

Cała historia książki zaczyna się w więzieniu, gdzie poznajesz głównego bohatera książki - Cienia. Odsiaduje tam ostanie tygodnie trzyletniego wyroku i planuje powrót do żony i uczciwej pracy, ale tuż przed jego zwolnieniem wszystko zaczyna się psuć. Czy spodziewałeś się czegoś innego? Przecież nikt nie pisze książek o szczęśliwym, życiu rodzinnym - takie książki by się słabo sprzedawały (książki, które dają Ci rady jak mieć szczęśliwe życie to jednak coś innego i one się sprzedają ;) ).
Cień nie mając innej alternatywy zatrudnia się u pana Wednesdaya i tym samym trafia w środek zmagań pomiędzy starymi, a nowymi bogami.

Czy czarne jest czarnym?

I tu zaczyna się kunszt pisarski Neila Gaimana, ponieważ, gdy myślisz, że czarne jest czarnym, a białe jest białym, okazuje się, że nie miałeś racji i białe było żółtym, a czarne czerwonym i mimo, że kolory dobrałem losowo, oddają one niecodzienność rozwiązań sytuacji autora. Czytając książkę z każdą stroną zagłębiasz się w świat bogów i wierzeń różnych ludów. Autor płynnie przechodzi pomiędzy różnymi religiami i każdą umiejętnie wplata w amerykańską historię. Razem z głównym bohaterem masz okazję zwiedzić Amerykę i kolejne ostoje bogów.

Zakończenie wojny

Jak kończy się wojna pomiędzy bogami, kto wygra, kto okaże się przegranym? Jeśli chcesz poznać odpowiedzi na te pytania koniecznie przeczytaj Amerykańskich bogów i spodziewaj się nieprzewidywalnego, a i tak autorowi uda się Cię zaskoczyć, ponieważ nawet gdy wydawać Ci się będzie, że historia już się skończyła okazuje się, że zostały jeszcze poboczne wątki, o których nie można zapomnieć.



Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



Cuchnące kanały

Czy wiesz jak wyglądały kanały w średniowiecznych miastach? W większości przypadków nawet ich nie było i wszystkie nieczystości spływały ulicami. Z pewnością jednak potrafisz sobie wyobrazić ten smród, który jest nieodłączną częścią kanałów. Dzisiejsze kanały nie różnią się pod tym względem od tych z średniowiecza. Z pewnością nie schodzisz do nich po to, żeby cieszyć swój nos cudownymi woniami. Właśnie w kanałach spotykasz Gotreka Zabójcę na początku książki Williama Kinga. W kanałach, które są znacznie mniej przyjazne od dzisiejszych.

Szczurza rzecz

Najgroźniejszym stworzeniem jakie mógłbyś znaleźć pod ulicami miasta, w którym mieszkasz byłby najprawdopodobniej szczur. Oczywiście szczurów w ściekach jest więcej niż jedna rodzina. Tak naprawdę nie chcesz zastanawiać się ile ich się tam gnieździ :D

Gotrek w kanałach musi stawić czoła istotom znacznie groźniejszym niż szczury - Skavenom, stąd też i tytuł książki. William King nie wysila się w tej serii z tytułami ;) Najgroźniejszy przeciwnik Gotreka z książki znajduje się w tytule. Więc kolejna książka serii ma ten niespodziewany tytuł - Zabójca Skavenów.
Czym jest Skaven? To tak naprawdę duży, przerośnięty, zmutowany szczur o szczątkowej inteligencji, chociaż trafiają się osobniki, które potrafią czytać i pisać :)

Zdrada czy popłaca?

Schemat jest standardem serii - potwory spotykają Gotreka, Gotrek zabija potwory. Krew leje się tak samo obficie jak we wcześniejszych książkach z serii tylko tym razem nie jest czerwona tylko czarna - tak się kończą mutację, że nawet krew psują w człowieku, czy też może w szczurze?

Wiesz jak trudno znaleźć szczura w kanale? Nie jest to prosta sprawa. Te gryzonie potrafią się wcisnąć w naprawdę małe i ciemne dziury. Dlatego Felixowi i Gotrekowi nie udało by się znaleźć i zaprzepaścić planów skavenów, gdyby nie byłaby to bardzo zdradziecka rasa. Zmutowany szczur jest tak zdradziecki, że jest gotów zdradzić członków własnej rasy tylko po to, żeby nie uzyskali oni zbyt wielkich wpływów w klanie i nie stanęli w hierarchii wyżej od niego. Zabójstwo wyżej postawionego skavena jest najpopularniejszym sposobem awansu ;)

Krew i śmierć dla relaksu

Jeśli czytałeś chociaż jedną książkę z tej serii wiesz, że bazuje ona na krwi i śmierci i jeśli pojawiają się jakieś inne wątki to są one drugorzędne. Ta seria pozwali Ci odpocząć od skomplikowanych powieści detektywistycznych i zaplątanych historii miłosnych. Więc jeśli gustujesz w niewyrafinowanej lekturze, gdzie główna fabuła kręci się wokół kolejnych walk i trupów William King i Zabójca Skavenów jest pozycją dla Ciebie.



Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



Potężny wojownik

Wyobraź sobie komandosa, mężczyznę równie szerokiego jak wysokiego, którego ciało składa się z potężnych mięśni, którego szkielet został wzmocniony podobnie jak Wolverine. Taki typ bohatera przedstawia nam William King w książce Szpon Ragnara i wcale nie jest on jedynym, który wygląda jak Arnold Schwarzenegger na sterydach. Główny bohater należy do oddziału Kosmicznych Marines, których nie chciałbyś spotkać w biały dzień, a tym bardziej w ciemnej alejce.

Dlaczego King tworzy tak potężnych bohaterów, ponieważ muszą oni stawiać czoła równie groźnemu wrogowi, przeciwnikowi, który jest groźniejszy nawet od tych potężnych Marines. Jeśli czytałeś już książki o Gotreku Zabójcy to znasz tego wroga. Tym przeciwnikiem jest Chaos. Walka z nim trwa od wieków, jest krwawa i nie widać jej końca.

To znów Gotrek Zabójca

Mimo przeniesienie historii w rok 40 000, to Szpon Ragnara bardzo przypomina mi historie o Gotreku Zabójcę. Zmieniła się broń – zamiast ostrego topora częściej korzysta się potężnych strzelb, zmieniły się sposobu podróżowania – zamiast koni używa się statków kosmicznych, ale wróg pozostał ten sam, krew wciąż jest tak samo czerwona, a nawet magia ma swoje miejsce w świecie kosmicznych marines.

William King bardzo dobrze sobie radzi z budowaniem krwawych i mrocznych historii. Stawianiu przed swoimi bohaterami coraz cięższych i trudniejszych wyzwań, z których wychodzą z kolejnymi bliznami. Codziennością jest utrata towarzysza broni. Codziennością jest walka. Codziennością jest śmierć. Codziennością jest niepewne jutro.

Walka w zespole

Ragnar, czyli główny bohater jednym z oddziału Kosmicznych Wilków, wie jak istotna jest praca w drużynie, wielokrotnie ryzykował życia dla zespołu i wielokrotnie ktoś z grupy ratował mu życie. W walce z Chaosem walka zespołowa jest jedyną szansą na wygraną. Mimo to nasz bohater często lubi działać w pojedynkę, zaślepia go misja, nienawiść do wroga, do Chaosu. Ragnar najbardziej nienawidzi jednak Marines, którzy przeszli na stronę wroga, którzy poddali się pokusą potęgi ciemnej strony.

Kosmiczny Wilk

Szpon Ragnara to II tom po Kosmicznym Wilku opowieści o Ragnarze. To kolejna książka, którą czyta się po to, żeby zapomnieć o codzienności, o trudnościach dnia codziennego. Nasze codzienne problemy bledną w porównaniu do wyzwań, którym muszą stawić kosmiczni Marines.



Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



Książka dla facetów

Cykl o Gotreku Zabójcy jest przeznaczony dla facetów spragnionych akcji, walki i krwi, więc jeśli nie lubisz nieustannych bitew, gdzie krew leje się gęsto, możesz nie czytać dalej i omijać książki z Gotrekiem Zabójcą z daleka ;)

Dawno temu przeczytałem Zabójcę Smoków i dopiero niedawno znalazłem w bibliotece inną książkę opisującą przygody Gotreka Zabójcy i jego kompana Felixa. Książka którą znalazłem w bibliotece nosi tytuł  Zabójca Gigantów i nie jest pierwszą z cyklu, ani kolejną po Zabójcy Smoków, ale nie ma to znaczenia, gdyż to co najważniejsze w utworach o Gotreku i Felixie to akcja i ścielący się gęsto trup.

William King w Zabójcy Gigantów przechodzi od jednej krwawej potyczki do następnej. Czytelnik, podobnie jak bohaterowie książki, nie ma chwili wytchnienia. Nawet pozorne okresy odpoczynku i swawoli przynoszą wyzwania w postaci konkursów picia, bądź są okazją do przechwalania się wcześniejszymi wyczynami na polu bitwy.

W Zabójcy Gigantów Gotrek musi sprzymierzyć się z elfem Teclisem, co jest mu w nie smak i najchętniej zatopiłby w nim swój topór bojowy. Wrogość Gotreka widać w każdej rozmowie. Elf i krasnolud wypominają sobie zaszłe zniewagi obu ras. Sytuację łagodzi Felix, który towarzyszy Gotrekowi, gdyż zamierza opisać historię jego walk oraz jego śmierć. Felix dba o utrzymanie kruchego sojuszu wykazując się zmysłem dyplomaty.

Zabójca Gigantów

Gotrek Zabójca - krasnolud pozbawiony honoru poszukuje śmierci z godnym przeciwnikiem. Im groźniejszy lub im liczniejszy wróg tym lepiej. Gotrek nie okazuje strachu i z radością, a często wręcz z szaleńczym zapałem, rzuca się w wir walki. Walczył już z Trollami, Skavenami, Demonami, Bestiami, Wampirami i wszystkich ich pokonał. Kolejnym groźnym przeciwnikiem jaki poczuje topór Gotreka jest gigant, ale zanim dojdzie do finałowej potyczki, czeka Cię drogi czytelniku droga przez potyczki i bitwy z wieloma innymi wrogami. Będziesz wędrował wraz z Gotrekiem i Felixem po ścieżkach Pradawnych i spotkasz sługi Chaosu, które je zamieszkują.

Krew, walka i śmierć

Obiecuje Ci, że jeśli zdecydujesz się przeczytać Zabójcę Gigantów, nie zabraknie Ci krwi, walki i śmierci, którą Gotrek Zabójca hojnie rozdaje. Kiedy będziesz czytał książkę Williama Kinga podniesie się Twój poziom adrenaliny i nie spadnie nawet na minutę ;)

Wiem, że Zabójca Gigantów nie jest ambitną książką, bazuje na prymitywnych instynktach, ale jestem facetem i potrzebuję czasem walki i wyzwania, tak mnie stworzyła natura, dlatego z chęcią przeczytałem opowieści o Gotreku Zabójcy i będę szukał innych książek z cyklu w bibliotece.



Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



Jak skom­pli­ko­wany jest świat z Mala­zań­skiej Księgi Poległych?

Na pewno tak jak więk­szość ludzi nie zasta­na­wia­łeś się jak bar­dzo skom­pli­ko­wany jest świat. Jak czę­sto życie ludzi, któ­rzy nie są świa­domi swo­jego ist­nie­nia, wpływa na sie­bie. Przy­kład skom­pli­ko­wa­nego świata możesz zoba­czyć w twór­czo­ści Ste­vena Erik­sona. Opo­wie­ści z Mala­zań­skiej Księgi Pole­głych to cykl ksią­żek, opi­su­jący cały pogma­twany świat. Świat pełen prze­mocy, spi­sków, walk i wojen. Można w nim zna­leźć rów­nież szla­chetne postawy, ale są one jed­nak w mniej­szo­ści, poza tym pra­wie nigdy nie spo­ty­kają się one z nagrodą.

Ste­ven Erik­son jest mistrzem wie­lo­wąt­ko­wej fabuły. Przed­sta­wia zarówno histo­rię obecną, jak i zamierz­chłą prze­szłość. Autor sku­pia się na histo­rii Impe­rium Malań­skiego, z któ­rym powią­zane są histo­rię wielu innych naro­dów i ras. Ste­ven Erik­son zachwyca nas roz­ma­ito­ścią ras i naro­dów – jest ich nie­mal tyle, co w obec­nym świe­cie. Nie­które rasy już wymarły lub za takie ucho­dzą, nie­które pręż­nie się roz­wi­jają, inne zaś pozo­stają na ubo­czu. Czy­ta­jąc opo­wie­ści z Mala­zań­skiej Księgi Pole­głych możesz dostrzec podo­bień­stwa do rze­czy­wi­stej świa­to­wej poli­tyki. Obser­wu­jesz kraje/narody, które są w nie­ustan­nym kon­flik­cie, kraje które pozo­stają na ubo­czu, kraje które pro­wo­kują do walki inne narody. Ste­ve­nowi Erik­so­nowi nie wystar­czają jed­nak kon­flikty śmier­tel­ni­ków. Oprócz kon­flik­tów „ludz­kich” autor przed­sta­wia znacz­nie star­sze i bar­dziej zażarte kon­flikty mię­dzy bogami. Bogo­wie w swo­ich wal­kach czę­sto wyko­rzy­stują śmier­tel­ni­ków, ale zgu­bieni są Ci bogo­wie, któ­rzy zlek­ce­ważą potęgę śmier­tel­ni­ków ;) Taki świat pełen kon­flik­tów, kno­wań i soju­szów pre­zen­tuje Ci autor opo­wie­ści z Mala­zań­skiej Księgi Pole­głych. Świat jest tak skom­pli­ko­wany, że staje się nie­mal nie do ogar­nię­cia przez jed­nego człowieka.

Jacy boha­te­ro­wie zamiesz­kują ten skom­pli­ko­wany świat?

Ste­ven Erik­son wykre­ował całe „morze” boha­te­rów. Aby pomóc Ci zapo­znać się z nimi na kilku pierw­szych stro­nach znaj­duje się ich spis, który mimo swej obszer­no­ści nie uwzględ­nia boha­te­rów dru­go­pla­no­wych. Wypa­da­łoby wspo­mnieć w tym miej­scu, że „Myto Oga­rów – Począ­tek” to druga część ósmego tomu cyklu opo­wie­ści z Mala­zań­skiej Księgi Pole­głych. Mimo tego nie zoba­czysz w nim wielu boha­te­rów poprzed­nich czę­ści.
Ste­ven Erik­son two­rzy boha­te­rów bli­skich czy­tel­ni­kowi, ponie­waż przed­sta­wia ich zarówno w trud­nych sytu­acjach, peł­nych bólu, cier­pie­nia i roz­te­rek, jak i w momen­tach peł­nych rado­ści, śmie­chu i popę­dów. Autor przed­sta­wia „ludzi” z róż­nych klas spo­łecz­nych, zarówno ubo­gich, jak i boga­tych, tych któ­rzy się wzbo­ga­cili oraz tych, któ­rzy utra­cili całe swe majątki. Ste­ven Erik­son sięga rów­nież po posta­cie bogów, które nie są wolne od ludz­kich wad, gdyż więk­szość z nich była kie­dyś „ludźmi”. Przy­po­mina to grecką mito­lo­gię, w któ­rej to bogo­wie byli obda­rzeni zarówno ludz­kimi przy­wa­rami, jak i zale­tami, a jedyną róż­nicą mię­dzy zwy­kłym śmier­tel­ni­kiem a bogiem, było spo­ży­wa­nie przez nich ambro­zji. Bogo­wie w opo­wie­ściach z Mala­zań­skiej Księgi Pole­głych nie muszą spo­ży­wać ambro­zji, ponie­waż czę­sto powstają z wiary swo­ich wyznaw­ców – przy­kła­dem mogą być tu bogo­wie wojny, któ­rzy przyj­mują postać dra­pież­nych zwie­rząt. Zasia­da­nie na boskim tro­nie nie jest wieczne i sta­rzy bogo­wie mogą zostać zde­tro­ni­zo­wani przez nowych, młod­szych bogów (jak pew­nie zauwa­ży­łeś to też przy­po­mina grecką mito­lo­gię). W cyklu Ste­vena Erik­sona nikt nie jest nie­śmier­telny i nawet bogo­wie mogą umrzeć i sta­nąć przed bramą Kap­tura – boga śmierci. Autor nie oba­wia się zabić nawet pierw­szo­pla­no­wych boha­te­rów, obda­rzo­nych wręcz boskimi mocami, jeśli jest to zgodne z histo­rią, którą przed­sta­wia. Śmierć jed­nak czę­sto nie oka­zuje się koń­cem, gdyż świat który stwo­rzył Erik­son jest pełen duchów, upio­rów, umar­la­ków oraz naj­prze­róż­niej­szych mitycz­nych stwo­rzeń. W tej mno­go­ści postaci naprawdę łatwo się pogu­bić, więc czy­taj uważ­nie, by nie prze­ga­pić istot­nych wąt­ków, cie­ka­wych boha­te­rów. Ta lek­tura Ci się opłaci. Zacznij się zagłę­biać w prze­pastny świat opo­wie­ści z Mala­zań­skiej Księgi Pole­głych. Już dziś się­gnij po pierw­szy tom cyklu – Ogrody Księ­życa.

Myto Oga­rów – Początek

To kolejny ósmy już tom opo­wie­ści z Mala­zań­skiej Księgi Pole­głych, w któ­rych autor zachwyca Cię olbrzy­mią ilo­ściom wąt­ków i boha­te­rów. Ste­ven Erik­son w „Mycie Oga­rów – Początku” sku­pia się na wyda­rze­niach dzie­ją­cych się w Daru­dży­sta­nie. Autor tak samo jak w każ­dej z wcze­śniej­szych swo­ich ksią­żek z cyklu, dopro­wa­dza na końcu do punktu kul­mi­na­cyj­nego, do zde­rze­nia się ogrom­nych sił, które pra­gną mocy, dzięki któ­rej będą mogli osią­gnąć swoje wła­sne cele, bądź zaspo­koić prze­możne pra­gnie­nie zemsty. Jed­nak przy zde­rze­niu tak licz­nych sił nie wszyst­kim udaje się osią­gnąć swoje cele, a świat może się cie­szyć spo­ko­jem kolejny dzień i wró­cić do codzien­no­ści dzięki poświę­ce­niu nie­któ­rych boha­te­rów. Ste­ven Erik­son po raz kolejny daje Ci to czego ocze­ku­jesz — olbrzy­mią ilość akcji, wyja­śnie­nie i roz­wi­nię­cie wąt­ków, które przed­sta­wił w począt­ko­wej czę­ści „Myta Oga­rów – Początku”.
Ste­ven Erik­son tym razem raczy Cię czy­tel­niku skom­pli­ko­waną intrygą, w którą wplą­tał się sam Kap­tur – bóg śmierci oraz Ano­man­der Rake — Syn Ciem­no­ści. Gdy bogo­wie i potężni władcy pro­wa­dzą swoje gry, zwy­kli śmier­tel­nicy zma­gają się z pro­ble­mami dnia codzien­nego: z bra­kiem miło­ści w mał­żeń­stwie, ze zdradą, z zagi­nio­nym dziec­kiem, z bólem i cier­pie­niem spo­wo­do­wa­nym biedą, z nie­roz­wią­zy­walną sprawą kry­mi­nalną, a nawet z nie­ugię­tymi skry­to­bój­cami, ale wszyst­kie te zmar­twie­nia bledną w kul­mi­na­cyj­nym punk­cie książki, gdy do Daru­dży­stanu wkra­czają ogary i główni gra­cze wyko­nują swoje ruchy.
Czy można zabić boga? Jeśli czy­ta­łeś wcze­śniej­sze książki Ste­vena Erik­sona, to znasz odpo­wiedź na to pyta­nie, ale pamię­taj — musisz być szyb­szy od boga, bo ina­czej to Ty spo­czniesz sześć stóp pod zie­mią, a żeby tak skoń­czyć wystar­czy jedy­nie sekunda nie uwagi. Pew­nie domy­śli­łeś się, że w „Mycie Oga­rów – Początku” umiera bóg, ale nie wiesz jaki, nie wiesz jak i nie wiesz kto go zabił ;p Żeby zna­leźć odpo­wie­dzi na te pyta­nie będziesz musiał prze­czy­tać „Myto Oga­rów – Począ­tek” do samego końca :)

Moja opi­nia na temat Myta Oga­rów — Początku

Sam pochła­niam książki Ste­vena Erik­sona niczym świeże bułeczki i „Myto Oga­rów – Począ­tek” to kolejna książka, którą prze­czy­ta­łem w mgnie­niu oka mimo olbrzy­miej ilo­ści stron. Oso­bi­ście pole­cam każ­demu miło­śni­kowi fan­tasy zarówno cały cykl opo­wie­ści z Mala­zań­skiej Księgi Pole­głych, jak i ten dziś przeze mnie opi­sy­wany tom (Myto Oga­rów – Począ­tek).
Osoby, które za fan­ta­styką nie prze­pa­dają mogą odtrą­cić książki Ste­vena Erik­sona ze względu na mityczne stwory i rasy oraz magię, ale „Myto Oga­rów – Począ­tek”, jak i cały cykl opo­wie­ści z Mala­zań­skiej Księgi Pole­głych to coś wię­cej. To opo­wieść o tym, jak skom­pli­ko­wane bywa ludz­kie życie, że każdy — nawet król i bóg ma swoje pro­blemy i roz­terki. Prze­czy­taj „Myto Oga­rów – Począ­tek” dla jej pory­wa­ją­cej akcji i wie­lo­wąt­ko­wo­ści, a możesz być pewien, że ta książka wcią­gnie Cię tak samo jak mnie.



Autor: Adam Kopeć [magiaksiazek.pl]



O auto­rze i jego twórczości

Richard A. Knaak jest dobrze mi zna­nym auto­rem. Prze­czy­ta­łem już wiele ksią­żek jego autor­stwa i uwa­żam go za „porząd­nego” pisa­rza. Pierw­szą książką autor­stwa Richarda A. Kna­aka jaką prze­czy­ta­łem, była „Legenda o Humie”. Książka ta należy do świata „Dra­gon­Lance” – jest to świat, od któ­rego zaczą­łem pozna­wać fan­ta­stykę. Seria „Dra­gon­Lance” stwo­rzona została przez Mar­ga­ret WeisTracy’ego Hick­mana. Książki Mar­ga­ret Weisksiążki Tracy’ego Hick­mana bar­dzo przy­pa­dły mi do gustu i nie pamię­tam żad­nej ich książki, którą mógł­bym oce­nić niżej niż cztery (moja śred­nia na stu­diach była tak dobra, jak ich naj­gor­sza książka ;) ). W swo­jej twór­czo­ści Richard A. Knaak korzy­sta z ist­nie­ją­cych już świa­tów, jak choćby podana przeze mnie wcze­śniej „Legen­dzie o Humie”, która należy do świata „Dra­gon­Lance”, czy też książka „Kró­le­stwo Cie­nia” nale­żąca do świata „Dia­blo”. Przy oka­zji pisa­nia tego wpisu przyj­rza­łem się bli­żej twór­czo­ści Richarda A. Kna­aka i zna­la­złem jedną serię, którą od początku do końca sam napi­sał. Muszę ją kie­dyś prze­czy­tać żeby spraw­dzić, czy rów­nie dobrze wycho­dzi mu wymy­śle­nie całego świata, jak napi­sa­nie akcji dla już ist­nie­ją­cego. Seria, o któ­rej jest mowa to „Smo­cze Kró­le­stwo”. Nie­stety nie widzę, aby była dostępna w żad­nym zna­nym mi skle­pie inter­ne­to­wym, więc będę musiał poszu­kać w biblio­tece :(

O książce

Wciąż jestem fanem gry „Dia­blo” mimo, że sam już nie gram. Oczy­wi­ście prze­rwa w grze obo­wią­zuje do czasu, do póki nie wyj­dzie trójka :D Książkę zauwa­ży­łem przez przy­pa­dek, gdy prze­szu­ki­wa­łem zasoby biblio­teczne. W biblio­tece można wypo­ży­czyć pięć ksią­żek , dla­tego kiedy się do niej wybie­ram, wiem już jakie cztery książki chce ze sobą zabrać, a pią­tej szu­kam po pół­kach. To mój spo­sób na pozna­nie auto­rów wcze­śniej mi nie zna­nych. Moje ostat­nie poszu­ki­wa­nia zapro­wa­dziły mnie do „Kró­le­stwa Cie­nia” ;) „Kró­le­stwo Cie­nia” to kolejna „porządna” książka Richarda A. Kna­aka. Publi­ka­cja ta roz­sze­rza fanom świat „Dia­blo”. Pozna­jemy w niej jed­nego z nekro­man­tów Zayla, przed­sta­wi­ciela naj­bar­dziej lubia­nej klasy oczy­wi­ście po bar­ba­rzyńcy :P Autor przed­sta­wia histo­rię Ureh – mia­sta, które upa­dło w swoim dąże­niu ku niebiosom.

Parę słów o bohaterach

Główną posta­cią książki jest przy­wódca najem­ni­ków Ken­tril, który jest naj­roz­sąd­niej­szym z boha­te­rów. Nie można roz­sąd­nym nazwać nekro­manty, który kłóci się z głową mar­twego czło­wieka. Żeby dowie­dzieć się do kogo ta głowa nale­żała musisz prze­czy­tać książkę :P Podob­nie jest z resztą boha­te­rów, któ­rej daleko do roz­sądku, jak choćby postać maga Quovo Tsina opę­ta­nego żądzą wie­dzy, czy też samych miesz­kań­ców z ich przy­wódcą Juris Kha­nem na czele. Nie znam żad­nego zrów­no­wa­żo­nego czło­wieka, który chciałby się­gnąć zaświa­tów. Chyba nawet nie warto wspo­mi­nać o najem­ni­kach, któ­rzy jak to zwy­kle w książ­kach bywa myślą jedy­nie o dziew­kach, winie i zło­cie. Mimo, że Ken­tril jest naj­roz­sąd­niej­szym z boha­te­rów, to jed­nak nie udało mu się unik­nąć zako­cha­nia w córce przy­wódcy mia­sta Ureh — Atan­nie. Każdy popeł­nia błędy, ale naj­waż­niej­sze jest to, żeby czer­pać z nich wie­dzę, a zwłasz­cza żeby drugi raz ich nie popeł­niać. Sądzę, że kapi­tan najem­ni­ków wycią­gnął wie­dzę ze swo­jej życio­wej lek­cji i już nigdy nie przy­da­rzy mu się coś rów­nie nie­od­po­wie­dzial­nego ;)

Komu pole­cam

Jeśli jesteś fanem gry „Dia­blo” i lubisz czy­tać, to ta pozy­cja powinna zna­leźć się w Two­jej kolek­cji. Muszę dodać, że jest to trze­cia pozy­cja ze świata „Dia­blo” i przy naj­bliż­szej wizy­cie w biblio­tece będę szu­kał wcze­śniej­szych ;) Jeśli znasz już książki Richarda A. Kna­aka, to sam wiesz, czy ten autor jest dla Cie­bie oraz czy warto prze­czy­tać kolejną książkę napi­saną przez niego. Jeśli nie znasz autora „Kró­le­stwa Cie­nia” i nie jesteś fanem gry „Dia­blo”, to i tak możesz prze­czy­tać tę książkę, zwłasz­cza jeśli lubisz głę­boko skry­wane tajem­nice, mroczne histo­rie i chcesz zapo­znać się z twór­czo­ścią nowego autora.



piątek, 20 lipca 2012

Autor recenzji: 

 

Tytuł: „Anioł”
Autor: Dorotea de Spirito
Wydawnictwo: Amber
Ilość stron: 304
Ocena: 3+/6


Viterbo to miasto, w którym mieszkańcy niechętnie przyjmują nowych ludzi, a to wszystko dlatego, że miasto skrywa tajemnice- piękne, złotowłose anioły. Vittoria jest jedną z nich, jest aniołem bez skrzydeł o ciemnych włosach i wyjątkowych zielonych oczach. W gronie innych niebiańskich istot ma przyczepioną etykietkę niedorobionej. Ma dwoje najlepszych przyjaciół, których traktuje jak rodzeństwo- Lorenza i Ginevre. Jej życie bardzo się zmienia, gdy Ginny namawia ją, żeby wypowiedziała życzenie przy ostatnim promieniu słońca. Miało się spełnić i… spełniło. Vittoria kilka minut potem prawie przejeżdża wspaniałego chłopaka o magnetyzujących czarnych oczach, tak zaczyna się ich znajomość…

 

„Nigdy, nigdy nie żałuj, że zrobiłaś cokolwiek, jeśli robiąc to, byłaś szczęśliwa”

 

Vittoria jest bardzo sympatyczną postacią. Nie dopatrzyłam się w niej żadnej cechy charakteru, która mogłaby kogoś denerwować. Jest idealną przyjaciół, wierną i oddaną.

Guglielmo- chłopak, którego nie raz prawie przejechała Vittoria jest bardzo czuły i delikatny. Mimo, że jest demonem nie widziałam w nim ani odrobimy zła. To naprawdę mnie denerwowało, mógł być trochę bardziej mroczny! A co do jego imienia to jeszcze nigdy nie wypowiedziałam go dobrze, nie wiem skąd autorka je wytrzasnęła. Bardzo spodobało mi się to, że Guglielmo kochał czytać. Dla niego każda książka była niesamowita, to była jego pasja.

 

„Czytanie jest jak krew w moich żyłach, jak narkotyk i jest... magiczne.”

„Kiedy czytasz, świat przestaje istnieć, możesz udawać, że to, co jest w książce, jest rzeczywistością, albo że rzeczywistość po prostu znika. Możesz być tym, kim chcesz, dobrowolnym bohaterem książki...”

 

Fabuła jest bardzo przereklamowana, powstało o wiele za dużo takich książek, a mnie nie wiadomo dlaczego nadal do nich ciągnie.

Książka jest napisana bardzo lekkim językiem, niezwykle szybko się ją czyta. Nawet się nie dziwię, że nie zauważyłam w całej tej książce ani jednego trudnego wyrazu, gdyż została napisana, gdy autorka miała siedemnaście lat. W tym względzie ją podziwiam, że mimo tak młodego wieku podołała wyzwaniu i napisała przystępną książkę.

Okładka jest całkiem ładna. Załamany, smutny anioł o ciemnych włosach kulący się. To w większej części przez nią przeczytałam tę powieść.

Polecam tą książkę osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z czytaniem i nie mają jeszcze wielkich wymagań co do książek.

 

„Ale nocą...nocą panuje cisza. A cisza jest gorsza niż hałas, który przynajmniej maskuje brzęczenie myśli.”

czwartek, 19 lipca 2012

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Waleczny
Autor: Jack Campbell
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 468
Rok wydania: 2012
Cena: 39,90 PLN
Ocena recenzenta: 4/10

 

Nie ma co ukrywać, że opowiedzenie wiarygodnej (w sensie literackim) historii z rozmachem wymaga miejsca i czasu. Umieszczenie w jednym tomie wszystkich wydarzeń opowiedzianych jak dotąd w czterech tomach „Zaginionej floty” skutkowałoby ogromnym spłyceniem fabuły na rzecz następujących po sobie epizodów, które nie miałyby tak naprawdę zbyt wielkiego odzwierciedlenia na dalszy bieg wydarzeń. „Waleczny” sprawia jednak, że tytułowa zaginiona flota zaczyna wydawać się zaginiona aż nadto.

Nieustające walki z kurczącą się z każdym dniem syndycką flotą nie są dla sił Sojuszu obojętne – szeregi marynarzy kurczą się z zatrważającą prędkością, podobnie jak zapasy w zbrojowni i kambuzach. Priorytetem staje się nie jak najszybszy powrót do sojuszniczych systemów gwiezdnych, a wywalczenie sobie jak największej ilości czasu (którego i tak za wiele nie ma) na najpotrzebniejsze naprawy i uzupełnienie zapasów (grabieżą, jakżeby inaczej). Jednocześnie dopiero teraz wewnętrzna ofensywa wśród oficerów Sojuszu przybierze na sile – Black Jack będzie zmuszony walczyć zarówno z Syndykami, jak i własnymi podwładnymi.

„Waleczny” to jak dotąd chyba najnudniejszy tom z całej „Zaginionej floty” – przed totalną klapą ratuje go tylko kilka epizodów. Epizodów istotnych, jednak na tyle krótkich, że bez najmniejszego problemu mogłyby one stanowić integralną część tomu piątego. W „Walecznym” najmocniej widać, że nastroje będące następstwami niedawnych zwyczajów na polu walki są wciąż żywe przynajmniej w części kadry oficerskiej, która nadal czeka na dogodną okazję, by usunąć Black Jacka ze stanowiska głównodowodzącego flotą. Wydarzenia te pokazują, że historie z poprzednich tomów nie pozostały bez wpływu na teraźniejszość. Jednak zdecydowanie nie jest to taki wpływ, jakiego faktycznie można by oczekiwać – poszczególne tomy łączy tak niewiele, że traktowanie ich jako oddzielnych powieści nie byłoby niczym dziwnym.

Zdawałoby się, że w „Zaginionej flocie” batalie są siłą napędową powieści – nie inaczej. Największy problem stanowi jednak obrany przez Campbella system walki w kosmosie, który może i starczał na dwa – trzy pierwsze tomy. Sęk w tym, że im dalej w las, tym nudniejsze potyczki. A to dlatego, że te sprowadzają się do serii rozkazów, z których niewiele można wywnioskować (a już z pewnością trudno wyobrazić sobie sytuację na polu bitwy) oraz przejść ogniowych, które także nie powalają na kolana swoją dynamicznością i efektywnością. Jednocześnie zaś na światło dzienne zbyt mocno wypływa wątek miłosny między Black Jackiem a kapitan jego okrętu flagowego, Desjani – wiele rzeczy można znieść, ale nie tysięczne podchody przypominające dziwną odmianę zabawy w kotka i myszkę.

Z „Walecznego” bije wszechobecna nuda, przerwana kilkoma krótkimi przerywnikami faktycznie wnoszącymi coś do fabuły. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że czwarty tom sagi jest niepotrzebnym zapychaczem – za mało w nim naprawdę wartościowej treści, by przebijać się przez ponad czterysta stron kosmicznej „Mody na sukces”.

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Do światła
Autor: Andriej Diakow
Wydawnictwo: Insignis
Liczba stron: 326
Rok wydania: 2012
Cena: 34,99 PLN
Ocena recenzenta: 7+/10

 

Dymitr Głuchowski swoim debiutanckim „Metrem 2033” ustawił poprzeczkę bardzo wysoko dla twórców powieści postapokaliptycznych. Z tego powodu nie da się uniknąć porównania książek autorów tworzących w jego uniwersum z pierwowzorem. Jak dotąd do czynienia mieliśmy ze słabym „Piterem”, teraz przyszła kolej na pierwszy tom trylogii, „Do światła”. Jak przygody Tarana i jego podopiecznego będą miały się do wyprawy Artema? O tym poniżej.

Diakow od samego początku rzuca nas w czeluść Sankt Petersburskiego metra – nie zamierza on wprowadzać nas w realia polityczne i administracyjne frakcji powstałych w tunelach po zagładzie na powierzchni. Jest to ważny zabieg, który definiuje sposób prowadzenia fabuły od fundamentów – koncentrować będziemy się tak naprawdę jedynie na postaci Tarana i Gleba, a konkretniej na „niezwykłym” oddziale, jakizostanie poprowadzony w kierunku tajemniczego źródła światła, dostrzeżonego na jednej ze stacji. Dwójka stalkerów dba o własne tyłki, nie mając w głowie planów ratowania metra.

Cel wyprawy grupy stalkerów od samego początku jest owiany tajemnicą, a praktycznie żaden uczestnik podróży nie rozmawia o nim nazbyt chętnie. Jednocześnie wydawałoby się, że wyjście na powierzchnię, by odnaleźć źródło tajemniczych błysków, to głupota i samobójstwo w jednym. Paradoksalnie jednak na powierzchni większe zagrożenie stanowią dla siebie sami stalkerzy niż mutanci. To drugie zagrożenie jest o tyle łatwiejsze do rozpoznania, że preferować będzie raczej frontalny atak, nie zaś czajenie się w tunelach metra (chociaż i tak Sankt Petersburskie metro przy moskiewskim wydaje się oazą spokoju).

Stalkerzy to praktycznie osobny rozdział powieści – Diakow idealnie odcisnął na nich piętno dwóch dekad spędzonych pod ziemią, w nieustannym zagrożeniu. Kilkuosobowa grupka nie będzie zlanym z tłem oddziałem – każdy uczestnik wyprawy diametralnie różni się od reszty i napiętnowany jest innym zestawem cech. Autor jednak rozprawia się z nimi z brutalną skutecznością, ukazując co i rusz bezsensowność wyprawy. Prawdziwe zagrożenie tak naprawdę kryje się przed czytelnikiem od pierwszych stron. I jest to kamuflaż na tyle udany, że wydarzenia opowiedziane w finale wywracają wcześniejszy obraz sytuacji do góry nogami.

W ciekawy sposób przebiega proces rzucenia Gleba – nastolatka żyjącego ideałami – na głęboką wodę. Podczas wyprawy wręcz widać, jakie przemiany wewnętrzne zachodzą w chłopaku i jak bezlitośnie jest on zderzany z tym, co znajduje się na powierzchni. Jednak początkowe poczucie beznadziei Diakow w ostatecznym rozrachunku eliminuje, pokazując, że nawet dwadzieścia lat po apokalipsie nadzieja ma swoje miejsce wśród ludzi

Jak nietrudno się domyślić, mieszkańcy muszą mieć wiarę, by chociaż na chwilę odgonić ponure myśli. I taki element w „Do światła” znajdziemy – w tunelach panoszą się kaznodzieje religii zwanej Exodusem, którzy zwiastują rychłe dotarcie do ziemi obiecanej, wolnej od promieniowania i mutantów. I chociaż owa sekta przez praktycznie większość czasu nie znajdzie dla siebie wiele miejsca w fabule, jej obecność jest tak naprawdę głównym napędem dla niej.

Diakow stworzył świat zewnętrzny, w którym zagrożenie nie czai się za każdym rogiem, jednakże z pewnością jest wyczuwalne – nieuważny krok może okazać się tym ostatnim. I to nie tylko przez mutanty, bo wszechobecne jest tu zabójcze promieniowanie i choroby, roznoszone przez zmutowane owady. Podczas lektury widać jednak, że nie mamy do czynienia z Moskwą – Sankt Petersburg przypomina raczej niewielką wioskę, nie przytłacza swoją wielkością, jak stolica matuszki Rosji. Nawiasem mówiąc, w jednej ze scen można znaleźć ukłon autora w stronę „Władców marionetek” Roberta A. Heinleina – jeden z mutantów będzie praktycznie odzwierciedleniem owych władców.

„Do światła” zmywa niesmak, jaki zostawił Szymun Wroczek za pomocą swojego nudnego i kiepskiego „Pitera”. Andrzej Diakow stworzył dość hermetyczną, jednak wartką i ciekawą powieść, w której wszystko obraca się przeciwko grupie śmiałków. Co i rusz pokazuje on bohaterom tytułowe światło, gdy nie widać już nadziei na pomyślne zakończenie wyprawy, co doprowadza ostatecznie może nie do spektakularnego finału, jednak z pewnością do zaskakującego i satysfakcjonującego końca wyprawy. Owszem, recenzowana powieść nie została napisana z takim rozmachem jak „Metro 2033”, jednakże z pewnością stanowi ciekawą pozycję dla miłośników dobrej postapokalipsy.

Na sam koniec warto wspomnieć, że do powieści „Do światła” dołączona została „Ewangelia według Artema” napisana przez Głuchowskiego – jest to niewielki rozdział rozwiewający odrobinę wątpliwości, jakie pozostawiło marne zakończenie „Metra 2033”. Rozdział ów to jednak raczej zapis wewnętrznych przeżyć Artema niż faktyczne wyjaśnienie białych plam w całej historii. Szkoda, tym bardziej, że oryginalne zakończenie zostało urwane jakby w połowie.

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Odważny
Autor: Jack Campbell
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 478
Rok wydania: 2012
Cena: 39,90 PLN
Ocena recenzenta: 7/10
 


Zakończenie drugiego tomu sagi ostatecznie nie przyniosło zbyt wielkich zmian w fabule, którą poznajemy od chwili, gdy Black Jack wyprowadził z pułapki flotę Sojuszu. Od tamtej pory mieliśmy wgląd głównie w problemy wewnętrzne niedobitków – głównie te wynikające z hierarchii dowodzenia, a także braków w zaopatrzeniu. Wszystko to przecinało kilka mniejszych starć i coraz bardziej absurdalna (lecz skuteczna) taktyka, jaką przyjął komodor. „Odważny” to prawdopodobnie „ostatni” z tomów, który miał za zadanie nakreślić oblicze konfliktu między Sojuszem a Syndykatem i otworzyć wrota do prawdziwej wojny.


Tak naprawdę dopiero pod koniec „Odważnego” flota Geary’ego stanie twarzą w twarz z prawdziwym zagrożeniem. Jak nietrudno sobie przypomnieć, legendarny bohater z pomocą podległych mu statków wygrywał bitwy z niesamowitą wręcz łatwością, prawie nie ponosząc strat i dziesiątkując jednocześnie wrogie szeregi. Dopiero teraz Campbell odziera swojego bohatera z boskości, w jaką zdołał przyoblec go podczas wydarzeń opowiedzianych w „Nieulękłym” i „Nieustraszonym”. I nie było to zadanie trudne – cóż prostszego jest od pozbawienia floty Sojuszu zapasów i „przypadkowego” (przez wyjątkowo dziwny zbieg okoliczności) rzucenia ich przeciwko kilkakrotnie większym siłom przeciwnika? Swoje odegrała tu też zasada „nauki na błędach”, którą Syndycy wcielili w życie.

Geneza konfliktu nadal jest kwestią, jaka spędza komodorowi i jego podkomendnym sen z powiek. Z tomu na tom autor coraz mocniej akcentuje w fabule wątek tajemniczej cywilizacji, która tak naprawdę tylko czeka na dogodną okazję, by zniszczyć ludzkość. I, co gorsza, są to informacje wzięte przez wojskowych za pewne, chociaż opierają się one wyłącznie na czystych domysłach i teoriach, które nie mają nawet najmniejszego potwierdzenia w całej historii.

W „Odważnym” najmocniej widać, jak bardzo Campbell umniejszył kwestię ludzką w porównaniu do „Nieulękłego” – przedtem czytelnik naprawdę wiedział, że Black Jack ma pod komendą ludzi wykonujących rozkazy i ginących w jego imieniu. Recenzowana pozycja spłyca czynnik ludzki wręcz do statystyki. Kilka sytuacji, które miały prawdopodobnie to wrażenie zetrzeć, bardzo dobrze wpasowuje się w słowa: „Jedna śmierć to tragedia, milion - to statystyka”. Podczas lektury „Odważnego” można odnieść wrażenie, że więcej znaczy śmierć jednostki niż całej grupy marynarzy.

„Odważny” jest tomem sagi, w którym bardzo duży nacisk autor położył na relacje interpersonalne między oficerami floty, a także członkami załogi okrętu flagowego. Nie sposób nie odnieść jednak wrażenia, że wątki te zaczynają być wypełniaczem treści, do minimum ograniczającym ilość dynamizmu w fabule. Jeśli ich natężenie utrzyma się w dalszych tomach, będzie można bez ogródek stwierdzić, że „Moda na sukces” przeniosła się w realia militarnej space opery.

Na plus należy jednakże zaliczyć Campbellowi umiejętność posługiwania się informacjami, które przedstawił w przeszłości czytelnikowi. Dokładniej rzecz biorąc, autor „Odważnego” bardzo dobrze radzi sobie z selekcją informacji z poprzednich tomów. W rezultacie sytuacja w próżni jest łatwa do zrozumienia, bez potrzeby analizowania setek wątków i wydarzeń z przeszłości. Sprawia to, że „Odważnego” można czytać bez znajomości poprzednich dwóch tomów, chociaż nie jest to wskazane.

Przewidzenie dalszych losów floty Sojuszu jest raczej łatwe, ale niezwykle trudno wybiegać w przyszłość dalej niż kilka tygodni. Sytuacja – jak to na wojnie – zmienia się z każdą chwilą, a obie strony konfliktu tylko czekają, aby wykorzystać najmniejszy błąd przeciwnika i zyskać przewagę. „Odważny” przypomina rozwleczenie wątków stworzonych przy okazji dwóch poprzednich tomów, jednak wszystko wskazuje na to, że „idzie ku lepszemu”. Czyli krótko mówiąc, większej rozróbie!

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: BRZK
Autor: Michael Grant
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2012
Cena: 37,80 PLN
Ocena recenzenta: 7/10

 

Michael Grant jako autor zdołał sobie w Polsce (za pomocą serii „GONE. Zniknęli”) wyrobić markę autora wiedzącego, o czym pisze, i nie uważającego swoich czytelników za pozbawione gustu kreatury o inteligencji ameb. Jednak wspomniana seria nie była specjalnie innowacyjna – to wszystko gdzieś już było, chociaż w trochę innej formie. „BZRK” to kolejna pozycja Granta wydana w kraju nad Wisłą. Co kryje się za tajemniczym czteroliterowym skrótem?

W ogólnym zarysie „BZRK” to jedna z dwóch organizacji (ta „dobra”) walczących o losy świata. Brzmi znajomo? Nie inaczej. Jednakże Grant nie przeniósł konfliktu w skali światowej na anachroniczne pole bitwy ani do sieci. Głównym narzędziem działań zbrojnych w „BZRK” jest nanotechnologia. A konkretniej: nanoboty po stronie tych złych oraz bioty (coś jak cyborgi w skali nano czy po prostu nanoboty z ludzkim DNA) po stronie tytułowego BZRK. Z pozoru tak niewielkie jednostki nie są w stanie wywierać realnego wpływu na wydarzenia w świecie makro. Sęk jednak w tym, że potrafią dowolnie manipulować połączeniami neuronów w ludzkim mózgu.

Chociaż „BZRK” to dopiero otwarcie serii, autor żongluje wątkami fabularnymi nieco niechlujnie. Na samym początku nawet nie próbuje naprowadzić czytelnika na prawdziwą skalę konfliktu, a opisuje tylko z pozoru „normalne” wydarzenia. W tym miejscu pojawia się całkiem sporo informacji i osób, które później zostaną wspomniane mimochodem lub w ogóle zapomniane. Proces ten zachodzi przez całą książkę – Grant zdecydowanie zbyt mocno pozwala pędzić historii własnym torem, nie modelując jej za pomocą wcześniej nakreślonych wydarzeń.

Główni bohaterowie to dość nietypowy element powieści. Nietypowy głównie z tego powodu, że autorowi nie udało się stworzyć przekonujących, ciekawych postaci pierwszoplanowych. Zdołał jednak zapełnić drugi plan plejadą charakterystycznych, wręcz humorystycznych postaci, niekiedy wyglądających jak rodem z taniego komiksu (jak chociażby cyngiel na usługach BZRK). Paradoksalnie, dużo większą sympatię można odczuć właśnie dla wszystkich bohaterów poza dwójką nastolatków, którzy w pewnej chwili zaczynają grać pierwsze skrzypce w symfonii chaosu i zniszczenia.

„BZRK” nie powala na kolana. Docenić należy jednak oryginalną, wykreowaną przez autora wizję walki o władzę nad światem, a także poważne potraktowanie tematu (chociaż w książce trudno doszukiwać się elementów naukowych). Grant pozwala sobie na sporą dawkę bezpardonowości, traktując młodego czytelnika „po dorosłemu” – jest to o tyle ważne, że wielu autorów tego typu książek tworzy od linijki nudne i naiwne powieści, które nie mają wiele wspólnego z dobrą historią. Michael Grant zaś po raz kolejny obronił się przed oskarżeniami o właśnie takie bezczelne wyciąganie pieniędzy z kieszeni, tworząc powieść ciekawą i zgrabną, nawet jeśli momentami nudnawą.

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Wśród zdradzonych/Wśród notabli

Autor: Margaret Peterson Haddix
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 384
Rok wydania: 2012
Cena: 35,00 PLN
Ocena recenzenta:
7/10

 

Zakończenie poprzedniego tomu serii „Wśród oszustów” było dość hermetyczne – nic nie wskazywało na istnienie ciągu dalszego, a także nie wywoływało nieodpartej chęci poznania dalszych losów znajomych nam bohaterów – dwójka zdrajców została wykryta i aresztowana, i to mogłoby zakończyć problemy tak zwanych „trzecich dzieci”. Trzeci i czwarty tom „Dzieci cieni” stanowi kontynuację wątków z dwóch poprzednich tomów, które przedtem były wspominane raczej mimochodem. 

„Wśród zdradzonych” to przedłużenie historii poznanej w poprzedniej części cyklu Niny, jednej ze zdradzieckiej dwójki wydanej Policji Populacyjnej. Od samego początku czytelnik jest przeciwstawiany uczuciom, które targają dziewczyną – najpierw będzie to dla niej tylko zły sen, mający niedługo się skończyć, później zaś, gdy uświadomi sobie, że cały jej dotychczasowy świat runął, nastąpi walka o przetrwanie. Dopiero „Wśród notabli” stanowi przedłużenie głównego wątku przewijającego się przez całą serię, a będzie to epizod o tyle niezwykły, że Lee Grant znajdzie się na terytorium wroga – i to dosłownie. Poskutkuje to zdobyciem informacji, które całkowicie zmienią jego sposób postrzegania notabli.

Mimo ciekawego stylu prowadzenia akcji Haddix ma wyraźne problemy z nadaniem jej dynamiczności. Fabuła obu tomów przypomina raczej zbiór epizodów z życia głównych bohaterów, które połączone są sobą za pomocą niedługich fragmentów, nadających im wrażenie spójności. Im dalej, tym mocniejsze jest uczucie przeskakiwania między scenami.

Podczas lektury nie można jednak nie odnieść wrażenia, że autorka celowo upraszcza i upiększa świat książki. W efekcie poczucie zagrożenia, chociaż istnieje, jest raczej odległe i niezbyt realne – Policja Populacyjna, chociaż powinna zawisnąć nad ściganym delikwentem niczym widmo, jest raczej straszakiem przed „niepożądanymi” zachowaniami.

Mimo to trzeba przyznać, że autorka w dość ciekawy sposób żongluje punktami zwrotnymi fabuły – podczas lektury czytelnik otrzymuje kilka porcji informacji, które diametralnie się od siebie różnią i co chwilę zmieniają obraz całej historii. Nawet po poznaniu finału „Wśród notabli” nie można być pewnym, co jest kłamstwem, a co prawdą.

„Wśród zdradzonych/Wśród notabli” to nadal niezła antyutopijna seria dla młodzieży – chociaż niebezpiecznie blisko jej do paru innych tego typu cykli, jak choćby „GONE” Granta, to autorka nadal ratuje się przed zarzutami o plagiat za pomocą kilku własnych pomysłów na kreację własnej wizji społeczeństwa przyszłości. „Dzieci cienie” to lektura raczej dla mało wymagających czytelników – nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by traktować ją jak lekkie czytadło.

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Diablo 3: Zakon
Autor: Nate Kenyon
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 496
Rok wydania: 2011
Cena: 39,00 PLN
Ocena recenzenta: 1/10

 

Standardowa gra z gatunku hack‘n’slash wygląda mniej więcej tak: „klik-klik-klik-klik-klik-klik-klik-klik-potion-klik-klik-klik-potion-klik-klik-klik-no ile można-klik-klik-escape-load-klik-klik-klik-klik-klik-klik-klik-klik-klik, hop do kupca-klik” i tak dalej. Wydawałoby się, że fabuła stanowi raczej spoiwo, które łączy ze sobą poszczególne etapy i uzasadnia przebijanie się przez kilometry jaskiń najeżonych przeciwnikami. Trudno wyłuskać z takiej gry tyle materiału, by przenieść ją na papier? Nic bardziej mylnego – seria gier „Diablo” dostarcza go aż zbyt wiele. Sęk w tym, że trzeba go należycie  wykorzystać.

Głównym bohaterem „Zakonu” jest bardzo dobrze znany graczom Deckard Cain, ostatni z potężnego niegdyś zakonu Horadrimów, starożytnego bractwa utworzonego tylko po to, by walczyć ze złem. I to ze złem w swojej najgorszej postaci – plugastwem z piekła rodem, nie zaś z drobnymi przestępcami, jakich pełno w całym Sanktuarium. A sprawa jest poważna – zbyt wiele znaków zwiastuje ponowne nadejście Władcy Piekieł, który rozpoczął zbieranie swoich zastępów, by zalać nimi niedobitki ludzkich obrońców.

W założeniach „Zakon” miał być przedłużeniem historii opowiedzianej w dwóch częściach „Diablo”. Jednak to tylko złudzenie – podczas lektury od razu widać, że najmocniejszym fundamentem historii opowiedzianej w „Zakonie” jest fabuła pierwszej części gry. We wspomnieniach Caina pojawiają się obrazy Tristram na skraju upadku. Epizody z „Diablo II” są już tylko wybiórcze. Co cechuje jednak oba te elementy? Niesamowita wręcz ingerencja Kenyona w ich wydźwięk i stworzenie właściwie nowych dziejów Sanktuarium, które nijak mają się do tego, co znamy z monitora.

Podczas lektury niesamowicie irytuje mnogość białych plam, które w fabule „Zakonu” napotykamy właściwie na każdym kroku. Już pierwszy epizod rzuca nas na głęboką wodę, a autor odcina czytelnika w każdym stopniu od wydarzeń, które doprowadziły Deckarda i jego towarzysza w obecne miejsce. W końcu co dziwnego jest w poszukiwaniu chronionych potężną magią ruin na samym środku pustyni, nawet gdy nie wie się, co ostatecznie można w nich znaleźć? To tylko przykład kolejnych braków i udziwnień w historii, bo tych znaleźć można zdecydowanie więcej. Kenyon praktycznie na każdym kroku każe budować obraz przeszłości na podstawie bardzo oszczędnych skrawków fabuły, które rzuca nam w formie wizji Caina czy dialogów między nim a tajemniczą Leą, dziewczynką stanowiącą klucz do powstrzymania ciemności przed powrotem.

Poważne braki w całej historii można by wybaczyć, jeśli lektura byłaby płynna. A tak nie jest – cały „Zakon” sprawia wrażenie zapisu kiepskiej sesji gry fabularnej, której scenariusz niezbyt lotny Mistrz Gry wymyślał na bieżąco. Praktycznie żaden epizod nie pasuje tutaj do układanki. W efekcie „Zakon” wygląda jak zbiór krótkich opowiadań pisanych przez różnych autorów, którzy tworzyli według bardzo ogólnych wytycznych i nie mieli okazji ze sobą współpracować w żaden sposób.

Relacje między bohaterami nie istnieją. Do samego końca lektury nie sposób określić, jaką więź nawiązuje Deckard ze swoją młodą podopieczną, a także z mnichem, który w pewnym momencie postanawia im towarzyszyć, wiedziony dość niezwykłymi powodami. Wszelkie dialogi są pozbawione najmniejszych okruchów emocji, stanowią raczej sztywną, drętwą zbieraninę poleceń i próśb, które pozwalają kompanom funkcjonować w miarę normalny sposób.

Nie ma co ukrywać - „Zakon” to książka, która  ma wyciągnąć od fanów dodatkowe  pieniądze. Powieść zbyt mocno wypacza obraz, jaki poznaliśmy podczas wirtualnej rozgrywki, jest także nudna i kiepska. Ostatni gwóźdź do trumny to fabuła poszatkowana na kilka epizodów, niemających ze sobą praktycznie nic wspólnego. „Zakon” to pozycja tylko dla absolutnych maniaków „Diablo”, którzy muszą znać każdy centymetr kwadratowy świata Sanktuarium.

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Wyrzutki

Autor: John Flanagan
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 439
Rok wydania: 2012
Cena: 37,00 PLN
Ocena recenzenta: 4+/10
 

 

Serię „Zwiadowców” można było od biedy nazwać nowatorskim fantasy – nieczęsto do czynienia mieliśmy z tekstami, gdzie główny bohater nie tak dawno miał jeszcze mleko pod nosem, a na dodatek woli wykorzystać głowę, miast wpadać we wrogie szeregi i kosić wrogów za pomocą dwumetrowego miecza niczym rolnik zboże na dożynkach. Kwestią czasu było pojawienie się osobnej sagi rozgrywającej się w tym samym świecie, co wcześniej wspomniana saga – czyli tak zwane „odcinanie kuponów”.

Hal Mikkelson to postać, która będzie nam nieustannie towarzyszyć przez całe „Wyrzutki” – wpierw poznamy jednak losy jego ojca, który zginął podczas wyprawy łupieżczej. Jak ten fragment odnosi się do całej fabuły – tego nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że najważniejsze wydarzenia, które doprowadziły przyjaciela ojca Hala do moralnego upadku zostają przemilczane, a wszelkie pytania zbywane półsłówkami. Sensu całej powieści domyślić się nietrudno na podstawie chociażby lektury tekstu z tyłu okładki – Hal wraz ze swoją niezbyt silną drużyną staje do rywalizacji. W porównaniu do dwóch pozostałych drużyn stoi on na z góry przegranej pozycji, przez co jest zmuszony do wykorzystania talentów innych, niż siły fizycznej. „Wyrzutki” najłatwiej porównać do „Ruin Gorlanu”, pierwszego tomu „Zwiadowców” – obie książki cechuje bardzo duże podobieństwo.

Powiązania trylogii „Drużyna” ze „Zwiadowcami” są bardzo niewielkie. Tak naprawdę jedyne cechy wspólne to Skandia, gdzie rozgrywa się fabuła, oraz postać Erraka znanego nam ze „Zwiadowców”. Jednakże brak jakichkolwiek informacji na temat wydarzeń poza Skandią nie pozwala w żaden sposób umiejscowić „Wyrzutków” chronologicznie względem przygód Willa i Hala.

Początek właściwej historii opowiedzianej w „Wyrzutkach” jest wstępem dennym, wręcz wymuszonym – Flanagan przeciwstawia Hala wcześniej wspomnianemu przyjacielowi jego ojca, Thornowi, który po utracie ręki stał się zwykłym pijaczyną, którego obraz wyparł w rodzinnej wiosce jego dawne dokonania. Próba zbudowania przekonującej wewnętrznej przemiany w kalekim wojowniku wypada śmiesznie – ta po kilkunastu latach następuje dosłownie w pięć minut, pod wpływem krótkiej rozmowy (tak, jakby ktoś w końcu zdecydował się z nim pogadać, a ten przestał udawać, iż jest ofiarą losu).

Praktycznie cała fabuła „Wyrzutków” przedstawiona zostaje w momencie, gdy czytelnik dowiaduje się więcej na temat czekających młodzików prób. Flanagan idealnie wpasowuje się w utarty schemat – drużyna Czapli nie może nieustannie wygrywać, nieraz dostanie też tęgie lanie, niemniej zbyt często będą oni wyprzedzali inne drużyny o przysłowiowy włos, by potraktować to jako nieprzewidywalność.

Najbardziej nużąca jest jednak bezcelowość, jaka wręcz przyświeca głównym bohaterom w całej powieści. Przygotowania są tak naprawdę tylko pretekstem do opowiedzenia właściwej historii, ta jednak przez autora została nakreślona w sposób wręcz znikomy – całość opiera się na paru niewielkich scenach, z których więcej wynika wnioskowania, niż przedstawionych rzetelnie faktów.

Wyraźnie zaznaczyć należy jednak, że „Wyrzutki” w miły sposób odcinają się od innych tego typu powieści młodzieżowych. Gdzie widać największe różnice? Głównie w sposobie prowadzenia fabuły oraz relacjach między uczestnikami zawodów. Flanagan nie pisze od linijki (chociaż pewną schematyczność tutaj widać), a rozmowy i reakcje zawodników są naturalne, nie zaś na siłę pozorowane. Szczególnie ta ostatnia przypadłość jest bardzo mocno widoczna w innych powieściach fantasy dla młodzieży.

Nie ma co ukrywać, że „Wyrzutki” to odcinanie kuponów od sukcesów „Zwiadowców” – prawie jakikolwiek brak powiązań ze wcześniejszą sagą potwierdza tylko przypuszczenia, że nowa trylogia ma być tylko tłem dla krótkiej historii, jaka najwyraźniej nie znalazła swojego miejsca dla młodego zwiadowcy. Jednak chociaż całą powieść cechuje nuda i niekiedy sztuczność, Flanagan po raz kolejny pokazał, że potrafi stworzyć coś odmiennego od innych twórców. I nie chodzi tu bynajmniej o fabułę, bo podobny schemat jest stosowany dość często, a o klimat, jaki obecny jest w książce. Podczas lektury naprawdę nie można mieć wrażenia, że autor pisał dla osoby pozbawionej gustu i funkcji myślowych, co zdecydowanie należy zaliczyć mu na plus w morzu wszechobecnej grafomanii adresowanej do młodszego czytelnika.

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

 

Tytuł: Ognisty tron
Autor:
Rick Riordan
Wydawnictwo
: Galeria Książki
Ilość stron:
480
Rok wydania:
2011
Cena:
36,90 PLN
Ocena recenzenta:
8/10

 

Poprzedni tom cyklu, „Czerwona piramida”, wprowadził czytelników w rzeczywistość, która przeplata się z magią i mistycyzmem starożytnego Egiptu. Książka stanowiła jednocześnie zapis nagrania, w którym narratorami było młode rodzeństwo, Carter i Sadie. W „Ognistym tronie” mamy okazję zaobserwować następstwa wydarzeń, jakie zostały opowiedziane w zakończeniu pierwszego tomu „Kronik rodu Kane”.

Fabuła „Ognistego tronu” prawie w całości obraca się wokół próby powstrzymania ogromnego węża, Apopisa, przed wydostaniem się z jego więzienia na świat i rozpętaniem apokalipsy. Aby tego dokonać, główni bohaterowie będą musieli stawić czoła nie tylko poplecznikom Apopisa, ale także pozostałej części egipskiego panteonu i magom, którzy, widząc w nich zdrajców, za wszelką cenę chcą dostać rodzeństwo w swoje ręce.

W porównaniu do poprzedniej części fabuła nie tylko nie straciła nic na swojej dynamice, ale nawet sporo zyskała dzięki „upchnięciu” przez autora jeszcze większej ilości „niezwykłości” między przysłowiowymi wierszami. Stąd też wraz z głównymi bohaterami będziemy mieli okazję przenieść się bezpośrednio do świata bogów, w którym rodzeństwo będzie miało niewiele czasu na podjęcie niezwykle ważnych decyzji. Powieść raczy również czytelnika dużo większą dawką komizmu, jaki towarzyszy chociażby nowemu bohaterowi – pewnemu karłowatemu bogowi, który preferuje dość nietypowy sposób walki…

Wyraźnie spoważniały też relacje interpersonalne, choćby między Carterem a Sadie – w poprzednim tomie były one wręcz infantylne, tym razem jednak widzimy, że rodzeństwo mocno wydoroślało, chociaż Sadie nadal jest postacią wykreowaną na wyrost – zachowuje się jak szesnastolatka, mając tak naprawdę lat dwanaście. Jednak zdecydowanie nie jest to wada, która przeszkadzałaby w odbiorze książki.

„Ognisty tron” to naprawdę dobre rozwinięcie „Kronik rodu Kane”. Poziom nie uległ obniżeniu (co w fantastyce zdarza się nagminnie), wręcz przeciwnie, pod wieloma względami tom drugi oferuje więcej niż pierwszy, pozbawiony jest także kilku dość sporych bolączek, które towarzyszyły „Czerwonej piramidzie”.

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Ostatnia Awatara
Autor: Olgierd Dudek
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 313
Rok wydania: 2009
Cena: 29,90 PLN
Ocena recenzenta: 0/10

 

Wyprawy krzyżowe to burzliwy okres w historii ludzkości. W końcu cóż było bardziej chwalebnego od marszu z pieśnią na ustach „Bij, bij poganina!” na krwiożerczych innowierców, którzy nie wyściubiali nosów ze swoich ziem? Można by tu niejedną epicką sagę osadzić.

Życie (i skrytobójcy) zmusiło Tomasza z Akwitanii do opuszczenia bezpiecznych murów zamku i wyruszenia na jedną z wypraw krzyżowych. Jednym z powodów był zapewne nieudany zamach na jego życie. Próba zabójstwa za pomocą kuszy w ciemnym korytarzu jest rzeczą iście piękną i finezyjną, gdyby nie problem z celnością. Przeładowanie kuszy trwało dość długo, a tajemniczemu skrytobójcy udało się to osiągnąć w kilka sekund w całkowitych ciemnościach.

Powyższa sytuacja nie jest jedynym elementem, którzy zgrzyta w całości. Niestety, ale pod względem odwzorowania realiów historycznych i spójności fabuły książka wygląda tak, jakby pisało ją kilkanaście osób, niezależnie od siebie. Wszystko to zaś okraszone jest dozą tajemniczej magii, która już po kilku stronach staje się wyjątkowo nielogiczna dla czytelnika, zaś jej dalsze występowanie w tekście zamienia przyjemność płynącą z lektury w tortury. Na dodatek Tomasz jest paladynem i rycerzem, który miał nieść pomoc słabszym, a zdaje się przez większość czasu myśleć tylko o ratowaniu własnego tyłka.

Zazwyczaj połączenie realiów epoki historycznej z fantastyką skutkuje ciekawymi i poczytnymi książkami. „Ostatnia awatara” taką pozycją mogłaby być, bo jest napisania może nie najlepiej, ale ogółem da się czytać ją bez większych bólów. Całość psuje jednak jakość wykonania i tragiczne odwzorowanie średniowiecza ze wszystkimi szczegółami i niesamowicie „zakręcona” fabuła, gdzie właściwie co chwila znajdujemy się w innym miejscu i w innej sytuacji, aż w końcu tracimy jakąkolwiek ciągłość fabularną. O ile pomysł był dobry, o tyle jakość wykonania woła o pomstę do nieba.

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód - Zachód
Autor: Robert M. Wegner
Wydawnictwo: Powergraph
Ilość stron: 680
Rok wydania: 2010
Cena: 34,00 PLN
Ocena recenzenta: 10/10

 

Opowieści z meekhańskiego pogranicza ciąg dalszy. Tym razem autor rzuca czytelnika na wschodnie i zachodnie ziemie królestwa, by tam zapoznać czytelnika z nowymi postaciami, jak i pewnymi starymi znajomymi (kto czytał pierwszą część serii, wie o co chodzi). I znowu widzimy tu utarty schemat, jaki towarzyszył poprzedniemu tytułowi. Z jednej strony formacja wojskowa walcząca z nieprawością i zepsuciem, z drugiej losy pojedynczego człowieka. A konkretnie złodzieja, który swoim zachowaniem cholernie przypomina rozterki Yatecha.

Na wschodzie będziemy mieli okazję obserwować działania bojowe jednego z czaardanów pod wodzą byłego generała Laskolnyka. Wegner już przy tworzeniu przygód Szóstej Kompanii Górskiej Straży pokazał, że pokazanie codziennego życia żołnierzy, którzy robią wszystko poza stacjonowaniem w koszarach idzie mu perfekcyjnie. Nie powinno więc dziwić, że poznawanie dalszych losów ludzi Laskolnyka przynosi samą przyjemność. Zaś po stronie królestwa, gdzie słońce zachodzi, zagłębimy się w losy pewnego złodzieja imieniem Altsin. Postaci o tyle niezwykłej, że pomimo parszywej profesji zachowała honor (a przynajmniej ten złodziejski honor) i nie myśli tylko o ulżeniu kolejnym szlachcicom w noszeniu ich przyciężkawych sakiewek wypełnionych złotem i klejnotami.

Problemy w tym wszystkim są dwa. Pierwszy to brak jakiejkolwiek złej postaci jako głównego bohatera. Przyznam szczerze, że niezmiernie ciekawie czytałoby mi się losy jakiegoś sukinkota osadzonego w dowolnej „powieści”. A tak mamy do czynienia z bohaterami, którzy w jednej części są obrzydliwie dobrzy i szlachetni (z małym wyjątkiem), w drugiej zaś tylko dobrzy i szlachetni.

Drugi problem to macosze podejście do szczegółów świata. Owszem, opisy większych połaci ziemi są naprawdę miłe oku i wyczerpujące, jednak autor rzadko opisuje drobne szczegóły tak, by czytelnik mógł poczuć się niczym w średniowiecznej brudnej i cuchnącej karczmie.

Jeśli jednak weźmiecie poprawkę na to, że jestem zagorzałym fanatykiem średniowiecza, owe błędy raczej błędami nie są, zaś cała książka po raz kolejny jest jak najbardziej warta polecenia. Już długo nie było na naszym rynku tak dobrej pozycji fantasy, w której magia nie gra głównej roli, a spoczywa gdzieś z boku, grzecznie czekając na swoją kolej! POLECAM!

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Puszcze Milczenia
Autor: Emily Rodda
Wydawnictwo: Egmont
Ilość stron: 171
Rok wydania: 2012
Cena: 14,99 PLN
Ocena recenzenta: 7/10

 

Stworzenie fantasy, które przystosowane poziomem byłoby zarówno do młodego czytelnika, jak i starszego, zatwardziałego weterana gatunku sprawą łatwą nie jest, a potencjalny autor takiego tytułu musi iść na wiele ustępstw i uproszczeń. Jak wygląda ta kwestia z „Puszczami Milczenia”, pierwszym tomem ośmiotomowej sagi „Pas Deltory”?

Nie ma co ukrywać, że fabuła jest czymś doskonale znanym starszym czytelnikom – królestwu za siedmioma górami i lasami zagraża Władca Ciemności, który zdołał pozbawić ludności jedynego przedmiotu, który mógł pomóc im walczyć z najeźdźcą – Pasu Deltory, legendarnego artefaktu. Pomóc w jego odzyskaniu może tylko syn przyjaciela dawnego księcia (później zaś króla), a cała sprawa nie będzie łatwa chociażby ze względu na fakt, że Władca Ciemności wcale nie zamierzał ułatwiać swoim oponentom zadania w odszukaniu siedmiu klejnotów nadających Pasowi jego moc.

W całej fabule jest wiele skrótów i uproszczeń – autorka rzuca nas w wir wydarzeń, nim wątek podróży zdąży się porządnie rozkręcić. Na próżno szukać tu też momentów budowania napięcia – kolejne epizody następują wręcz jeden po drugim, wpływając wyraźnie na dalsze wątki (widać to aż zbyt mocno). Zakończenie nietrudno jest przewidzieć, jednak jest w nim coś, co sprawia, że czytelnik chce kontynuować lekturę – mimo schematyczności i przewidywalności finałowej sceny i wyraźnego ukazania scenariusza, gdzie dobro jak zwykle zwycięża.

Niewiele można powiedzieć jednak o samych bohaterach po jednym (niewielkim) tomie – tak naprawdę żadnego z protagonistów nie uświadczymy w książce na dłużej, trudno więc wypowiadać się na temat jakości ich kreacji. Ta z pewnością zdąży się wyklarować wraz z postępami w lekturze dalszych tomów sagi, pierwszy tom w tej sferze nie mówi czytelnikowi absolutnie nic.

Mimo iż książka przeznaczona jest dla dość młodego odbiorcy (co widać w wielu momentach), kilka scen jest skierowanych raczej dla bardziej dojrzałego czytelnika – w efekcie trudno orzec, dla kogo tak naprawdę pisała autorka, bo wbrew pozorom „Puszcze Milczenia” mimo powierzchownej cukierkowatości są mroczne i bezlitosne.

„Puszcze Milczenia” to dobry wstęp do dalszych tomów sagi, który dopiero otwiera drogę do iście epickiego rozwinięcia zapoczątkowanych wątków fabuły. Tom ten z powodu swojej niewielkiej objętości niewiele wnosi dla starszego czytelnika, jeśli jednak potraktujemy go jako obszerny wstęp, jak najbardziej spełnia on te założenia. Młodszy czytelnik zaś powinien być zadowolony tym bardziej, gdyż wszelkie uproszczenia i schematy nie będą razić go w oczy. Nawet brutalność książki jest przedstawiona w sposób raczej umowny, który nie powinien przerażać, jednak w pewnym momencie dość mocno kontrastuje ona z sielankowymi początkowymi scenami.

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Pufcio
Autor: Tomasz Bochiński
Wydawnictwo: Almaz
Ilość stron: 142
Rok wydania: 2011
Cena: 34,90 PLN
Ocena recenzenta: 7/10
Pierwszy kontakt z „Pufciem” kończy się tym, że rzekomy Pufcio chce aż wydłubać potencjalnemu czytelnikowi oczy swoją infantylnością i ewidentnym przystosowaniem się do poziomu odpowiadającego najmłodszemu czytelnikowi. W czasie lektury jednak te różnice się zacierają, a finalnie tak naprawdę nie wiadomo, do kogo ostatecznie chciał skierować autor swoje dzieło.

Pufcio jest Potworem (a konkretniej małym smokiem. Nawet bardzo małym w odniesieniu do reszty jego potwornej rodziny). Nie przeszkadza mu to jednak w zawieraniu dość niezwykłych przyjaźni (zarówno w ludzkim, jak i mniej ludzkim świecie). Pierwsza jego wyprawa, na której pozna Dziewczynkę, będzie miała dość niezwykły przebieg – tam, gdzie Greenpeace nie mógł (a nawet Grinpis w interpretacji autora), pomoże trzyosobowe komando w postaci Potwora, Dziewczynki i pewnego kota. Kolejne przygody małego smoka

Z „Pufcia” wręcz bije bajkowość i uproszczenia, co dziwić nie powinno. Jednak jak już wspominałem, pozostawienie młodego czytelnika fantastyki samemu sobie może skutkować sporym niezrozumieniem tekstu. A wszystko to przez mnogość odwołań autora do naszej społeczności („Gazeta Wyborna” czy właśnie „Grinpisy” to tylko najbardziej rzucające się w oczy przykłady). Wszystko to jednak zgrabnie zostało wplecione w „bajkowość” świata, sprawiając, że „Pufcio” to lektura nie tylko dla najmłodszych.

Wydanie książki jest całkiem niezłe – nietypowy format, duża czcionka i mnogość czarno-białych ilustracji ułatwiają lekturę. Przyczepić można się jednak do minimalistycznych, wręcz ascetycznych ilustracji, których jest tu w nadmiarze, jednak nie za wiele w nich „uroku”. Co więcej, sam Pufcio został przedstawiony w tak wielkim uproszczeniu, że niekiedy naprawdę ciężko patrzeć na ilustracje bez jednoczesnego skrzywienia się.

„Pufcio” stanowi całkiem ciekawą propozycję – z jednej strony (w dużym stopniu) nadaje się dla dzieci, z drugiej zaś odwołania do polskiej rzeczywistości (ironiczne odwołania, co należy wyraźnie podkreślić) sprawiają, że w lekturze odnajdzie się także starszy czytelnik. Zaś same przygody małego smoka – chociaż naznaczone wyraźnie schematycznością i uproszczeniami – także mogą bawić.

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Post-Mortem - czyli w związku ze zgonem

Autor: Filip Dąb-Mirowski
Wydawnictwo: virtualo.pl, wydaje.pl
Ilość stron: 84
Rok wydania: 2012
Cena: ~4,00 PLN
Ocena recenzenta: 7/10

 

Temat śmierci nie jest specjalnie popularnym tematem, który poruszają autorzy – może dlatego, że w naszym społeczeństwie głośne mówienie o niej nadal nie należy do rzeczy pożądanych. Szlaki te przetarł w polskiej fantastyce m.in. Łukasz Śmigiel w swoim „Decathexisie”, czyniąc ze śmierci element życia codziennego. Nieco inaczej podchodzi do tego zagadnienia autor „Post-Mortem…”.

Społeczeństwo już w chwili urodzenia dzielone jest na swoiste „kasty” – w chwili narodzin odpowiedni urzędnicy za pomocą ezoteryki określają moment śmierci delikwenta, wraz z podaniem dokładnej jego przyczyny. Stąd ci, którym dane jest żyć krótko są swojego rodzaju odrzutami, trzymającymi się na uboczu społeczeństwa. Z góry wiedzą, że nie dane im będzie osiąganie sukcesów m.in. na drodze zawodowej. Co ciekawe, istnieje nawet specjalny urząd, który ma regulować kwestie śmierci – jest ona nadzorowana przez oddelegowanego do tego celu urzędnika, zaś mieszkanie i rzeczy przyszłego trupa są zawczasu rozdzielane między potrzebujących.

Podczas lektury dość mocno rzuca się w oczy połączenie dwóch całkowicie odmiennych światów – technologii i wcześniej wspomnianej ezoteryki. Ta pierwsza pomaga w codziennym życiu, jednak jest tylko tworem podrzędnym do tworu, który w przeszłości określany był mianem pogańskich zabobonów. Nie można jednak powiedzieć, by oba te elementy zostały w tekście mocno zarysowane – stanowią raczej integralną część tła, a sam autor nie wnika w szczegóły działania technologii, jednakże ezoteryka jest opisana już całkiem nieźle – bez niepotrzebnego zagłębiania się w szczegóły, jednakże też nie zostawia czytelnika samego sobie w tej kwestii.

Fabularnie jednak nie można wspomnieć, aby „Post-Mortem…” zaskakiwało – cała fabuła sprowadza się do łatwego do przewidzenia zakończenia, w którym nawet ostatnie linijki – choć rzekomo miało być inaczej – nie zaskakują. Motyw ten był już w literaturze wykorzystywany zbyt często, aby nadal szokował. Niemniej niektórym czytelnikom powinien się on podobać.

Trudno nazwać „Post-Mortem…” wyjątkowo udanym tekstem, nie da się jednak ukryć, że w napływie twórczości, którą można określić jako „bardzo” amatorską, wybija się on ponad przeciętność. Autor przedstawia swojemu czytelnikowi jedynie swój pomysł, nie próbując go za wszelką cenę udziwnić i lawirować fabułą, by ta sprawiała wrażenie głębszej, niż jest w rzeczywistości. Niemniej jest to pozycja, z którą warto się zapoznać.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
| < Kwiecień 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Zakładki:
Antologia opowiadań
Aaronovitch Ben
Abraham Daniel
Adrian Lara
Aguirre Ann
Akab Alan
Andersen Kenneth B.
Anderson Poul
Andrews Ilona
Angelini Josephine
Anthony Piers
Antosik Adrian K.
Armstrong Kelley
Arthur Keri
Auel Jean M.
Aycliffe Jonathan
Bacigalupi Paolo
Baggott Julianna
Beagle Peter S.
Beaulieu Bradley P.
Beckett Bernard
Belitz Bettina
Białołęcka Ewa
Bishop Anne
Black Holly
Bochiński Tomasz
Bradbury Ray
Bradley Marion Zimmer
Brett Peter V.
Briggs Patricia
Brooks Terry
Brzezińska Anna
Burke Kealan Patrick
Burtenshaw Jenna
Butcher Jim
Cabot Meg
Campbell Jack
Campbell Ramsey
Canavan Trudi
Card Orson Scott
Carey Jacqueline
Carey Mike
Carriger Gail
Carroll Lee
Cashore Kristin
Cast P. C.
Cetnarowski Michał
Chadbourn Mark
Chadda Sarwat
Chapman Stepan
Charlton Blake
Chattam Maxime
Cherryh J. C.
Cholewa Michał
Cichowlas Robert
Clare Cassandra
Collins Nancy A.
Collins Suzanne
Connolly John
Cook Glen
Cooper Elspeth
Cornwell Bernard
Cronin Justin
Curley Marianne
Cyran Janusz
Ćwiek Jakub
Červenák Juraj
Davidson Mary Janice
Dąb-Mirowski Filip
De Spirito Dorotea
Deas Stephen
Del Toro Guillermo
Delaney Joseph
Dell Christopher
DeStefano Lauren
Diakow Andriej
Dick Philip K.
Disch Thomas M.
Doctorow Cory
Dodd Christina
Domagalski Dariusz
Dozois Gardner
Drukarczyk Grzegorz
Dudek Olgierd
Dukaj Jacek
Durham David Anthony
Egan Greg
Erikson Steven
Ewing Lynne
Fantaskey Beth
Farmer Philip José
Feist Raymond E.
Fitzpatrick Becca
Flanagan John
Flinn Alex
Fonstad Karen Wynn
Fox A. M.
Friedman C. S.
Frost Jeaniene
Funke Cornelia
Gaiman Neil
Gibson Howard E.
Gibson William
Gier Kerstin
Glukhovsky Dmitry
Głowacki Aleksander
Goodman Alison
Goonan Kathleen Ann
Gordon Roderick
Grant Michael
Grant Mira
Green Simon R.,
Gromyko Olga
Grossman Lev
Grzędowicz Jarosław
Haddix Margaret Peterson
Hałas Agnieszka
Harkness Deborah
Harrison Kim
Hawthorne Rachel
Hayes Gwen
Hearne Kevin
Heitz Markus
Herbert Frank
Hickman Tracy
Hill Joe
Hill Susan
Hines Jim C.
Hogan Chuck
Hohlbein Wolfgang
Holt Tom
Howard Robert E.
Huff Tanya
Huso Anthony
Hussey William
Izmajłowa Kira
Jadowska Aneta
Jaye Wells
Jess-Cooke Carolyn
Johnson Elana
Kańtoch Anna
Keaton Kelly
Kenyon Nate
King Stephen
King William
Kittredge Caitlin
Knaak Richard A.
Kołodziejczak Tomasz
Komuda Jacek
Kornew Paweł
Kosik Rafał
Kossakowska Maja Lidia
Kostick Conor
Kress Nancy
Krycz Kazimierz Jr.
Kuttner Henry
Lachlan M. D.
Lackey Mercedes
Le Guin Ursula K.
Lem Stanisław
Lerner Edward M.
Lewandowski Konrad T.
Lewis Clive Staples
Licia Troisi
Livingston Lesley
Łukjanienko Siergiej
Mafi Tahereh
Magali Hanri
Magary Drew
Małecki Jakub
Mann George
Marsden John
Martin Gail Z.
Martin George R. R.
Matuszek Paweł
McCaffrey Anne
McDermott J. M.
McDevitt Jack
McDonald Ian
McKiernan Dennis L.
McLeod Ian
McMann Lisa
Mead Richelle
Michaelis Antonia
Miller Karen
Miszczuk Katarzyna Berenika
Misztal Izabela
Moore John
Morgan Richard
Morgenstern Erin
Mortka Marcin
Norton Andre
Novik Naomi
Oliver Lauren
Olivier Jana
Olszówka Piotr
Opracowanie
Orwell George
Owen James A.
Pankiejewa Oksana
Panow Wadim
Paolini Christopher
Paver Michelle
Peake Mervyn
Piekara Jacek
Pierce Tamora
Pilipiuk Andrzej
Piskorski Krzysztof
Pjankowa Karina
Pląskowski Tomasz
Poole Gabriella
Poznanski Ursula
Pratchett Terry
Prineas Sarah
Raduchowska Martyna
Rain J. R.
Rajaniemi Hannu
Randall Cecilia
Raniszewski Maciej
Rankin Robert
Rees Rod
Renault Mary
Reystone A. R.
Rhiannon Lassiter
Rice Anne
Richardson Kat
Ringo John
Riordan Rick
Robinson Kim Stanley
Rodda Emily
Rothfuss Patrick
Rowling J. K.
Ruda Aleksandra
Ryan Carrie
Salvatore R. A.
Sands Lynsay
Sapkowski Andrzej
Sarn Amelie
Schroeder Karl
Shepard Lucius
Showalter Gena
Siemionowa Maria
Simmons Dan
Singh Nalini
Smith Lisa Jane
Solanin Michał
Sparks Kerrelyn
Sterling Bruce
Stross Charles
Stross Charless
Strugaccy Arkadij i Borys
Sullivan Michael J.
Swann S. A.
Szablicki Janusz
Szkolnikowa Wiera
Szmidt Robert J.
Śmigiel Łukasz
Tchaikovsky Adrian
Teodorczyk Anna
Terakowska Dorota
Thomas Jeffrey
Tomaszewska Marta
Trussoni Danielle
Tuchorski Andrzej
Tumski Olaf
Turner Megan Whalen
Twardoch Szczepan
Valente Catherynne M.
Vallejo Susana
Vance Jack
VanderMeer Jeff
Ward Rachel
Wasiliew Władimir
Watts Peter
Weeks Brent
Wegner Robert M.
Weis Margaret
Wells Martha
Whitcomb Laura
White Kiersten
Wild Kate
Williams Brian
Williams Chima Cinda
Williams Tad
Willis Connie
Wójcik Robert
Wroczek Szymon
Yu Charles
Zafon Carlos Ruiz
Ziemiański Andrzej
Żulczyk Jakub
Żytowiecki Maciej
Tagi




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka