Koalicja blogów na rzecz promocji fanstastyki
Kategorie: Wszystkie | Autorzy | Dyskusje | Konkursy | Nowinki | Powitanie | Recenzje
RSS
niedziela, 29 kwietnia 2012

 Rafał Kosik

Rafał Kosik / fot. Felicja

 

11 kwietnia 2012 odbyło się spotkanie z Rafałem Kosikiem w księgarni Empik w Galerii Bałtyckiej. Byłam bardzo ciekawa, jak spiszą się organizatorzy i trochę się rozczarowałam. Pomijam fakt, że pisarz nie został rozpoznany przez ochroniarza, który zatrzymał go przy pikającej bramce i kazał otworzyć plecak. Ale trudno mi nie napisać o przygotowaniu ogromnej liczby krzeseł dla czytelników. Zgadnijcie ile ich było? Policzyłam z trudem. Aż 13! Miejsc stojących o dziwo też wiele nie było, fani pisarza wyglądali zza półek z książkami, niektórzy usiedli na podłodze. „Dobrze”, że nie przyszły tłumy, bo co wtedy? Jaki sens ściągać pisarza z innego miasta, jeżeli nie liczy się na to, że ktoś będzie chciał się z nim spotkać? Księgarnia może nie jest wymarzonym miejscem na dyskusje, ale wydaje mi się, że przy odrobinie wyobraźni (i wysiłku polegającym na przesunięciu paru półek z książkami) można było tę przestrzeń zaaranżować lepiej.

Ponarzekałam, to teraz o szczegółach spotkania. Poprowadziła je dziennikarka Radia Plus Iwona Demska. Na początku osób było nie za wiele, głownie młodzież i dzieci. Stopniowo pojawiali się kolejni zainteresowani. Niestety rozmowa dotyczyła głównie cyklu „Felix, Net i Nika”. Tak jakby książki Kosika pisane dla dorosłych nie istniały. Mimo że leżały na półkach i nawet na koniec pisarz, pokazując jedną z nich, wtrącił informację o tym, że jest autorem nie tylko powieści dla młodzieży. Prowadząca spotkanie jednak zupełnie nie podjęła tego tematu. Pytania zadawała z myślą o młodych czytelnikach, starając się nadać rozmowie trochę dydaktyczny charakter.
Żałuję bardzo, że Rafał Kosik jest u nas tak niedoceniany przez dziennikarzy i czytelników (sam autor nazwał swoje książki dla dorosłych niszowymi, bo ich nakład sprzedaje się 100 razy gorzej niż cykl o Felixie, ale dodał, że pisze je tak, jak sam chce). Moim zdaniem nie tylko napisał rewelacyjne książki, ale jeszcze wydał je w swoim wydawnictwie, ale to wszystko za mało. Ktoś z moich znajomych zażartował sobie, że czasami artysta musi najpierw umrzeć, żeby zostać docenionym. Mam nadzieję, że czytelnicy jednak wcześniej poznają się na twórczości Kosika. Może młode pokolenie, które teraz czyta „Felixa…”, gdy dorośnie sięgnie po „Marsa”, „Vertical” czy „Kameleona”?

Rozmowa Iwony Demskiej z pisarzem rozpoczęła się od pytania o ilość napisanych książek, a raczej od stwierdzenia, że jest ich bardzo dużo. Autor powiedział, że jest pracoholikiem (i leniem jednocześnie) i stąd tyle tych powieści. Później dziennikarka pytała o szkołę i czytane lektury, a także początki twórczości. Dowiedziałam się, że pisarz nie znosił czytania lektur, a pisanie wypracowań szło mu bardzo źle. Na maturze zamiast wymaganych czterech stron napisał dwie i pół, ale musiały być dobre, bo zdał. Poezji nie lubi. „Pana Tadeusza” doczytał tylko do drugiej księgi. Tłumaczył się w ten sposób, że ma problem z szefami nad sobą (wytrzymał cztery miesiące na etacie i z hukiem się zwolnił) i w szkole było tak samo. Trzy czwarte lektur było jego zdaniem nieciekawych, więc radził sobie lawirując. Z listy przeczytał np. książki: Prusa, Sienkiewicza i Lema. To właśnie twórczość tego ostatniego zainspirowała go do pisania fantastyki. Swoją przygodę z pisaniem zaczął bardzo wcześnie, już w pierwszej klasie podstawówki. Myślał wtedy, że będzie pisał do szuflady. Pierwsze opowiadanie ukazało się w 2001 roku w „Nowej Fantastyce” i były to „Pokoje przechodnie”.

Zanim dziennikarka oddała głos publiczności zapytała jeszcze tylko o pisanie książek dla młodzieży. Rafał Kosik powiedział, że pisze takie książki, jakie sam chciałby czytać i że w Polsce nie ma literatury fantastycznej dla młodzieży poza tą pisana przez niego i Pilipiuka, reszta według niego jest dla dziewczyn.

Pytań było sporo (więcej niż przygotowała prowadząca), choć zadawane były dość nieśmiało, jak to w takich przypadkach bywa. Młodzi czytelnicy chcieli się dowiedzieć m. in. czy autor byłby dumny, gdyby któraś z jego książek weszła na stałe do kanonu lektur (odpowiedź brzmiała: tak, ale z drugiej strony wtedy ktoś byłby zmuszony, żeby ją przeczytać), ile zajmuje napisanie jednej książki (napisanie pierwszej – zajęło półtora roku, a obecnie ok. pół roku), czy będzie film na podstawie „Felixa…” (film już jest, czeka na wyznaczenie „bezpiecznej” daty premiery, żeby nie trafić na zbyt silną konkurencję, np. typu „Shrek”), dlaczego nakręcono najpierw część drugą, a nie pierwszą (scenariusze obu napisał Rafał Kosik, ale projekt ekranizacji części pierwszej, która miała być serialem produkowanym przez TVP upadł, mimo że za scenariusz autor dostał nagrodę i pieniądze), czy będą kolejne audiobooki (tak, ale nie jest to priorytetem, wydaje je inne wydawnictwo, na razie ważniejsza jest sprzedaż „Felixa…” na rynek anglojęzyczny). Podczas zadawania pytań przez publiczność Iwona Demska dodawała pytania od siebie, będące rozwinięciem tematów podjętych przez czytelników, np. o pracę nad scenariuszem, efekty specjalne czy obsadę. Najważniejsze z nich, jak pisarz ocenia film. Kosik uważa, że film jest powyżej średniej krajowej.

Część poświęcona na dyskusje była bardzo krótka, niecałe pół godziny (kolejny powód, dla którego się zastanawiałam, po co organizowane są przez Empik spotkania, jeżeli mają trwać tak krótko). Prowadząca dwa razy kończyła spotkanie, potem zadawała jeszcze jakieś pytanie albo odzywał się głos z publiczności. Nie wiem, po co podsumowała też charakter autora w niezbyt delikatnych słowach, choć wypowiedzianych bez złych intencji, nazywając go np. krnąbrnym indywidualistą (ja bym go raczej określiła jako inteligentnego, zabawnego, trochę nieśmiałego człowieka, do tego skromnego, ale pewnego swoich umiejętności pisarskich). Widać było, że niektórzy mają niedosyt pytań. Na koniec do autora ustawiła się długa kolejka po autografy.

 

Rafał Kosik

Rafał Kosik / fot. Felicja

 

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]


 Andrzej Pilipiuk

Andrzej Pilipiuk / fot. Felicja

 

Ostatnio przeczytałam tyle książek Andrzeja Pilipiuka (i wciąż jeszcze czytam), że aż dziwne, że jeszcze nie mam dość. Ale to fakt, naprawdę nie mam dość, co więcej bardzo lubię książki tego pisarza (choć nie wszystkie tak samo, o czym niedługo przeczytacie na blogu). Z radością poszłam więc w sobotę (10 marca 2012) na spotkanie autorskie organizowane przez nowo powstałą Bibliotekę Manhattan w Gdańsku.

Na początek jednak powinnam ponarzekać na organizatorów spotkania, choć to już niczego nie zmieni. Jednak wspomnę tu o małej ilości krzeseł (większość fanów stała, a przyszło naprawdę bardzo wiele osób, w tym dużo młodzieży), braku powietrza (duszno było niemożliwie, aż dziw, że nikt nie zemdlał) i najgorszym – zamieszaniu, które robiły małe dzieci bawiące się na placu zabaw tuż obok sceny. Naprawdę organizatorzy nie spodziewali się takich tłumów? Wiedząc jaką popularnością wśród miłośników fantastyki cieszy się Pilipiuk i że bardzo trudno go było namówić na przyjazd do Gdańska? I tak ciężko było przynieść dodatkowe krzesła z czytelni i pobliskich bibliotecznych stolików? Nie mówiąc o wyproszeniu dzieci w inny kąt biblioteki?

To wszystko jednak pewnie Was nie interesuje, a ja długo jeszcze mogłabym pisać o swoich wrażeniach na temat nowo otwartej, najnowocześniejszej na Pomorzu „mediateki”. Więc szybko przechodzę do głównego tematu – czyli samego spotkania z autorem. Było rewelacyjne i naprawdę warto było pójść! Jeżeli kiedyś będziecie mieli okazję, nie wahajcie się, Andrzej Pilipiuk jest świetnym gawędziarzem, opowiada niesamowicie zabawne anegdoty, odgrywa scenki ze swojego życia, cytuje dialogi z książek, zdradza tajemnice niewydanych jeszcze opowiadań i powieści. Żałuje tylko jednego, że mogłam go słuchać tak krótko. Dziesięć pytań prowadzącego, dziennikarza „Gazety Wyborczej”, Przemka Guldy (któremu dwa razy trochę się dostało od pisarza za miejsce pracy) i 12 pytań czytelników, owacja na stojąco, potem rozdawanie autografów, i koniec.

Pierwsze pytanie dotyczyło braku czasu na promowanie książek i przyjazd do Gdańska wcześniej. Pisarz tłumaczył się obowiązkami rodzinnymi (żartował, że pracował nad powiększeniem rodziny), odległością (wyprawa z Krakowa do Gdańska zajmuje mu 2 dni), ale jednak uległ presji: „Męczyli, męczyli, to trzeba było przyjechać”. Drugie pytanie tyczyło już literatury, a dokładniej ilości napisanych książek i szalonego tempa pisania. Pilipiuk znowu odpowiedział żartem, że najpierw sprawdza stan konta, a potem bierze się do pisania. Bardziej na poważnie tłumaczył, że „Ile się włoży, tyle się wyjmie” i że „Trzeba swoje zrobić”. Dodał też, że z tym jego tempem pisania, to trochę mit, który on stara się podtrzymywać, jak może. A tak naprawdę, to wychodzi mu średnio jakieś 3 strony dziennie, raz napisze 10-15 stron, a czasami tylko szlifuje napisany tekst.  Opowiadał też, w jaki sposób pisze, jak siada i gdzie, nawet pokazywał, którymi palcami stuka w klawiaturę.

Następne pytanie: „Który rodzaj pisania sprawia największą satysfakcję?”. Odpowiedź: „Wolę ambitne książki, ale czytelnicy wolą Wędrowycza”. Obawiając się trochę własnej szczerości, przeliczał książki na pieniądze: „Za Wędrowycza kupuję mieszkanie, a za resztę meble i inne rzeczy”.
Przy pytaniu o ekranizacje powieści i opowiadań zabłysnął kolejnym żartem (odnośnie tego, że plany pokrzyżował mu Rywin, który przyszedł do Michnika, ale nie będzie opowiadał, co było dalej ze względu na to, że prowadzący jest dziennikarzem „Gazety Wyborczej”). Opowiedział też anegdotę o scenariuszu, który odesłał do autorki z adnotacją, że „takie potraktowanie tematu wyleczyłoby twórców Wiedźmina z reszty kompleksów”.

Potem nastąpiły mniej ciekawe pytania o emeryturę i e-booki. Pisarz emeryturę wyobraża sobie w ten sposób, że nadal będzie pisał, ale już tylko to, co chce, a nie po to, żeby zarobić na chleb. Tutaj znowu pojawiły się aluzje polityczne do podniesienia przez premiera podatku VAT na książki. Chociaż ponownie pisarz zaznaczył, że powstrzyma się ze wznoszeniem okrzyków przeciwko Unii Europejskiej ze względu na osobę prowadzącego. Publiczność jednak była wyraźnie po stronie autora, jego uwagi spotykały się z życzliwymi reakcjami.
E-booki według Pilipiuka zastąpią cześć rynku za kilka lat (ok. 10), jeżeli stanieją czytniki lub jeżeli wzrosną nasze pensje. Tu także skrytykował VAT tym razem od e-booków, które na razie nie są konkurencyjne wobec książek. Zdradził, że elektroniczne książki stanowią ok. 3-5% jego dochodów.

Szczególnie interesujące było pytanie o niechęć Pilipiuka do fantasy. Dowiedziałam się, że ta odmiana fantastyki go „nie kręci, nie wchodzi mu”. W młodości czytał Conany i były „fajne”. Sapkowskiego nie  lubi, Tolkiena też nie. Tłumaczył to „defektem mózgu”, „Ja nie muszę, nie odczuwam potrzeby”. Opowiadał, że żona go zmusiła do obejrzenia „Gry o tron”, ale po książkę nie miał ochoty sięgnąć. „Jestem inny” – podsumował.
Ciekawe było również pytanie o ulubiony gatunek literacki, chociaż tu odpowiedzi można się było domyślić. Zdecydowanie ulubione przez niego są historie alternatywne, podróże w czasie. Pisarz wciąż ma ochotę je pisać, choć zdaje sobie sprawę, ze czytelnicy mogą ich mieć już dość. On jednak chciałby, żeby jego siedmioletnie studiowanie archeologii się chociaż w ten sposób zwróciło (nazwał to „niewyżytymi ambicjami archeologicznymi”). W pisaniu „Wędrowyczy” też czuje się „nieźle”.

Przedostatnie pytanie prowadzącego tyczyło „Pana Samochodzika”. Pilipiuk dokładnie opowiedział, jak doszło do tego, że zaczął pisanie kontynuacji powieści Zbigniewa Nienackiego. W 1995 pisał na plaży „Norweski dziennik”, kiedy zaczepił go Paweł Siedlar, zapytał, co pisze, a potem zaproponował, że zrecenzuje jego opowiadania. Tak mu się spodobały, że zaniósł je do redakcji Fenixa, a oni wydrukowali. Później okazało się, że wydawnictwo poszukuje kogoś, kto napisałby kontynuację „Pana Samochodzika”. Pilipiuk napisał opowiadanie, wysłał i oddzwonili. W sumie napisał 19 części, które nazwał „symbolem swojej ówczesnej nędzy i zapału do pracy”. Dzięki nim nauczył się żonglować objętością i mrówczej pracy, miał też czas na pisanie „Wędrowyczy” i innych dzieł.

A nad czym obecnie pracuje Andrzej Pilipiuk? Wymienił aż 6 projektów: tom opowiadań bez Wędrowycza (ma napisane już 200 stron, za miesiąc powinien być gotowy), kontynuacja „Wampira z M–3” – „Martwym okiem” (trochę o zombiakach, wampirach wegetarianach i ubecji, o różnicach mentalności i tradycji między polskimi i amerykańskimi wampirami), tom opowiadań z Wędrowyczem (główne opowiadanie” Juliusza Verne'a odwiedza kapitan Nemo, a Wędrowycz jest ostatnim strażnikiem Nautilusa), coś ściśle tajnego (ale pisarz nie zdradził co), komiks o krasnoludach (ma być skończony do marca), kontynuacja „Oka Jelenia” (tu dodał żartem: „150 cm bieżących półki muszę doczytać, a potem dać posłowie, żeby ludzie docenili”).

Pytań od czytelników nie będę streszczała wszystkich (chyba że komuś bardzo zależy, to mogę je rozwinąć w komentarzach). Wymienię tylko pokrótce, że pytano o opisy Gdańska w „Oku Jelenia”, popularyzację Wojsławic, politykę, piwo „Perła”, „13 prac Jakuba Wędrowycza”, kota i łasicę z światów alternatywnych, wątek Wędrowycza w „Wampirze z M-3”, proponowano napisanie antyutopii w stylu „Roku 1984” i kontynuacji wątku neandertalczyków z Dębinki.

Dwa pytania fanów zasługują jednak na szersze omówienie. Pierwsze o pierwowzór Wędrowycza. Okazało się, że nie ma jednego pierwowzoru, ale pisarz napatrzył się w Wojsławicach na swojego dziadka i jego kolegów, którzy opijając sukcesy po sprzedaży towarów na targu, opowiadali  o swojej przeszłości z czasów partyzantki (mniej i bardziej prawdopodobne), przy okazji nasiąkł „dziwnym” klimatem. Po raz pierwszy Jakub pojawia się w 3. tomie „Norweskiego dziennika” jako postać „trzecioplanowa”, dziadek kolegi głównego bohatera (pogłębienie postaci: kontakty z dziadkiem zwichnęły wnukowi psychikę). Przy okazji Pilipiuk odpowiedzi na to pytanie nazwał Jakuba „paskudnym dziadygą, którego lepiej mieć po swojej stronie”.

Ostatnie pytanie na spotkaniu okazało się być tym najbardziej zaskakującym, to znaczy odpowiedź na nie mnie zdziwiła. Jaka książka jest kwintesencją stylu Andrzeja Pilipiuka według niego? Otóż „Oko Jelenia”, które nazywa swoim szczytowym osiągnięciem, „przelaniem na papier wszystkiego, co w duszy gra”! Czytałam połowę „Drogi do Nidaros” (pierwszy tom cyklu) i według mnie to najsłabsza książka pisarza. Teraz chyba będę musiała ją dokończyć? Skoro pisarz tak wysoko ją ceni i do tego zamierza kontynuować (wydać 7. tom). Pilipiuk twierdzi, że wrzuca tam dużo swoich zainteresowań (historia), przemyśleń politycznych (Janusz Korwin-Mikke premierem), filozofii życiowej (bohaterowie zachowują się tak, jak ja bym się zachował: dialog z diabłem-stróżem, cyniczni, starają się zachowywać przyzwoicie, ale nie zawsze im wychodzi).



Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

sobota, 28 kwietnia 2012

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Jednak przeczytałam drugi tom „Oka Jelenia”. A tak narzekałam na tom pierwszy. Początek drugiego nie jest może porywający, akcja znowu toczy się powoli, ale za to ma parę cech, których „Drodze do Nidaros” zabrakło. Przede wszystkim dowiadujemy się więcej o bohaterach i ich motywacjach. Portrety psychologiczne zostają pogłębione, dziwne zachowania wytłumaczone, a nawet u niektórych postaci pojawiają się zupełnie nowe cechy charakteru. Do tego poznajemy lepiej tajemniczą kosmitkę – łasicę i zadanie, które stawia przed niewolnikami Skrata w jego imieniu, czyli przed Markiem, Staszkiem i Helą. Wątek Hanzy i związanych z nią Mariusa Kowalika i Petera Hansavritsona w końcu łączy się z głównym nurtem powieści. Rozwinięty zostaje wątek Żydówki Estery. A w zakończeniu pojawiają się nowe tajemnice i zagrożenia czekające na bohaterów.

Trochę trudno mi zrozumieć, dlaczego Andrzej Pilipiuk właśnie w ten sposób skonstruował swój cykl powieściowy. Pierwsza część nie zachęca do czytania dalej, druga lepsza, ale wciąż czegoś jej brakuje. Chyba motyw poszukiwania „Oka Jelenia” jest zbyt słabym motorem napędowym akcji. Od początku niewiele wiemy o tym przedmiocie i jego ważności (i chyba niewiele nas on obchodzi). Bardzo powoli poznajemy bohaterów. Oba tomy wydają się zbyt „rozwlekle” napisane, jakby autor tworzył jakąś epopeję. Wciąż się zastanawiam, czy nie trącę czasu, czytając kolejne części (ale im więcej przeczytanych stron, tym bardziej lubię bohaterów). Sama lektura nie jest nieprzyjemna, styl pisania łatwy w odbiorze, dużo dialogów itd. Ale do czego to wszystko prowadzi? Czy nie będę rozczarowana, gdy okaże się, że moje początkowe zastrzeżenia były słuszne i że to książki nie dla mnie? Chyba jednak skuszę się na trzeci tom. Skoro drugi był lepszy od pierwszego, to może trzeci jest jeszcze lepszy? Przy szóstym powinno być już rewelacyjnie.
A to fragment rozważań Staszka o sytuacji w jakiej się znalazł:

 

„Przypomniał sobie rozmowę z Markiem. Obaj nic w życiu nie osiągnęło. Obaj byli nieudacznikami. Aż do teraz… Przyjmijmy, że nie będzie żadnej zagłady. Że obudzi się we własnym łóżku. Wstanie i pojedzie autobusem do szkoły. Do kumpli z klasy, którzy mają go w dupie, bo nie stać go na najnowszy model komórki. Do dziewczyn lampucerek, z którymi nie da się porozmawiać o niczym ciekawym i które traktują go jak powietrze. Do nauczycieli, którzy już dawno przyczepili mu etykietkę „zdolny, ale leniwy”. Do rodziców tak zajętych swoimi sprawami, że nie pamiętają nawet, w której jest klasie. I co będzie tam robił? Siądzie w piwnicy po dziadku, rozmontuje kolejny telewizor, żeby sprawdzić, co jest w środku? A co potem? Studia, praca, gapienie się w telewizor, tym razem od strony ekranu, a nie wnętrzności…

A tu? Tu ma do wypełnienia niewykonalne zadanie. Tu ma pod opieką istotę jeszcze bardziej zagubioną niż on. Towarzyszkę życia trochę dziwną, dziką i zahukaną, ale inteligentną i sympatyczna. Tu ma kogoś, komu jest potrzebny.”

 

Takie pozytywne myśli rodzą się w głowie bohatera pod wpływem uczucia do Heli. W drugim tomie bowiem zaczyna się w końcu wątek romantyczny. Może tego było najbardziej w tej opowieści brak?

Ocena: 4+/6

 

 

Autor: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com]

 

Tytuł: Srebrna łania z Visby
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 366
Rok wydania: 2008
Cena: 29,99 PLN
Ocena recenzenta: 3+/10

 

Problem z tym cyklem jest jeden, za to bardzo poważny. Mianowicie przeczytaj dowolną książkę z tej serii, odłóż na półkę i zacznij czytać cokolwiek innego. Wróć do poprzedniego tytułu dwa dni później. Pamiętasz cokolwiek? Bo ja miałem spore problemy z przypomnieniem sobie czegokolwiek charakterystycznego.
Marek, Staszek i Hela kontynuują misję zleconą im przez Łasicoterminatora. Sęk w tym, że wiedzą tylko teoretycznie, w jakich czasach wylądowali, bo praktyka zdaje się wszystkiemu zaprzeczać. Na dodatek nie byli oni nawet teoretycznie przygotowani do tego, co zobaczyli w średniowiecznej Norwegii. Idealny i dobitny przykład na skutki polskiej edukacji, (nomen omen, sam autor nie kryje się z jej krytykowaniem). Tak, więc tym razem ponure daty i formułki nie zdadzą się praktycznie na nic. Potrzebna będzie im wiedza praktyczna, która pozwoli im przeżyć. A że do zabawy włącza się trzeci gracz, który potrafi zmienić żywe zwierzęta w cyborgi, będzie ciekawie.
Kurde, tu wszystko jest nijakie! Zarówno główni bohaterowie, (co prawda kozak, który pojawi się dużo później stanowi miłą odmianę) jak i ci drugoplanowi są po prostu niewyraźni. Po prostu sobie są, co najwyżej można wyróżnić Helę jako chwilową histeryczkę.
Nuży także fakt, że za mało tu sytuacji, które rzeczywiście trzymają w napięciu. Nawet pojawienie się Maara było tak żałosne i nikłe, że aż chciało się wyrwać stronę . I tak naprawdę zawsze wielką niewiadomo jest fakt, co postanowi wynaleźć Marek. Tyle frajdy, że aż można się posikać z wrażenia!
Próbowałem, szukałem, pytałem! Żaden znak na niebie i ziemi nie wskazuje na to, żebym mógł polecić tę książkę komukolwiek z czystym sumieniem. Bo na pewno gdzieś z półki spoglądają nań tytuły, których jeszcze nie przeczytaliście. A „Srebrna Łania z Visby” może być co najwyżej ponurym zapychaczem półek. Na koniec jeszcze jedna uwaga dotycząca wydania książki. Obrazki – fajna rzecz. Pod warunkiem, że nie są najzwyczajniej w świecie brzydkie i zostaną wrzucone obok tekstu, w którym dzieją się wymienione wydarzenia, a nie stronę czy dwie dalej.

 

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

„Głos Lema” to antologia opowiadań SF napisana w hołdzie Stanisławowi Lemowi przez dwunastu pisarzy. Tym razem nie zmuszałam się do czytania wszystkich tekstów. Niektóre cechują się niezrozumiałym językiem, inne nowatorstwem formy, a jeszcze inne są po prostu nudne. Zdecydowałam się jednak napisać o tym zbiorze ze względu na trzy opowiadania autorstwa: Rafała Kosika, Wojciecha Orlińskiego i Joanny Skalskiej.

Jako pierwszy przeczytałam znowu tekst Rafała Kosika „Telefon”. Wciąga od pierwszych stron! I jest zupełnie inny od jego powieści SF. Główna bohaterka, Kinga, przygotowuje w domu obiad, czekając na powrót męża Romka. W międzyczasie ogląda telewizję, w której dziennikarze informują o katastrofie lotniczej:

 

„Przerwali program i powtarzali w kółko nagranie zrobione chyba komórką: samolot zniża się nad lasem, chwilę sunie skrzydłami po wierzchołkach drzew i wygląda na to, jakby miał miękko osiąść na tych drzewach. Przypomina papierowy samolocik zrobiony przez całkiem zdolnego dzieciaka, taki dobrze wyważony, który wolno szybuje nad kanapą, stołem i miękko ląduje na puszystym dywanie przed telewizorem. Jednak samolot pasażerski waży ponad trzydzieści ton. Po kilku sekundach zieleń pochłania kadłub, ale wydaje się, że mimo wszystko udało się, że zapadł w wielki dywan, a pasażerowie odepną pasy i zjadą po nadmuchiwanych zjeżdżalniach jak na niedzielnym festynie przed centrum handlowym. Wtedy sto, może dwieście metrów dalej pojawia się kula ognia i dymu.”



Początkowo Kinga myśli, że lot męża będzie opóźniony i nie ma co spieszyć się z robieniem pieczeni, lecz po chwili odczytuje mail od niego i zaczyna się martwić. W momencie gdy już jest pewna, że Romek nie żyje, ten dzwoni do niej. To jednak dopiero początek tajemniczych zdarzeń. Świetny portret psychologiczny, do tego kobiecy, wciągająca akcja, wydarzenia opisane w tak obrazowy sposób, że cały czas miałam je przed oczyma wyobraźni. Tym tekstem autor pokazał, że potrafi pisać też o tym, co dzieje się w głowach bohaterów, czyli o ich psychice (wcześniej w jego powieściach tego elementu właśnie mi brakowało i kobiet w roli głównej).

Drugie z przeczytanych przeze mnie opowiadań – Joanny Skalskiej „Płomieniem jestem ja” zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie (niedawno próbowałam czytać jej powieść „Eremanta”, ale mi się nie spodobała). Jedyna pani spośród autorów antologii napisała ciekawy tekst o ciężarnej kobiecie znalezionej na pokładzie statku kosmicznego, który zbliżył się do Ziemi. Shooma urodziła bliźnięta i została od razu otoczona opieką naukowców. Kim jest? Czy stanowi zagrożenie dla ludzkości? Fabuła bardzo odpowiednia, by ją zekranizować.

Podobnie jak treść opowiadania Wojciecha Orlińskiego „Stanlemian”. Świat przyszłości, akcja dzieje się w nowoczesnym kasynie, które proponuje wirtualny hazard. Chętni zostają przeniesieni do stworzonego przez programistów Nowego Jorku i mogą się tam wzbogacić na kilka sposobów. Warunkiem otrzymania prawdziwych pieniędzy jest dotarcie z wygraną do pokoju hotelowego, w którym zaczyna się gra. Bohaterem jest „zawodowy hazardzista”, który w imieniu klienta ma odzyskać ukryte przez niego pieniądze. Podobał mi się sposób w jaki autor wplótł w tekst imię i nazwisko Stanisława Lema oraz jego idee.

W antologii znalazło się kilka intrygujących cytatów z dzieł Stanisława Lema. Bardzo klarowny wstęp o twórczości polskiego klasyka SF napisał Jacek Dukaj. Określa w nim cechy literatury science fiction a’la Lem. Za słabo znam twórczość autora „Solaris”, żeby określić, na ile twórcom „Głosu Lema” udało się napisać teksty mające coś z nią wspólnego. Jednak te trzy teksty, o których Wam opowiedziałam, naprawdę warte są przeczytania. Mają też jedną cechę wspólną – bardzo plastyczny, obrazowy styl i fabuły, które zostają w pamięci.

 

Tagi: Głos Lema
19:43, felicja79 , Recenzje
Link Dodaj komentarz »

Autor recenzji: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

„Igrzyska śmierci” będę Wam dziś polecała. Książka dostarcza bardzo dobrej rozrywki, świetnie się ją czyta i jeszcze dzięki plastycznej narracji bardzo łatwo można sobie wszystkie wydarzenia wyobrazić. A później można wybrać się do kina na film. Nie oglądałam, ale mam wielką ochotę zobaczyć.

Samą fabułę już pewnie znacie z reklam wersji kinowej. Świat przyszłości, okrutne igrzyska, na których na śmierć i życie walczą wylosowane z dwunastu dystryktów nastolatki. Też znałam przed lekturą ten zarys, a jednak byłam bardzo zaskoczona. Książka wzrusza, łapie za gardło, wyciska łzy. Poznajemy Katniss, szesnastolatkę, która nielegalnymi polowaniami próbuje zapewnić byt rodzinie. To nie ona zostaje wylosowana, a jej ukochana młodsza siostra Prim. W tej sytuacji Katniss zgłasza się na ochotnika, by ją uratować. Wydaje się, że tym czynem skazuje siebie na pewną śmierć. Zmagać się będzie przecież nie tylko ze starszymi od siebie chłopcami, ale i z osobami specjalnie szkolonymi do zabijania. Jak na ironię z  jej miasta wylosowany zostaje Peeta, który kiedyś podarował jej chleb i uratował od głodówki.

To jednak dopiero początek fascynujących zdarzeń. Wylosowani, zwani trybutami, zostają przewiezieni do stolicy, by tam pod okiem stylistów przygotować się do występu przed kamerami. Igrzyska, przypominające te ze starożytnego Rzymu, otrzymały w książce oprawę medialną rodem z BigBrothera. Twórcy nie cofną się przed niczym, żeby tylko przyciągnąć jak najwięcej widzów przed ekrany telewizorów. Poznajemy mechanizmy powstawania wielkiej produkcji telewizyjnej, które autorka zapewne podpatrzyła podczas swojej pracy w telewizji (tworzyła programy dla dzieci).

Nie chcę Wam za dużo zdradzać, żeby nie psuć przyjemności czytania. Powieść ma drobne mankamenty, ale szybko się o nich zapomina. Postacie są ciekawe, szczególnie główna bohaterka, odważna, szczera i waleczna. Fabułę napędza nie tylko pytanie, kto przeżyje i będzie zwycięzcą, ale dużo ważniejsze, kto jest przyjacielem, a kto tę przyjaźń tylko udaje. Bardzo chętnie sięgnę po następny tom tej trylogii. Mam nadzieję, że jest równie dobry. Dawno takiej powieści dla młodzieży nie czytałam, jest w niej jakiś powiew świeżości.
A tak się rozpoczyna:

 

„Gdy się budzę, czuję, że druga strona łóżka już zdążyła wystygnąć. Wyciągam rękę w poszukiwaniu Prim, ale dotykam tylko szorstkiego płótna materaca. Na pewno przyśnił się jej koszmar, więc poszła do łóżka mamy. Oczywiście, że tak. Dziś dożynki.

Podpieram się na łokciu. W pokoju jest już na tyle jasno, że je widzę. Moja młodsza siostra Prim zwinęła się jak embrion i wtuliła w mamę, przywarły do siebie policzkami. We śnie mama wygala młodziej, nadal wydaje się zmęczona, ale nie taka sterana. Prim ma twarz świeżą jak poranek i śliczną jak prymulka, na której cześć dostała imię. Mama też kiedyś była wyjątkowo piękna. Tak przynajmniej słyszałam.”



Recenzje tej książki możecie przeczytać także na blogach padmy i bookfy. Ja na koniec dodam tylko, że okładka choć nawiązuje do treści książki, nie przypadła mi do gustu.

Ocena: 5/6

 


 

Autor recenzji: Avo_lusion [ksiazkizbojeckie.blox.pl]

 

Ludzkość to rasa, która wyniszcza się wzajemnie. Chciwość, pragnienie władzy, tyrania – właśnie to rządzi światem, w którym człowiek nie jest równy drugiemu człowiekowi. Nie ma miejsca na współczucie czy litość, bo wszystko jest grą, a każda istota powinna znać swoje miejsce. Bunt? To inne imię krwawej rzezi, której pamiątką stają się Igrzyska Śmierci. Oczy ludu skierowane są na arenę, gdzie toczy się bój na śmierć i życie. Dwadzieścia cztery osoby, w wieku od dwunastu do osiemnastu lat. Przeżyć może tylko jedna. Ku chale rządu, ku przestrodze dla innych - bądźcie pokorni, bo wielki brat patrzy i nie toleruje niesubordynacji.

Suzanne Collins tworząc Igrzyska Śmierci połączyła motywy znane nam z literatury, ale ubrała je w formę nowatorską i perfekcyjnie przemyślaną. Ustrój totalitarnego państwa pamiętamy aż za dobrze, wiemy również, że rząd nie cofnie się przed niczym, aby podporządkować sobie obywateli. Nie inaczej jest w Panem, kraju, w którym w dawnych czasach niezwykle krwawo stłumiono bunt, zaś mieszkańcy żyją na granicy śmierci, bezustannie gnębieni przez funkcjonariuszy państwowych. Przychodzi tu na myśli Rok 1984 Orwella, gdzie każdy obywatel jest kontrolowany, a tych, którzy przejawiają jakąkolwiek formę nieposłuszeństwa spotyka surowa kara. Rzeczywiście, łatwo porównać te dwa światy. Bohaterowie są tak samo zmanipulowani, trudno komukolwiek zaufać, wszystko jest nadzorowane, a żądza krwi nie słabnie. Państwo pragnie ofiary, nie pozwala zapomnieć, skutecznie usiłuje każdego dnia rozsiewać paraliżujący strach.

Życie w takiej rzeczywistości jest wyzwaniem, któremu nie wszyscy mogą podołać. Igrzyska Śmierci to czara goryczy – wielka i bezdenna, którą mieszkańcy Panem co roku muszą wypić do dna. Giną ich dzieci, giną z własnej ręki, na arenie - bo tak chce rząd. A to wszystko transmitowane jest na żywo, w charakterze znakomitego show dla elit. O tak, elity są zachwycone! Cały rok czekają na tak wyszukaną porcję zabawy.

Czy jednak tylko oni bawią się przy "takiej" rozrywce? Wystarczy przypomnieć sobie starożytne igrzyska, czy walki gladiatorów. Ludzkość od wieków uwielbia patrzeć na rozlew krwi, to pragnienie zakodowane jest w pokoleniach i uwalania się pod przeróżnymi postaciami.

 

Skoro więc mieszkańcy Panem muszą patrzeć na rzeź dzieci, walczących ze sobą na arenie, nietrudno domyślić się, że emocje sięgają zenitu. I rzeczywiście. Collins udało się stworzyć rzeczywistość, która szokuje odbiorcę i pochłania go doszczętnie. Fenomen Igrzysk Śmierci tkwi nie w kreacji bohaterów lub warstwie językowej, ale w doskonałej, precyzyjnej, pulsującej od zdarzeń fabule. Ten świat przytłacza, zdumiewa, nie pozwala nabrać tchu. Collins rzuciła odbiorców na kolana, podarowując im świat pełen detali i szczegółów, w którym nikt nie może zaznać spokoju – ani bohaterowie, ani czytelnicy. Kto decyduje się podążyć za Katniss i Peetą, ten już nie może zwrócić. Będzie gnał wraz z nimi, słowo po słowie, rozdział za rozdziałem, aż do samego końca. Znika doczesna rzeczywistość. Collins skutecznie wygłusza w czytelniku potrzebę jedzenia, picia, a przede wszystkim rachubę czasu. Liczy się tylko los Katniss, która walczy o swoje życie:

 

Rozumowanie organizatorów jest proste. Sformowała się wataha zawodowców, która dąży do wymordowania pozostałych rywali, zapewne rozsianych po całym obszarze areny. Pożar ma nas zagonić w jedno miejsce. Mogę sobie wyobrazić bardziej subtelne sposoby nakłaniania ludzi do walki, ale temu nie sposób odmówić wyjątkowej skuteczności. (…)

(…)

Noga mnie spowalnia, ale wyczuwam, że moi prześladowcy również nie są tacy prędcy jak przed pożarem. Dociera do mnie ich pokasływanie, nawołują się chrapliwie.
Mimo wszystko się zbliżają, niczym wataha zdziczałych psów, więc robię to, co zawsze w podobnych okolicznościach. Wybieram wysokie drzewo i zaczynam się na nie wspinać. (…) Gdy zawodowcy podchodzą do pnia, tkwię na wysokości około siedmiu metrów nad ziemią. Przez moment stoimy i przypatrujemy się sobie badawczo. Mam nadzieję, że nie słyszą, jak łomocze mi serce.

 

Kreując bohaterów, Collins odwołała się do starej prawdy, że zło tkwi w każdym człowieku. Także w nieletnich uczestnikach Igrzysk. Arena może odrobinę przypominać wyspę z Władcy much Goldinga – tam również w dzieciach wyzwalają się mordercze instynkty, zamieniając je w żądnych krwi myśliwych. Oddziela się ziarno od plew. Jedni chcą po prostu przeżyć, inni pragną przelać krew…

Suzanne Collins napisała powieść, którą adresuje się do młodzieży, ale w rzeczywistości trafia ona do wszystkich grup wiekowych. Jeżeli twórczość autorki ma słabsze strony, zostają one znakomicie zatuszowane porażającą akcją, która angażuje emocjonalnie i nie pozwala nawet na sekundę wytchnienia. Trylogia Collins to dzieło, które pod względem fabularnym przyćmiewa wszystkie swoje koleżanki i z dumą może zająć miejsce tuż po samym Harrym Potterze. Taka rekomendacja mówi sama za siebie! Na czytanie Igrzysk Śmierci najlepiej wziąć dzień lub dwa urlopu, bo państwo Panem tak łatwo nie wypuszcza ze swych kleszczy... A upiorna zabawa dopiero się rozpoczęła!




 

Autor recenzji: Sophie [bucherwelt.blogspot.com]

 

Na ruinach dawnej Ameryki Północnej rozciąga się państwo Panem, z imponującym Kapitolem otoczonym przez dwanaście dystryktów. Okrutne władze stolicy zmuszają podległe sobie rejony do składania upiornej daniny. Raz w roku każdy dystrykt musi dostarczyć chłopca i dziewczynę między dwunastym a osiemnastym rokiem życia, by wzięli udział w Głodowych Igrzyskach, turnieju na śmierć i życie, transmitowanym na żywo przez telewizję. Bohaterką, a jednocześnie narratorką książki jest szesnastoletnia Katniss Everdeen, która mieszka z matką i młodszą siostrą w jednym z najbiedniejszych dystryktów nowego państwa. Katniss po śmierci ojca jest głową rodziny - musi troszczyć się o młodszą siostrę i chorą matkę, a jest to prawdziwa walka o przetrwanie... 

 

Opis jest już chyba wszystkim dobrze znany zwłaszcza, że pojawia się ostatnio dosłownie wszędzie z powodu promocji filmu. Przyznam się, że o książce usłyszałam kilka lat temu, zaraz po tym, jak wyszła w Polsce. Ale tytuł nie za bardzo mnie przyciągnął. W końcu z ciekawości spowodowanej tym, że naprawdę mnóstwo osób, ją polecało wzięłam książkę do ręki, po czym odłożyłam, bo zobaczyłam, że poleca ją Meyer. Głupi powód, ale cóż... W końcu jednak ją kupiłam, po czym czytałam całą noc, by drugą część pochłonąć w kolejną. Teraz przed filmem pozwoliłam sobie na powtórkę. Czytałam ponownie z ogromną przyjemnością i wszystko przeżywałam tak samo intensywnie. 

 

Co takiego mają te książki, że każdy zostaje porwany w ich świat? Myślę, że główną zasługą jest po prostu historia. Nie jest ona szczęśliwa, wesoła, nie ma też happy endu, a na pewno nie takiego, jakiego byśmy oczekiwali. Katniss dosłownie wpada z deszczu pod rynnę. I chociaż jest tu trochę fantastyki, to realizm aż kuje w oczy. Autorka przyznała, że pomysł na książkę zrodził się po obejrzeniu relacji z wojny(ale nie jestem teraz pewna, czy z Iraku czy z Afganistanu), tuż po zobaczeniu kawałka reality show. Podziwiam ją za wyciągnięcie z tego takiej historii, choć czasami zastawiam się, czy kiedyś naprawdę nie dojdzie do takiej sytuacji... Biję ukłony za niesamowite wykreowanie bohaterów, ponieważ nie da się niektórych nie polubić, innych nie pokochać, a jeszcze innych nie znienawidzić. Collins bardzo zręcznie manipuluje narracją, że nie dosyć, że od książki nie da się oderwać, to jeszcze dosłownie jest się 'głodnym' kolejnej części. 

 

Wiele osób, jak zauważyłam narzeka na to, że narracja jest pisana w czasie teraźniejszym. Dla mnie to zaleta, ponieważ możemy to wszystko przeżyć jakby 'teraz', razem z Katniss, a nie czytać opis przeszłości. Chociaż momentami były też malutkie minusy, a to ponieważ nie mogliśmy poznać innych trybutów, więc większość nie zostaje nawet wymieniona z imienia. I przyznam, że irytowało mnie to, z jaką dokładnością Kotna opisuje wszystkie potrawy, ale potem pomyślałam, że to chyba normalne dla osoby, która całe życie głodowała. Tak poza tym, to Katniss jest moim(jednym z wielu) życiowym wzorem, ze względu na to, jaka była.

 

Oczywiście gorąco polecam książkę wszystkim, jednak jeżeli ma się te 12, 13 lat, to lepiej sobie na razie odpuścić tą serię, poczekać, dojrzeć do tej historii, bo teraz mogłoby się przegapić cały sens, lub go nie zrozumieć. 

 

Ogólna ocena: 10/10!

 

Zapraszam serdecznie wszystkich miłośników serii na forum. ;3

 


 

Autor recenzji: Clarissa [invisibl3e.blogspot.com]

 

Tytuł: Igrzyska Śmierci
Autor: Suzanne Collins
Seria: Igrzyska Śmierci
Tom: 1
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ilość stron: 352

Opis wydawnictwa:

 

Czy zdołałbyś przetrwać w dziczy, zdany na własne siły, gdyby wszyscy dookoła próbowali wykończyć cię za wszelką cenę?
Na ruinach dawnej Ameryki Północnej rozciąga się państwo Panem, z imponującym Kapitolem otoczonym przez dwanaście dystryktów. Okrutne władze stolicy zmuszają podległe sobie rejony do składania upiornej daniny. Raz w roku każdy dystrykt musi dostarczyć chłopca i dziewczynę między dwunastym a osiemnastym rokiem życia, by wzięli udział w Głodowych Igrzyskach, turnieju na śmierć i życie, transmitowanym na żywo przez telewizję.
Bohaterką, a jednocześnie narratorką książki jest szesnastoletnia Katniss Everdeen, która mieszka z matką i młodszą siostrą w jednym z najbiedniejszych dystryktów nowego państwa. Katniss po śmierci ojca jest głową rodziny – musi troszczyć się, by zapewnić byt młodszej siostrze i chorej matce, a to prawdziwa walka o przetrwanie... 

 

Książkami dominującymi na rynku młodzieżowym są powieści o wampirach i wilkołakach oraz ich miłości do śmiertelniczki. Czasem zdarza się trójkąt miłosny, lecz dziewczyna zawsze wybiera tego pierwszego, ładniejszego i którego lubią wszystkie inne. Coraz rzadziej  pojawiają się książki, które reprezentują poziom np. Harry’ego Pottera. Myślałam już, że nie znajdę żadnej książki, która reprezentowała by wcześniej podany tytuł. Jednak po tej lekturze zmieniam zadanie.

 

Książka Igrzyska Śmierci skupia się na postaci Katniss Everdeen, która mieszka w Dwunastym Dystrykcie w państwie Panem. Co roku podczas dożynek z każdego Dystryktu losowane są dwie osoby – chłopak i dziewczyna, którzy mają za zadanie stanąć do bezwzględnej walki w dorocznych Godowych Igrzyskach. Każde dziecko, które mieści się w przedziale wiekowym 12-18 lat ma obowiązek zgłosić się do Igrzysk. W tym roku Effie Tinkler wyjmuje karteczkę z napisem Primrose Everdeen. Katniss zgłasza się jako ochotniczka na trybuta za swoją siostrę. Chłopak, który zostaje wylosowany to Peeta Mellark. Nastolatki od razu wsiadają w pociąg i jadą do Kapitolu – stolicy Panem. Tam zostają przygotowany do Igrzysk. Podczas wywiadu Peeta oznajmia, że kocha Katniss od czasu, gdy ją zobaczył. W ten sposób dostają miano nieszczęśliwych  zakochanych. Gdy trafiają na arenę tworzy się grupa zawodowców, do której dołącza Peeta. Katniss zawiera sojusz z Rue, trybutką z Dystryktu Jedenastego. Chłopak z Pierwszego Dystryktu zabija Rue a Katniss jego. Następuje zmiana zasad i wygrać mogą dwaj trybuci, jeśli są z tego samego dystryktu. Katniss odnajduje Peetę i pomaga mu w przeżyciu. Musi udawać zakochaną bez pamięci, aby otrzymywać podarunki od sponsorów. Katniss i Peeta przez przypadek uśmiercają dziewczynę z Piątki. Po kilku godzinach Cato zabija Tresha a Katniss i Peeta postanawiają z nim skończyć. Jednak atakują ich zmiechy (stworzenia, które są zmieszaniem różnych gatunków zwierząt), które przypominają zmarłych trybutów. Po walce na Rogu Obfitości spychają Cato do zmiechów. Teoretycznie powinni wygrać, lecz decyzja o zwycięskiej parze ostaje odwołana. Peeta chce się poświęcić, jednak Katniss daje mu jagody. Gdy mają je połknąć zostają ogłoszeni zwycięzcami igrzysk. 

 

"...I niech los zawsze wam sprzyja..."

 

Nigdy nie będę żałowała, że przeczytałam ta książkę. Jest to chyba najlepsza powieść jaką w życiu czytałam. A trochę tego jest. Do lektury w postaci Igrzysk Śmierci zostałam namówiona. Głównie robił to mój kuzyn, który ma to już za sobą. Postanowiłam jednak najpierw udać się na film. Przyznam, że mnie zachwycił i po powrocie do domu zamówiłam pakiet Igrzyska Śmierci. Gdy kurier mi to dostarczył od razu zaczęłam pochłaniać książki. W pierwszym rozdziale nie poczułam tego samego co na początku filmu. Lecz z doświadczenia wiem, że książka musi się rozkręcić. I tak samo dzieje się w przypadku Igrzysk. Suzanne wyśmienicie opisała historię powstanie Panem. Wszystko jest wyjaśnione krok po kroku. Ciężko się tu zgubić. Od pierwszej wzmiance zakochałam się  w Peecie Mellarku. Pozornie nie jest zdolny do zwyciężenia Igrzysk, ale udaje mu się to. I podoba mi się, że jego uczucie do Katniss nie jest częścią gry na arenie.

Nie spodziewałam się, że książka przebije Harry’ego Pottera, który stał do teraz na szczycie moich ukochanych książek. Igrzyska Śmierci reprezentują bardzo wysoki poziom i pokazują, że autorka nie inspirowała się innymi powieściami młodzieżowymi. Muszę dopisać także, że dóść trudno recenzowało mi się tą książkę i ciężko było wydać ocenę.

 

Plusem jest interesująca historia Panem. Oraz motyw Igrzysk, które zostały ustanowione, aby przypominać mieszkańcom Dystryktów, że Kapitol (stolica Panem) nadal ma władzę nad ludźmi. Podoba mi się także love story Peety i Katniss. Główne postaci są mocno zarysowane i szybko można poznać ich charakter. Taka sytuacja rzadko się zdarza w najnowszych książkach młodzieżowych. Czasami tylko dlatego, że książka jest niepoważna a Igrzyska przeciwnie. Bardzo szybko i przyjemnie się ją czyta.

 

Minusów nie znalazłam. Mogłabym tu tylko zaliczyć uczucie Katniss do Gale’a, ale tego nie zrobię, ponieważ to wpływa na fabułę.

 

Podsumowując całą książkę. Jest to jedna z najlepszych książek, którą czytałam. Polecam ją każdej spotkanej osobie, która lubi czytać. Nie mam co do niej żadnych zastrzeżeń. 

 

Ocena: Arcydzieło!



 

Autor recenzji: Megajra [szeptksiazek.blogspot.com]

 

Autor: Suzanne Collins 
Tytuł: Igrzyska śmierci (strona książki
Seria: Igrzyska śmierci, tom 1
Oryginalny tytuł: The Hunger Games
Wydawnictwo: Media Rodzinna             
Data wydania: 23 kwietnia 2009
Stron: 352
Ocena: 10/10

 

Pamiętam ten szał na informacje o ekranizacji „Igrzysk śmierci”. W wielu miejscach się o tym rozpisywano. Wiele miesięcy przed tym przysięgłam sobie, że przed jej premierą koniecznie muszę przeczytać, chociaż pierwszą część i jeśli książka mi się spodoba z chęcią się na nią wybiorę. Niestety nie udało mi się, bo najpierw oglądałam film, a później dopiero przeczytałam książkę. Jednak ja jestem z tego bardzo zadowolona, ponieważ dzięki temu niedługo po tym jak obejrzałam kinową wersję zamówiłam cały pakiet książek w jednym ze sklepów i nie muszę czekać aż kolejne części albo będą dostępne w bibliotece, albo je zakupię.
Katniss Everdeen szesnastolatka, która po śmierci ojca musi zadbać o swoją młodszą siostrę i matkę. Razem mieszkają w państwie Panem, które jest podzielone na stolice tego państwa Kapitol oraz otaczających go dwanaście dystryktów. Państwo to znajduje się na ruinach dawnej Ameryki Północnej. Pech chciał, że mieszkają w najuboższym z nich – Dystrykcie Dwunastym, który zajmuje się górnictwem. Życie w nim nie jest usłane różami dla żadnego z jego mieszkańców. Katniss musi codziennie polować, aby zapewnić żywność swojej rodzinie. 
Co roku w całym Panem są organizowane dożynki, które mają na celu wyłonić jedną dziewczynę i jednego chłopaka w wieku od 12. do 18. lat. Wybrańcy będą przedstawicielami swojego dystryktu na Głodowych Igrzyskach, organizowanych po to, aby przypominać o buncie, którego się dopuścili i o tym, że Kapitol już na to nie pozwoli. To Kapitol ma władzę nad dystryktami, a nie odwrotnie. I tak o to 24. trybutów (bo tak nazywają się wybrańcy) ląduje na Arenie, na której dosłownie stoczą walkę na śmierć i życie. Na dożynkach zostaje wybrana Prim, młodsza siostra Katinss, jednak miłość, przywiązanie i świadomość tego, że Mała by sobie nie poradziła Katinss zgłasza się na ochotnika. W takiej sytuacji to ochotnik idzie na Igrzyska. Do niej dołącza Peeta Mellark. Syn piekarza, który jak się okazuje w przeszłości uratował dziewczynę od głodu. Z jakiego powodu to zrobił, skoro nawet się nie znali? Kto jest zwycięzcą 74. Głodowych Igrzysk? Jak potoczą się losy bohaterów? Jakie decyzje będą musieli podjąć? 
Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Wiele emocji towarzyszyło mi przy jej czytaniu: zdenerwowanie, zadowolenie z niektórych decyzji i podjętych działań, oszołomienie, w niektórych momentach nawet uśmiech. Chyba to jedna z tych nielicznych lektur, która prawie wywołała u mnie łzy. Jak na razie pamiętam tylko dwie takie książki: „Rilla ze Złotego Brzegu” (gdy byłam w szóstej klasie) oraz „Zielona mila” przy pamiętnym momencie. I chyba z czystym sercem mogę stwierdzić, że teraz już będzie tych pozycji trzy. Czytałam ją z zapartym tchem, chociaż wiedziałam, co się wydarzy i jak się skończy, bo oglądałam film. Jednak obejrzenie ekranizacji przed przeczytaniem nie przeszkadzało mi. Przed oczami miałam obraz z filmową wersję, tych wszystkich bohaterów i w ogóle. Przyznam się, porównywałam je. Czy się wszystko zgadza, czy w filmie coś zmienili. Okazało się, że zmienili, ale tylko nic nieznaczące detale.
Styl pisania autorki bardzo przypadł mi do gustu. Lekki warsztat pisarski, wartka akcja oraz bardzo dobrze przemyślana i wyjątkowa fabuła sprawiły, że nie mogłam się od książki oderwać i czytało się ją w zastraszająco szybkim tempie. Intrygująca historia, relacje między bohaterami i ich przemyślane działania bardzo mnie zaskakiwały. Katinss to wyjątkowa dziewczyna, która wie, czego chce, zajmująca się rodziną i domem po śmierci taty. Ona nie załamuje się na Arenie nawet w krytycznych momentach. Cały czas myśl o tym, że jej siostra na nią patrzy i nie może pokazać swojej słabości, aby ta nie cierpiała. Poświęcenie, którego się dopuściła zgłaszając się na ochotnika jest zaskakujące i tylko pokazuje to, jak ważna jest dla niej rodzina. Bardzo ją polubiłam tak samo jak Peete. Ten uroczy chłopak po prostu podbił moje serce. ^^
Mogłabym pewnie jeszcze pisać i pisać o tej książce, ale, po co? Musicie sami się przekonać o jej odmienności w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Suzanne Collins wykonała kawał świetnej roboty. Zaraz zabieram się za drugą część, a mianowicie za „W pierścieniu ognia”. Już nie mogę się doczekać, zupełnie nie wiem czego mogę się po niej spodziewać, bo „Igrzyska śmierci” zupełnie mnie zaskoczyły i teraz już wiem, dlaczego ludzie pokochali tę serię. Ja nie mam innego wyjścia jak tylko gorąco ją polecić. 
"I niech los zawsze wam sprzyja" *

cytat z "Igrzysk śmierci" (s.13, 23)




 

Autor recenzji: Książkówka [ksiazkowka.blogspot.com]

 

Witaj w nowym i okrutnym świecie. W miejscu, gdzie słowo człowiek ma najmniejszą wartość; najwyższą zaś – pieniądz, zaspokojenie głodu oraz nieludzka rozrywka panów tego świata. Jeśli nie potrafisz należycie zadbać o byt swój i swojej rodziny, po prostu giniesz i nikogo ten fakt nie interesuje. Każdy dzień życia musisz okupić własną, ciężką pracą od świtu po zmrok. Tu nic nie przychodzi łatwo, jeśli nie jesteś bogaczem. To miejsce, w którym każdego dnia musisz udowadniać, że zasługujesz na... życie.

 

Ten świat to państwo Panem powstałe na terenie dawnej Ameryki Północnej. Dowodzi nim Kapitol leżący w miejscu dawnych Gór Skalistych, a otacza go Trzynaście Dystryktów. W Dystrykcie Dwunastym mieszka Katniss Everdeen – młoda dziewczyna, od momentu tragicznej śmierci ojca w kopalni, pełniąca rolę głowy rodziny. Oprócz siebie ma na utrzymaniu schorowaną matkę oraz młodszą siostrę Prim. I może, gdyby życie opierało się wyłącznie na zasadach wyznaczonych przez Kapitol, nie byłoby tak źle, jednakże władza postarała się, by mieszkańcom Panem nigdy nie brakowało wrażeń. Corocznie każdy dystrykt musi wyznaczyć dwoje mieszkańców (od dwunastego do osiemnastego roku życia) do udziału w osobliwym turnieju – Głodowych Igrzyskach. Reguły są okrutne: w skrajnych warunkach na śmierć i życie walczy w sumie dwudziestu czterech uczestników, zwanych trybutami. Polem ich walki jest ogromna arena, w obrębie której są zamknięci – zawiaduje nią Kapitol. Przebieg Igrzysk transmituje telewizja, co rok w rok gromadzi rzeszę widzów. Czy Katniss spodziewała się, że tym razem to ona stanie się obiektem, na który zwrócone będą oczy milionów? Na pewno nie i z pewnością bycie jednym z trybutów to ostatnia rzecz na świecie, której pragnęła. Okoliczności sprawiły jednak, że nie miała wyboru – musiała stanąć do walki w krwawym turnieju o trofeum, którym był... własny byt.
Tak pokrótce przedstawia się fabuła bestselleru autorstwa Suzanne Collins pt. „Igrzyska śmierci”. Choć powyższy opis może wydawać się obfity w szczegóły, wierzcie mi, że to możliwie najkrótsza forma zobrazowania tego, co dzieje się w toku akcji. A ta nie daje chwili wytchnienia! Poza świetnym pomysłem na fabułę, cechą charakterystyczną są liczne i znakomite (!) zwroty akcji. W momencie, gdy obiecywałam sobie, że przeczytam jeszcze tylko ten jeden rozdział i zrobię przerwę, działo się coś tak niesamowitego, że czytałam kolejny, potem kolejny i… tak do samego końca. A bohaterowie? Dobrze nakreśleni, wyraziści, niemal jak żywi. Czy znajdzie się jeszcze jakiś atut? Oczywiście, że tak – bez wątpienia jest nim pierwszoosobowa narracja, dzięki której czytelnik dosłownie żyje w Panem, poluje wraz z Katniss i wreszcie uczestniczy w Głodowych Igrzyskach. Nie sposób nie przeżywać przygód głównej bohaterki – wraz z nią czytelnik boi się, śmieje czy wzrusza (tak, nawet mnie się zdarzyło!).
Sam pomysł brutalnego widowiska, który karmi oczy widzów, nie jest w literaturze niczym nowatorskim. Wystarczy pierwszy lepszy przykład z brzegu, jak choćby „Wielki marsz” Stephena Kinga, powstały w 1979 roku. Jednak styl, w jakim Collins zabrała się do tego tematu, mocno przyćmiewa fakt, że „to już przecież było”.
Magda (Książka w Mieście) napisała w swojej recenzji, że powieść ta zasługuje na włączenie w poczet lektur szkolnych – i ja podpisuję się pod tym obiema rękami. Gdyby kanon lektur powiększyć o dzieła Collins, to jestem przekonana, że znacznie większe grono młodzieży czytałoby książki, dodam, że byłyby to wartościowe propozycje, wspaniale oddziałujące na wyobraźnię i pobudzające ją.
Po lekturze czuję się należycie przygotowana tak do obejrzenia ekranizacji „Igrzysk śmierci”, jak i do lektury kolejnej części trylogii. Wiele osób ma już ją za sobą, ale jeśli uchowały się jeszcze jakieś wyjątki, to ja po stokroć namawiam – czytajcie trylogię Suzanne Collins!
Ocena: 6/6

Autor recenzji: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

To była moja druga próba przeczytania tej książki, tym razem udana. Zaparłam się i z trudem, czytając po dwa rozdziały dziennie, skończyłam. Ktoś mógłby zapytać, po co się tak męczyć. Uznałam, że dzieło tak znane i chwalone (nazywane wprost „arcydziełem”) będzie warte włożonego wysiłku. Styl pisania autorki zupełnie mi nie odpowiada (według mnie jest po prostu nudny), ale przesłanie powieści widoczne szczególnie w zakończeniu jest bardzo mądre i pouczające. Wniosek: czasami forma książki nie dorasta do jej treści.

Fabuła nie jest oryginalna (chociaż może w 1968, kiedy pierwszy raz ukazał się „Czarnoksiężnik z Archipelagu”, było inaczej?). Chłopiec z małej wioski uczy się jak być czarnoksiężnikiem i wykorzystywać swoją moc. Najpierw uczony jest przez czarownicę, potem czarownika, a następnie trafia do szkoły magii (wątek znany z dużo późniejszego „Harrego Pottera”, ale zupełnie inaczej opowiedziany). Nauka momentami jest trudna i żmudna. Ged przez swój charakter szybko pakuje się w poważne kłopoty, ściąga na siebie tajemniczy i śmiertelnie niebezpieczny Cień. Większość książki to ucieczka, a później poszukiwanie Cienia. To mag Ogion doradza swojemu uczniowi, żeby zawrócił:

 

„– Jeżeli będziesz szedł przed siebie, jeśli nie przerwiesz ucieczki – dokądkolwiek uciekniesz, wszędzie napotkasz niebezpieczeństwo i zło, ono bowiem cię popycha, ono wybiera dla ciebie drogę. To ty musisz wybierać. To ty musisz poszukać tego, co ciebie szuka. Musisz ścigać to, co ciebie ściga.

Ged nic nie powiedział.

– Nadałem ci imię u źródeł rzeki Ar – mówił mag – nad strumieniem, który spływa z gór do morza. Człowiek może poznać cel, do którego zmierza – ale nie potrafi go poznać, jeśli się nie odwróci, jeśli nie powróci do swego początku i nie zawrze tego początku w swoim istnieniu. Jeśli nie chce być patykiem porwanym przez wir i pochłoniętym przez prąd, musi być samym owym prądem, całym, od źródła aż do pogrążenia się w morzu. Wróciłeś na wyspę Gont, wróciłeś do mnie, Ged. Teraz zawróć już zupełnie z drogi, szukaj swego źródła i tego, co leży przed źródłem. Tam spoczywa twoja nadzieja na odzyskanie siły.”



Fragment może trochę niejasny bez znajomości całej powieści, ale zapewniam, że jeżeli dotrwacie do jej końca, to nie będziecie rozczarowani. Ja zapamiętam walkę Geda z Cieniem i to jaki miała sens. Trochę denerwowało mnie, że autorka nie pozostawia pola do interpretacji dla czytelnika, sama podaje znaczenie wydarzeń, ale z drugiej strony może sama nie umiałabym tak tego trafnie ująć jak ona. Po inne jej książki jednak już nie zamierzam sięgać, może za kilka lat.

Ocena: 4/6

 


 

Autor recenzji: Alannada [luincaerherbata.blogspot.com]

 

Czarnoksiężnik z Archipelagu to chyba najbardziej znana książka Ursuli K. Le Guin, rozpoczynająca równie znany cykl o Ziemiomorzu. Tom ukazał się w 1968. Pierwsze polskie wydanie pojawiło się w 1983 nakładem

Wydawnictwa Literackiego. Kolejne wydania wprowadziło na rynek wydawnictwo Prószyński i S-ka, w latach 1996 i 2010 (strona najnowszego wydania: Czarnoksiężnik z Archipelagu).

Na wyspie Gont żył chłopiec imieniem Duny, zwany potem Krogulcem (jego prawdziwe imię brzmiało Ged). Mieszkał w niewielkiej wiosce i zajmował się pasaniem kóz. Jego ciotka, mądra kobieta z ich wioski, odkryła w nim dar magiczny i przekazała chłopcu okruszyny wiedzy, które miała. Po tym, jak młodzieniec uratował swą wioskę przed najeźdźcami, został on wysłany w świat, aż na wyspę Roke, aby dalej się kształcił.

"Duszę maga wykuwa się w kuźni magii" - jak powiedział Antimodes z Białych Szat, bohater Kuźni dusz Margaret Weis. Taką kuźnią może być także podróż w dorosłe życie przez meandry młodości i dojrzewania.

Wraz z ową podróżą Krogulca (a także tą w krainę wiedzy i mocy), czytelnik uczestniczy w kształtowaniu się charakteru Krogulca, jego osobowości. Poznaje jego rozterki, problemy i radości. Widzi, jak przebywa kolejne próby, jak musi się zmierzyć nie tylko z tym, co wokół niego, ale i tym, co jest w nim: młodzieńczą pychą i pochopnością.

Historia opowiada nam jak z pastuszka z Gontu wyrasta czarnoksiężnik o wielkiej sile i mądrości, opanowany tak bardzo, jak wcześniej był lekkomyślny.

Obserwujemy te przemiany, możemy także zauważyć szczegółowość i wielką realistykę świata przedstawionego przez Ursulę Le Guin. Posiada on własną historię, swoje legendy, tradycje, pieśni, jest w nim zarówno dobro jak i zło.

Ktoś kiedyś powiedział mi, że Czarnoksiężnik z Archipelagu to fajna książka, ale dla dzieci. Moim zdaniem nie jest to prawda, książka jest przeznaczona również dla osób starszych. Nie jest tylko wspaniałą lekturą, ale także może nauczyć, że czasami mądrość leży w milczeniu, a chwila zastanowienia się nad swoimi czynami może zaowocować czymś lepszym, niż robienie czegoś bez zastanowienia.
Jednym słowem - Alannada bardzo poleca!

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Antologia „Science Fiction” to 800 stron czytania, 12 opowiadań polskich autorów i posłowie Tomasza Kołodziejczaka. Wahałam się, czy po nią sięgnąć, czy dam radę przeczytać. Przekonał mnie plebiscyt „Fantastyka 2011” organizowany przez portal Katedra, w którym książka ta otrzymała liczne nominacje, a ostatnio także nagrody (nominacje: najlepsza książka polska; najlepsza antologia; najlepsze opowiadanie polskie – Jacek Dukaj „Science Fiction”, Jakub Nowak „Amnezjak”, Cezary Zbierzchowski „Smutek parseków”; nagrody: najlepsza książka polska, najlepsze opowiadanie polskie: Jacek Dukaj „Science Fiction”).

Książkę udało mi się przeczytać w całości, z jednym wyjątkiem, nagrodzone opowiadanie Jacka Dukaja liczące ponad 200 stron przerosło moje siły (i cierpliwość, jest bardzo nowatorskie i jak dla mnie zbyt „awangardowe”, pewnie krytycy umieją je docenić).

A zaczęło się bardzo obiecująco. Na początek przeczytałam oczywiście opowiadanie pt. „A pierwsi będą ostatnimi” Rafała Kosika. Jest bardzo dobre! Dorównuje jego powieściom Tematem jest kolonizacja obcej planety przez grupkę spokrewnionych z sobą osób, które wybudzane co dwa lata z hibernacji próbują wychowywać nawzajem swoje potomstwo. Interesująco wymyślone, dobrze napisane i zmuszające do myślenia. I takie SF lubię najbardziej! Dwa pierwsze akapity, żebyście mogli się przekonać, jakie ciekawe:

 

„Od chwili, gdy otworzyłem oczy, zostały mi dwa lata życia. Ta przykra wiadomość docierała do mnie bardzo powoli. Budziłem się z narkozy połączonej z gigantycznym kacem, jaki ma się po mieszaniu wszystkiego, co tylko można zmieszać. Nie było w tym wielkiej przesady. Może poza tym, że sen trwał ponad sto siedemdziesiąt lat.

Nie czułem niczego ani niczego nie słyszałem. Uszy wciąż znajdowały się poniżej opadającego żelu fizjologicznego. Wzrok odzyskiwał ostrość. Widziałem rząd przyciemnionych lamp wpuszczonych w bruzdę na białym suficie i odchyloną pokrywę łoża letargowego. Przypomniałem sobie instrukcje postępowania po przebudzeniu. Nie ruszać się, czekać. Poczekam. Czekałem tyle lat, poczekam jeszcze chwilę.”

 

Podoba Wam się? Chcielibyście przeczytać dalej?

W dobrym nastroju rozpoczęłam lekturę pierwszego z opowiadań w antologii pt. „Smutek parseków” Cezarego Zbierzchowskiego i to dopiero było olśnienie! Pierwszy raz czytałam coś tego autora, ale na pewno nie ostatni. Najlepszy tekst z całego zbioru, słusznie nominowany do nagrody. Emigracja ludzi na obcą planetę. Na statku opiekują się nimi obserwatorzy-naukowcy z rożnych dziedzin i komputer pokładowy. Społeczeństwo w pigułce (a raczej w statku kosmicznym). Trzy pokłady, jak trzy kraje, niby-Niemcy, niby-Żydzi, niby-południowcy. Dochodzi do wojny, której sztuczna inteligencja nie pozwala przerwać. Kto rządki statkiem? Co jest prawdą na temat misji, która mają wykonać obserwatorzy? Ważne tematy, zaskakujące zakończenie, świetna konstrukcja fabuły. Po dwóch tak znakomitych opowiadaniach zaczęłam w głowie snuć teorie na temat genialności polskiej literatury SF i jej twórców. A miałam przed sobą jeszcze 10 opowiadań, w tym dwa nominowane do nagrody. Moja radość była trochę przedwczesna.

Trzeci z kolei tekst, „Pseudaki” Pawła Majki swoim niezrozumiałym językiem i trudnym stylem trochę ostudził mój entuzjazm. Za to zakończenie sprawiło, że nie pożałowałam lektury. Tytułowe pseudaki, nowe rozumne istoty i to, co stało się z ludźmi (większość przeniosła swoje życie w wirtualny świat), to czarne, lecz realistyczne wizje, które zostają w pamięci i przerażają.

Następne opowiadania niestety były dużo gorsze, nie będę o nich pisała. Wystarczy, że męczyłam się z czytaniem, ich językiem i stylem. Wyróżnić chciałabym tylko jeszcze jedno opowiadanie – Michała Cetnarowskiego „Godzina nadawania”. Może nie najlepiej napisane, ale ma w sobie „coś”. Tym razem akcja dzieje się na stacji badawczej znajdującej się na orbicie Ziemi.

Podsumowując: dla tych kilku tekstów było warto. Zachęcam, jeżeli ktoś lubi SF. Dzięki tej książce można się przekonać, że u nas nie tylko Rafał Kosik umie pisać literaturę fantastyczno-naukową. U mnie na półce czeka jeszcze jedna antologia wydana przez Powergraph – „Głos Lema”. Ciekawa jestem jej poziomu.

Ocena: 4+/6

 

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Kolejna bardzo wyczekiwana książka, którą udało mi się wypożyczyć dzięki otwarciu nowej biblioteki w Gdańsku – Biblioteki Manhattan. Oczekiwaniu towarzyszyły wielkie nadzieje na ciekawą lekturę, które niestety nie zostały do końca spełnione. Książka jest dobra, ale nie wybitna czy genialna. Nie miałam nawet zamiaru czytać kontynuacji, ale ostatnia strona pozostawia czytelnika z tak wielkim znakiem zapytania, że chyba się jednak skuszę na tom drugi.

Co jest nie tak z „Panem Lodowego Ogrodu”? To dość dziwna powieść, która rozpoczyna się jak SF, od wysłania kosmonauty na obcą planetę, a dalej toczy się rytmem znanym z fabuł fantasy, a może nawet gier RPG. Główny bohater, Vuko Drakkainen (zwany Ulf Nitj’sefni – Wilk Nocny Wędrowiec) przybywa z misją ratunkową, ma odnaleźć zaginionych dwa lata wcześniej naukowców i razem z nimi wrócić do domu albo „posprzątać bałagan”, jeżeli taki po nich pozostał. Od początku historia ma wiele wspólnego z horrorem. Drakkainen odkrywa makabryczne rzeźby zrobione z ludzi, np. jednego z poszukiwanych zamienionego w drzewo, który jednak zachował świadomość i powtarza wciąż „Kill me”. Do tego pojawia się dziwna mgła, która odbiera zmysły i inne potwory, z którymi Nocny Wędrowiec musi walczyć. Stąd moje skojarzenie z grami – bohater idzie, zabija, spotyka nowe postaci, zabija, idzie dalej i tak dalej. Świat, który poznajemy pełen jest magii i nie działa w nim żadna elektronika. Ludzie wierzą w bogów, którzy walczą między sobą i są przyczyną zła, które nagle opanowuje ich kraje. A gdzie chwalona przeze mnie umiejętność Jarosława Grzędowicza do opisywania ludzkiej psychiki i ważnych problemów? Tu złośliwie powinnam zacytować tekst z okładki, że każdy z nas odnajdzie siebie w bohaterach i „coś więcej” w tej historii. Nie wiem, jak mam się identyfikować ze zmutowanym zawodowym mordercą?

Od czwartego rozdziału, po 170 stronach, poznajemy drugiego głównego bohatera, następcę tronu, Odwróconego Żurawia, który przechodzi razem z braćmi szkolenie, by być jak najlepszym władcą. Ten wątek, mający być urozmaiceniem, jest mniej ciekawy, zbudowany jak inne opowieści o dojrzewaniu (jedyny interesujący moment to szkolenie małych zwierzątek przez książęta na trzech wyspach, które mają symbolizować ludzi i kraje). Poznajemy historię i obyczaje planety oczami jednego z jej mieszkańców, jednak jego losy toczą się zupełnie osobno od tego, co czyni Drakkainen. Domyślam się, że cały tom jest takim jakby wstępem do właściwej akcji. Niewiele się dzieje, poznajemy bohaterów i świat, kolejne fragmenty zagadki zniknięcia naukowców. Wszystko to jednak w powolnym tempie, jakby pisarz dał sobie czas i świadomie rozciągał opowieść do kilku tomów. O dziwo, czyta się szybko.

Książka zdobyła bardzo wiele nagród. Oby tom drugi był ciekawszy. A tak rozpoczyna się cześć pierwsza:

 

„Powiadali, że wyszedł wprost z fal Północnego Morza i że zrodził go ich lodowaty bezmiar, a powiła zapłodniona przez morze topielica.

Powiadali, że wyszedł z Pustkowi Trwogi, gdzie powstał jako płód czyichś nieczystych myśli, inny niż pozostałe Cienie. Inny, bo we wszystkim podobny do człowieka.

Mówili, że był synem Hinda, boga wojów, spłodzonym ze śmiertelną kobietą podczas jednej z wędrówek boga pod postacią włóczęgi po świecie.

Mówili, że zrodził go piorun, który zabił stojącą na wydmach Sikranę Słony Wiatr, córkę wielkiego żeglarza Stiginga Krzyczącego Topora. Stała samotnie podczas burzy na klifie, wypatrując na horyzoncie żagli statku swojego ukochanego. Martwa powiła płomienie i wojownika.

Mówili, że pojawił się wprost z nocy, jadąc na wielkim jak smok koniu, z jastrzębiem siedzącym na ramieniu i wilkiem biegnącym obok.

Mówili różne bzdury.

Było całkiem inaczej.

Prawda jest taka, że wypluły go gwiazdy.”

 

A Wam jak podobała się ta powieść?

Ocena: 4+/6

 

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Na tę książkę czekałam bardzo długo i się nie zawiodłam. Trzecia powieść Rafała Kosika jest bardzo dobra. Jest w niej wszystko, co polubiłam w poprzednich, czyli: ciekawa wizja innej planety i jej mieszkańców, zagadka sięgająca początków istnienia wykreowanego świata, ważne pytania: o wojnę, pokój, człowieczeństwo i prawo do zabijania innych, trochę polityki i spraw społecznych. A wszystko to świetnie napisane, fabuła dobrze skonstruowana, zaskakuje czytelnika. Może jedynie ilość opisów bitew i walk bym ograniczyła (ale byłoby to pewnie ze szkodą dla całości).

Historia opowiedziana została dwupłaszczyznowo, z punktu widzenia mieszkańców planety Ruthar Larcke i z punktu widzenia obserwujących ich z pokładu statku kosmicznego Ziemian, którzy przylecieli z misją ratunkową po poprzednią załogę. Bardziej tajemnicze rzeczy dzieją się w kosmosie, niestety jest ich „ilościowo” mniej. Taka podwójna perspektywa bardzo pasuje do tej powieści. Mieszkańcy planety toczą między sobą wojnę, walczą o władzę, nic nie wiedzą o przybyszach z kosmosu. Ich świat to jakby nasze średniowiecze, w którym w czasie jednego pokolenia nastąpił ogromny postęp techniczny. Na potrzeby wojny powstają pierwsze maszyny przypominające ziemskie czołgi, pociągi, karabiny itd. Jest to tym dziwniejsze, że czterysta trzynaście lat wcześniej, podczas pierwszej ziemskiej misji, były tam tylko pola żółtych organizmów. Wiele zagadek, ciekawe dyskusje bohaterów, zwroty akcji i dobre zakończenie. Czego chcieć więcej?

„Kameleon” to zdecydowanie książka, do której chce się wrócić. Przeczytać i zastanowić się nad nią jeszcze raz znając rozwiązanie i odpowiedzi na pytania stawiane w tekście. Ale nie tylko po to, by lepiej poznać fabułę. Rafał Kosik stawia pytania ważne dla każdego człowieka, prowokuje do przemyśleń. Fikcyjne światy i fabuła pozwalają nam wczuć się w nową sytuację i spojrzeć na nasz świat z oddalenia. Później jednak okazuje się, że wcale nie jest to duża odległość. Trochę tak jakbyśmy przeglądali się w krzywym zwierciadle, pewne rzeczy są wyolbrzymione, inne pomniejszone, ale sprawiają, że patrzymy na siebie z ciekawością i dokładnością. Polecam bardzo!

Rozpoczyna się tak:

 

„Noan stał, potrącany przez spieszących gdzieś ludzi, i patrzył w niebo. W gwiazdozbiorze Lisa przybyła nowa gwiazda! To nieoczekiwane odkrycie wprawiło go w takie osłupienie, że zapomniał o wszystkim wokoło. Torba wypadła mu z ręki i pacnęła o chodnik. Zadźwięczały kupione dziś gwoździe. Gwiazda była jaśniejsza od pozostałych. Nowa dziura w sferze niebieskiej, przepuszczająca blask z zaświatów. Noan obserwował niebo od kilku lat, ale nigdy nie spotkał się z pojawiającą się nagle gwiazdą.

Rozejrzał się. Światło gazowych latarni wydobywało odrapane, krzywe domki przedmieścia. Setki butów depczących bruk, stukot kół zaprzęgów, jednostajny szum rozmów. I ani jednego spojrzenia w niebo. Jakby nic się nie wydarzyło.”

 

A już jutro wybieram się na spotkanie z autorem w Empiku, w Galerii Bałtyckiej o godzinie 18 :-).

Ocena: 5/6

 

Autor recenzji: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

I znowu książka Andrzeja Pilipiuka na moim blogu. Chciałam ją porzucić w połowie, czyli po 200 stronach, ale po przerwie jednak do niej wróciłam i doczytałam do końca. Okazało się, że wcale nie jest taka zła, jak na początku myślałam.

Rozpoczyna się bardzo ciekawym opisem końca świata. Chwilę przed katastrofą dwóch nauczycieli zostaje wezwanych do dyrektora i powiadomionych o zbliżającym się nieszczęściu. Informatyk Marek, lat 28, będzie jednym z głównych bohaterów. Razem z poznanym przypadkowo osiemnastolatkiem Staszkiem zgodzą się być niewolnikami kosmity, żeby tylko przeżyć zagładę Ziemi:

 

„– Ziemianie! – Staszek odezwał się ochrypłym, dudniącym głosem.

Natychmiast zorientowałem się, że to obcy w jakiś sposób przemówił, używając jego gardła.

– Czy… – zacząłem.

– Czeka was unicestwienie.

Tyle to i ja wiedziałem. Jak przekonać tego gada, żeby nas stąd wyciągnął? Skoro zabiera całe budynki, powinien mieć możliwości techniczne. Milczy. Czeka na moją odpowiedź? Nie zadał pytania. A, do diabła!

– Czy może nas pan zabrać ze sobą? – zapytałem.

– Nie, To nie jest możliwe. Mogę jednak uratować wasze istnienia, jeśli w zamian zostaniecie moimi… – zatrzymał się na chwilę, jakby szukał słowa: – niewolnikami.”

 

Na zlecenie przybysza z kosmosu zostaną przeniesieni w przeszłość, do Norwegii, do roku 1559. Tam poznają lubelską szlachciankę (mającą ok. 16 lat) pochodzącą z 1864 roku i podobnie jak oni zmuszoną do wykonania dziwnego zadania – odnalezienia tytułowego „Oka Jelenia”.

Choć początek powieści i fabuła zachęcająca, potem jest już nudno. Szesnastowieczna Norwegia, opanowana przez protestantów, którzy mordują katolików, to miejsce niebezpieczne i niezbyt ciekawe do zwiedzania dla przybyszów z przyszłości. Właściwie po przeczytaniu „Drogi do Nidaros” za żadne skarby nie chciałabym się przenieść w tamten świat. Bieda mieszkańców, marne jedzenie, niesprawiedliwe prawa. Marek niczym Robinson Cruzoe zmuszony zostaje do budowania sobie siedziby, szukania pokarmu i walki z nieznajomymi.

W połowie powieść nabiera trochę tempa za sprawą ponownego pojawienia się Staszka. Dowiadujemy się też więcej szczegółów na temat kosmitów i tajemniczej misji. Możliwe, że pierwszy tom jest przydługim wstępem naprawdę ciekawej historii. Postaram się to sprawdzić, sięgając po tom drugi – „Srebrna Łania z Visby”. Skoro sam autor uważa ten cykl za swoje szczytowe osiągnięcie, to coś w tym musi być.

Ocena: 4+/6

 

 

Autor recenzji: Fenrir [zaginionyalmanach.blogspot.com] 

 

Tytuł: Droga do Nidaros.
Autor: Andrzej Pilipiuk
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 398
Rok wydania: 2008 
Cena:
29,99 PLN
Ocena recenzenta: 6+/10

 

Zaczyna się jak u Hitchcocka. Do zagłady naszej planety pozostało kilkadziesiąt minut. Paweł, skromny nauczyciel informatyki nawet nie oczekiwał, że jego życie zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni za przyczyną pewnego kosmity, który zarąbał Bibliotekę Narodową. W każdym razie od tej chwili nic nie będzie już normalne…

Paweł wraz z kolegą zostają uratowani, jednak nie było to bynajmniej powodowane szlachetnymi pobudkami kosmity. Zostali oni wyznaczeni do pewnego delikatnego zadania. Lądują prawdopodobnie w przyszłości (mamy szóste tysiąclecie), jednak świat zatrzymał się na poziomie średniowiecza. Teraz muszą odnaleźć Oko Jelenia. Zadania na dziś? Po pierwsze przeżyć w niegościnnym świecie. Po drugie, dowiedzieć się, co to do cholery, jest to Oko Jelenia!

Obaj mężczyźni nie są nawet trochę przygotowani na to, co zastaną w nowej rzeczywistości. Trzeba przyznać, że średniowieczna Europa swoją kulturą i obyczajami znacząco różni się od czasów dzisiejszych. Handel ludźmi, wyzysk, brudne miasta, problemy z pożywieniem. Śmierć to codzienność. Teraz trzeba ją ominąć szerokim łukiem. Niewiele można powiedzieć o postaciach. Żadną miarą nie rzucają się w oczy, nie są też mdłe i niewyraźne. Po prostu sobie są, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że bez ich obecności ta książka nie miałaby prawa bytu.

Drobnym minusem cechuje się fabuła – czasami trąci zdarzeniami naciąganymi, które podpięte są pod ogólny szkielet fabularny. Mimo wszystko da się to przeboleć, aczkolwiek oczekiwałbym jednak trochę więcej akcji. Na razie przypomina to Robinsona Crusoe w krajach Północnej Europy, co nie daje ciekawego efektu. No nic to, zobaczymy jak będzie w następnych częściach książki.

Trzeba przyznać, że świat, który wykreował Pilipiuk, jest bardzo wiarygodny – od różnic kulturowych, po obyczaje, kończąc na odpowiednio archaicznym słownictwie (na szczęście bez przesady). Mówiąc szczerze, średniowiecze to mój ulubiony okres historyczny. Nawet pomimo ewidentnych wad, które jakoś są zakryte poprzez epickie bitwy, pełne chwały i glorii, nadal jest to niezwykle ciekawy okres w dziejach ludzkości. Dlatego uważam, że osadzenie fabuły tutaj, a nie w czasach starożytnych jest strzałem w dziesiątkę.

Pozycja nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie jest ani zła, ani dobra. Mimo wszystko warto spróbować, jednak nie nastawiajcie się na porcję humoru w ilości Jakuba Wędrowycza.

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Bardzo czekałam na tę książkę, na kolejny po „Księdze jesiennych demonów” zbiór opowiadań Jarosława Grzędowicza. I niestety bardzo się zawiodłam. Nie dlatego, że tom jest zły lub nie wart czytania. Raczej dlatego że miałam zbyt wysokie oczekiwania. Liczyłam, że będzie podobny do tego, co już czytałam, że będzie się wyróżniał świetną psychologia postaci i ważkimi tematami. A on jest dobry, ale nie wybitny. Czyżbym aż tak się pomyliła odnośnie tego autora? Przypisałam mu większy talent niż posiada?

A może przyczyną mojej słabszej oceny jest konstrukcja zbioru, a raczej jej brak, ot jest to zwykła zbieranina tekstów napisanych przez pisarza w ciągu kilku lat i rozproszonych po różnych czasopismach i antologiach. Mamy więc krótkie, lekkie teksty, pisane dla czytelników „Magazynu Faktu” i parę dłuższych opowiadań o naprawdę różnorodnej tematyce. Jest SF i podróże w czasie, równoległe światy, kosmici, a także historia pisana „na nowo”. Jakoś Grzędowicz jako twórca SF mnie nie zachwyca. To chyba nie jest jego gatunek. Zresztą większość opowiadań z tego zbioru szybko zapomniałam. Przeglądając spis treści, nie potrafiłam sobie przypomnieć fabuły większości utworów po tytułach. Wyróżniało się tylko jedno – „Buran wieje z tamtej strony”. Zaczyna się tak:

 

„Gdyby ten człowiek wyszedł na drogę dwie minuty wcześniej, Korpałow przejechałby go i nawet tego nie zauważył. Szerokie gąsienice śniegołaza rozgniatały dziesiątki takich podłużnych zasp, a człowiek leżący na drodze, smagany śnieżnym tajfunem w kilkadziesiąt sekund zamieniłby się właśnie w zaspę.

Tymczasem omal nie przyprawił Korpałowa o zawał serca, bo pojawił się znienacka spomiędzy drzew w świetle halogenowych reflektorów. Chudy, wysoki, w łachmanach, wytoczył się prosto na pojazd i runął na drogę. Wyglądał po prostu jak okręcony szmatami żywy, rozpadający się szkielet.”

 

Dwóch bohaterów – jeden uciekł z syberyjskich łagrów, drugi dobrowolnie przyjechał na wakacje na Syberię. Dwóch ludzi, dwa różne życiowe doświadczenia. Początkowo nawet nie potrafią się dogadać, mimo że mówią jednym językiem. Który z nich mówi prawdę? Czy któryś jest wariatem? Tekst zdobył nagrodę Sfinks za rok 2004. Za to „Wilcza zamieć”, która dostała Nagrodę Zajdla za 2005 rok zupełnie nie w moim guście. Czasy drugiej wojny światowej, podwodny okręt wojenny i nordyccy bogowie.

Opowiadań jest 13. Chyba nie ma sensu ich tu wszystkich omawiać. Niektóre są bardzo krótkie i ich siłą jest zaskakujące zakończenie, więc jeżeli je zdradzę nie będzie, po co czytać. To nie są niestety teksty, do których się wraca. Można je przeczytać, ale nie trzeba. Niedługo na moim blogu napiszę o kolejnej książce Jarosława Grzędowicza pt. „Pan Lodowego Ogrodu”.

Ocena: 4/6

 

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

„Nocny patrol” przeczytałam tydzień temu i choć wydarzenia w nim opisane szybko ulatniają mi się z pamięci, to jednak wiem, że trafiłam na książkę wybitną. Nie trafiłam na nią sama, ale została mi ona polecona przez Wojtka, tak jak wcześniej książki Sapkowskiego, Tolkiena, Carda. Teraz do tej listy dopisuję Łukjanienkę i jestem pewna, że przeczytam jeszcze wiele jego powieści.

Co takiego niezwykłego ma w sobie „Nocny patrol”? Właściwie wszystko! Może czytaliście już książki o wampirach, wilkołakach, „innych” obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami, o walce dobra ze złem itd. W tej książce to wszystko jest, ale jest też dużo więcej. Jest to, co najważniejsze, czyli „drugie dno”, przesłanie, coś nad czym zastanawiamy się jeszcze długo po odłożeniu książki. Kto jeszcze prócz Łukjanienki pisze dziś fantastykę z pytaniami o sens życia, naturę dobra i zła? A raczej przesiąkniętą jakimś takim bólem egzystencjalnym, czy romantycznym weltschmercem. Nie wiem, jak to nazwać. Może po prostu „manichejskie urban fantasy z rosyjską duszą” (tekst z okładki)?

Aż dziwne jest to, że książka tak naprawdę zaczęła mi się podobać dopiero po 150 stronach! Wcześniej parokrotnie powstrzymywałam się, żeby jej nie odłożyć (przecież Wojtek polecał). Myślałam, że cała powieść będzie wyglądała podobnie jak początek, czyli nocne patrole po współczesnej Moskwie, łapanie niepokornych wampirów i tak w kółko bez głębszego sensu. Jakie było moje zdziwienie, gdy dotarłam do końca księgi pierwszej. No właśnie, okazało się, że są trzy księgi (takie rozbudowane opowiadania właściwie), a nie jedna powieść. Do tego każda z części opowiada jakąś jedną historię i kończy się zaskakująco. Kończy się rozważaniami o tym, co w danej sytuacji jest dobre lub złe. O tym, co zrobiono i o tym, co trzeba było zrobić. Nie są to jakieś suche dyskusje, ale rozmowa o najważniejszych faktach z życia bohaterów, o ich losie, a raczej przeznaczeniu. A wszystkie trzy są ze sobą nierozerwalnie powiązane, w każdej następnej dowiadujemy się czegoś nowego na temat wydarzeń i bohaterów.

Chyba niewtajemniczonym powinnam podać chociaż podstawowy zarys fabuły. Głównym bohaterem jest Anton należący do Nocnego Patrolu. Anton jest „Innym”, posiada dodatkowe zdolność pozwalające mu widzieć Zmrok (taki inny świat, bez kolorów, gdzie czas płynie wolniej i jest zimniej) i się do niego przenosić. Każdy Inny może się opowiedzieć po stronie Światłości lub Ciemności. Anton wybrał bycie Jasnym i pracę w patrolu, który kontroluje Ciemnych Innych, żeby zachować świat w równowadze. Tak tłumaczy to Jegorowi:

 

„– Dobrze. w takim razie słuchaj. Prócz zwykłego ludzkiego świata, który jest dostępny twoim zmysłom, istnieje jeszcze jeden świat – świat cieni, Zmroku.

Myślał. Mimo strachu, a bal się okropnie – czułem fale dławiącego przerażenia – usiłował zrozumieć. Niektórych ludzi strach paraliżuje, innym dodaje sił.

Chciałem mieć nadzieję, ze i ja należę do tych drugich.

– Świat równoległy?

No proszę, w ruch poszła fantastyka. Dobrze, co za różnica, nazwy i tak nie mają znaczenia.

– Tak. Do tego świata mogą dostać się tylko ci, którzy posiadają nadprzyrodzone zdolności.

– Wampiry?

– Nie tylko. Są jeszcze odmieńce, wilkołaki, wiedźmy, czarni magowie… biali magowie, czarodziejki, uzdrowiciele, prorocy.

– To wszystko naprawdę istnieje?

Był spocony jak mysz. Włosy mu się zlepiły, koszula przywarła do ciała, po skroniach spływały krople potu. a jednak nadal nie odrywał oczu, szykował się do stawienia oporu. Zupełnie jakby miał na to siły…

– Tak, Jegorze. Czasem wśród ludzi zjawiają się ci, którzy umieją wchodzić w świat Zmroku. Stają wtedy po stronie Dobra lub Zła, Ciemności lub Światła. To Inni. Tak nazywamy siebie – Inni.”

 

Dużo można by tu napisać jeszcze o świecie Zmroku i Innych. Myślę, że dużo przyjemniej odkryć wszystkie tajemnice samemu, czytając książkę. A właściwie serię książek. Po „Nocnym patrolu” ukazał się „Patrol dzienny”, a po nich jeszcze „Patrol Zmroku” i „Ostatni Patrol”. Możecie się ich spodziewać na moim blogu, jak tylko je przeczytam.

Ocena: 5+/6

 

 

]

 

Światłość i Ciemność, dobro i zło, trudna do określenia granica między jednym a drugim… Wampiry, wilkołaki, magowie obu frakcji oraz nieświadomi istnienia Zmroku zwyczajni ludzie. Do tego niewyróżniający się, sympatyczny protagonista oraz odwieczne dylematy i pytania bez jednoznacznej odpowiedzi. Niby nic pionierskiego, jednak podane w moskiewskim sosie (i z wódką) smakuje wybornie. „Nocny patrol” to jedna z tych książek, które garściami czerpią ze schematów, a efekt i tak prezentuje się wyśmienicie.

Świat Innych przedzielony jest prostą z pozoru linią. Zanurzywszy się w Zmroku, wstępujesz albo do Światła, albo do Ciemności. Antoni Gorodecki, główny bohater powieści, związany jest ze Światłością. Co więcej, pracuje on w oddziale Nocnego patrolu, którego zadaniem jest kontrola poczynań Ciemnych. I vice versa zresztą, Dzienny Patrol nadzoruje działania Jasności. Na straży utrzymania statusu quo, czyli utrzymania Patroli w ryzach, stoi zawarty pół wieku temu Traktat. Jasność nie może ot tak wpływać na szczęście ludzi. Ciemność nie może ot tak ludziom szkodzić. Każde posunięcie jednej strony zezwala na ruch drugiej.

Jak wielu z was jeszcze pozostało, nieszczęśliwych i nieumiejących być szczęśliwymi. Jak chciałbym wam współczuć, jak chciałbym wam pomóc. Dotknąć przez Zmrok – odrobinkę, całkiem delikatnie. Dodać nieco pewności siebie, kropelkę optymizmu, gram woli, ziarenko autoironii. Pomóc wam – żebyście wy mogli pomóc innym.
Nie wolno.
Każde czynienie Dobra to zezwolenie na aktywną działalność Zła. Traktat! Patrole! Równowaga świata?
Cierp lub zwariuj, narusz prawo, idź przez tłum, rozdając ludziom nieproszone dary, łamiąc losy i oczekując aż zza którego rogu wyjdą do ciebie byli przyjaciele i wieczni wrogowie, żeby odesłać cię w Zmrok. Na zawsze…


Ustawiczne ścieranie się dwóch antagonicznych sił to fundament trzech opowieści, z których składa się „Nocny patrol”. Historie następują w kilka miesięcy po sobie i właściwie można by je uznać za zwykłe rozdziały. Niemniej jednak nie są one sobie równe. Utwór wprowadzający, „Własny los”, to zdecydowanie najbardziej pochłaniająca część mini zbioru. Przepełniony przygodą, błyskotliwą i gawędziarską narracją oraz humorystyczno-groteskowymi smaczkami wybija się ponad dwa kolejne teksty.

We „Własnym losie” zaznajamiamy się ze wspomnianym już Antonim Gorodeckim, bohaterem i narratorem większości zdarzeń. Poznajemy prawa Zmroku, ciemnej płaszczyzny świata, gdzie nie działają prawa fizyki, a ich analogie. (Dla wielbicieli kotów – one żyją we wszystkich wymiarach). Nierzadko udaje się Łukjanience nas zaskoczyć, czy to opisem świata, czy intrygami Innych. Akcja i moralne dylematy są perfekcyjnie wyważone, skutkiem czego całość łatwo połknąć za jednym zamachem. Z kolei dwa następne opowiadania kładą większy nacisk na etyczne rozważania. Napięcia w nich mniej, zaś fabularne zwroty stają się odrobinę przewidywalne.

Walka Światła z Ciemnością to w istocie poszukiwanie czynnika mogącego zapewnić przewagę nad przeciwnikiem. Gdzie w tej potyczce miejsce na prawdziwe dobro? Czym Światło różni się od Ciemności? Te i podobne zagadnienia zaprzątają głowy wszystkich nowicjuszy Nocnego patrolu. Notabene, jak się po pewnym czasie okazuje, nie tylko samych żółtodziobów. Nawet kilkusetletni magowie bojowi nie są wolni od stawiania sobie pytań. Czyżby tym właśnie charakteryzowała się postawa obrońcy dobra? A może to tylko godne potępienia zwątpienie? Łukjanienko zasypuje tak nas, jak i bohaterów, mrowiem wątpliwości. Co trzeba mu przyznać, robi to niezwykle umiejętnie. Nawet jak na psychiatrę z zawodu.

Wielkim plusem powieści jest realistyczne odmalowanie realiów. Patrole nie są jedynie instytucjami stworzonymi na potrzeby fabuły, bohaterowie nie przewijają się po kartkach tylko po to, by stworzyć tłum. W tej książce wszystko osadzone zostaje na mocnych korzeniach. Jednocześnie Łukjanienko nie pozbywa się rzeczywistej historii świata, a wręcz wplata w nią istnienie Zmroku. Ile prawdy kryje się w mrocznej poezji Poego? Jakimi pobudkami kierowali się wielcy dyktatorzy, Hitler, Kaligula, Stalin? Jak się miały sprawy z systemami takimi jak komunizm? Ano właśnie, siły Światła i Ciemności działają…

Pierwsza część tetralogii „Patrole” to pozycja doskonała dla wielbicieli dobrego fantasy. Znajduje się w niej wszystko, co znajdować się powinno, poczynając od wartkiej akcji, poprzez niebanalne problemy, a na malowniczości i magii kończąc. Wprawdzie nie brak też do bólu rutynowych artefaktów, jak chociażby cudownej kredy, na to jednak łatwo przymknąć oko. A nawet warto. Tym zaś, którym wciąż mało, polecam całkiem niezłą ekranizację pod tytułem „Straż nocna”, której tutaj podaję trailer.

 

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

To kolejna książka Andrzeja Pilipiuka, którą przeczytałam i chcę Wam polecić. Zbiór opowiadań na naprawdę wysokim poziomie. Bez Wędrowycza, za to dwa opowiadania z doktorem Skórzewskim. W sumie 14 tekstów, ponad 500 stron wspaniałej rozrywki.

Autora już chyba nie muszę przedstawiać (można zajrzeć do poprzednich wpisów, a jest ich na moim blogu o jego książkach już sporo), ani jego stylu pisania. Musiałbym powtórzyć to, co już napisałam np. przy okazji „Rzeźnika drzew”. Zamiast tego krótka charakterystyka opowiedzianych historii:

 
„2586 kroków”
– Norwegia 1876/1877, doktor Paweł Skórzewski walczy z epidemią trądu i demonem.

„Samolot z dalekiego kraju”
– mały sklepik na lotnisku odwiedzają podróżnicy z innego świata i ich wygnany król lub wariat.

„Wieczorne dzwony”
– Kijów 1893, dr Skórzewski i tajemnicza choroba na wyspie, która być może graniczy z mityczną krainą nieludzi.

„Parszywe czasy”
– o komuniście chcącym zabezpieczyć się przed wiecznym potępieniem po śmierci i sprzedającym duszę podejrzanej firmie za 50 euro.

„Szansa”
– o zmienianiu historii Polski przez rosyjskiego generała i polskiego rewolucjonistę.

„Mars 1899”
– próba odpowiedzi na pytanie, czy były kontakty z Marsjanami w XIX wieku i jakie mogły mieć konsekwencje.

„W moim bloku straszy”
– list zaniepokojonego mieszkańca bloku, Tomasza Ettera, do ministra spraw wewnętrznych i administracji.

„Atomowa ruletka”
– alternatywna historia Polski, w której wygraliśmy drugą wojnę światową i podporządkowaliśmy sobie Ukrainę, jednym z bohaterów opowiadania jest Hans Kloss

„Wiedźma Monika”
–  historia miłości czarownicy i inkwizytora.

„Griszka”
–  o uzdrowicielu Grigoriju Rasputinie i śledzących go agentach.

„Bardzo obcy kapitał”
– drugi list Tomasza Ettera ostrzegającego tym razem przed kosmitami.

„Vlana”
– dwa światy: ludzi i wampirów połączone jedynie bramami teleportacyjnymi, ale bliźniaczo do siebie podobne.

„Szambo”
– labirynt pod moskiewskim metrem i jego tajemnice, a w tle atak kosmitów.

„Strefa”
– o dziwnych mutacjach w strefie zamkniętej wokół elektrowni w Czarnobylu.

 

Jak widać z powyższego streszczenia opowiadania są różnorodne, dzieją się nie tylko w różnych miejscach, ale i czasach, a nawet w różnych światach. Każde posiada zabawne lub zaskakujące zakończenie. Bohaterowie czasami się powtarzają, ale tym przyjemniej się o nich czyta. Wszystkie mi się podobały, choć „Wiedźma Monika” najmniej. Polubiłam (znanego mi już z „Rzeźnika drzew”) doktora Skórzewskiego i jego przygody. W pamięci zostaną mi też wizje alternatywnej historii Polski, takie jak np. ta z „Atomowej ruletki”:

 

„ – Wiesz dobrze, co było dalej. 27 sierpnia polski ambasador przybył do Kancelarii Rzeszy i złożył na ręce fuhrera akt wypowiedzenia wojny. Przyjechał limuzyną, ale zostawił ją na dziedzińcu tłumacząc się awarią silnika. Opuścił budynek pieszo i złapał taksówkę. Godzinę i dwadzieścia minut później wybuchła podłożona przez niego walizkowa bomba atomowa… Eksplodowała akurat w chwili, gdy Adolf Hitler otwierał naradę sztabu generalnego. Polska armia, choć mobilizację przeprowadzono tylko częściowo, przekroczyła koło południa granicę…

– …zajmując w pasie przygranicznym ogromne składy broni, amunicji i surowców strategicznych, które Niemcy przygotowywali przeciw Polakom – uzupełniłem znowu. – Tysiące czołgów, stojących na lawetach, samoloty na polowych pasach startowych… A wszystko to tylko częściowo obsadzone, bo ich załogi były dopiero w drodze na wyznaczone pozycje. Reszta musiała walczyć bez sztabu, bez wodza, pozbawiona zapasów strategicznych… Pierwszego września padł Berlin…”

 


I jak się Wam podoba taka wizja historii? I czy chcielibyście przeczytać, co byłoby dalej?

Ocena: 5/6

 

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Powinnam się wytłumaczyć. Wiem, że tych książek Andrzeja Pilipiuka jest ostatnio na moim blogu trochę za dużo. Nic niestety nie mogę na to poradzić. Chciałam przeczytać jak najwięcej przed spotkaniem z autorem, ale nigdy nie myślałam, że będzie tego aż tyle i że tak mnie to wciągnie. Na swoje usprawiedliwienie dodam jedynie, że w ciągu ostatnich trzech tygodni czytałam również inne powieści, ale żadna z nich mnie nie zainteresowała na tyle, by ją dokończyć. Ani „Środek lata” Małgorzaty Wardy, ani „Zapiski niewidomego taty” Ryana Knightona, ani „Ja, diablica” Katarzyny Bereniki Miszczuk. Po zaledwie parę stron przeczytałam utworów takich, jak: „Krucha jak lód” Jodi Picoult, „Dziewczyny z Portofino” Grażyny Plebanek, „Podatek” Mileny Wójtowicz.

„Kuzynki” to niestety pierwsza powieść Pilipiuka, do której mam „ale”. Przeczytałam ją, ale to już nie to. Mniej zabawne, mniej pomysłowe, mniej nowatorskie niż poprzednio poznane przeze mnie opowiadania i powieść „Operacja Dzień Wskrzeszenia”. Przede wszystkim mniej wciągające. Przez 200 stron nic się właściwie nie dzieje (a powieść liczy 285 stron). Ktoś może powiedzieć, że moja słabsza ocena wynika ze zmęczenia pisarzem i jego stylem. Jednak po „Kuzynkach” przeczytałam jeszcze gruby tom opowiadań, który bardzo mi się podobał, więc ten argument odpada.

Ta powieść powstała z opowiadania i to chyba się czuje. Jest jakaś „rozwleczona” (podobnie jak „Popiół i kurz” Jarosława Grzędowicza również rozwinięte z opowiadania i "sztucznie" powiększone). Tytułowe kuzynki to: długowieczna alchemiczka – Stanisława Kruszewska oraz informatyczka pracująca dla CBŚ nad tajnym projektem – Katarzyna Kruszewska. Ten niezwykły duet uzupełnia trzecia główna bohaterka: serbska księżniczka-wampirzyca Monika Stiepankovic. Brzmi ciekawie, prawda? Tylko trzeba by wymyślić jakieś wydarzenia do tego, poza poszukiwaniem siebie nawzajem, poznawaniem i zaprzyjaźnianiem dziewcząt, pracą w szkole i biurze CBŚ, szukaniem alchemika Sędziwoja, który umie wyprodukować kamień filozoficzny dający wieczne życie lub złoto.

Nie jest jednak aż tak źle. „Kuzynki” to po prostu książka dla fanów Pilipiuka. Jest w niej kilka bardzo „pilipiukowych” smaczków. Np. Stanisława czyta poleconą jej przez Kasię książkę o przygodach Jakuba Wędrowycza:

 

„Zwyczajny poniedziałkowy wieczór w mieszkaniu przy Plantach. Stanisława czyta sobie książkę. Dostała ją od kuzynki, ponoć to coś fajnego. Z pierwszych stron wydedukować można, że dzieło opowiada o przygodach egzorcysty – alkoholika. Tak, polska literatura zdecydowanie zeszła na psy… Ciekawe swoją drogą, kto to napisał? Grafoman nieprzeciętny. Na wewnętrznej stronie okładki umieszczono fotografię autora. Paskudna gęba, zarośnięty jak artysta, nóż sam się w kieszeni otwiera…”

 

W końcowych partiach książki, na wieczorze staropolskim organizowanym przez kuzynki, pojawia się nawet sam autor w towarzystwie pisarza Jacka Komudy:

 

„Stojący obok Wielki Grafoman w haftowanej ukraińskiej koszuli nic jeszcze nie wyciągnął, ale wyraz jego oczu nie wróży nic dobrego. Facet z sanepidu nie wie, że to prawdziwy wariat, potrafiący napisać książkę w dwanaście dni.”

 

Właśnie tego typu sceny, pisane z przymrużeniem oka, najbardziej mi się podobały i dzięki nim „Kuzynki” zostaną mi w pamięci i czasu na ich czytanie bynajmniej nie uważam za stracony. Jednak czytelnikom nie znającym twórczości pisarza nie polecam rozpoczynania przygody z jego twórczością akurat od tego dzieła. Sama zastanawiam się, czy sięgnąć po dwa kolejne tomy: "Księżniczkę" i "Dziedziczki". Jeżeli są słabsze, to będzie to duże rozczarowanie. Z drugiej strony nic nie szkodzi spróbować, podoba mi się lekkość tematyki i radość życia, która jest w tę powieść wpisana, o czym niech świadczy końcowe zdanie:

 

„Sędziwój, pijąc lekkie, gruzińskie wino, spogląda w przyszłość z radością i nadzieją, bo podobnie jak trzy dziewczyny śpiące na tapczanie wie, że życie jest świętem.”



Ocena: 4+/6

 

 

Autor recenzji: ZaczytAnia [zaczytania.blox.pl]

 

fantastyka kameralna

Po raz pierwszy w życiu przeczytałam książkę z zakresu fantastyki, myśląc jednocześnie o tym, że na jej podstawie mogłoby powstać intrygujące… przedstawienie teatralne. Było to o tyle niezwykłe, że jako zdeklarowana książkoholiczka najbardziej lubię opowieści słowne i chociaż przetwarzam sobie czytane teksty na coś w rodzaju filmów (wyświetlanych na ekranie wyobraźni), to rzadko zdarza mi się zastanawiać nad tym, jak można by było daną historię zekranizować w konwencjonalnym znaczeniu tego słowa. A czytając "Kuzynki" Andrzeja Pilipiuka, nieustannie wyobrażałam sobie, jak mogłaby wyglądać scenografia do poszczególnych scen oraz zastanawiałam się nad tym, czy (i jak) niektóre z nich dałoby się jeszcze bardziej ukameralnić.

Przypuszczam, że sztuka na podstawie tej powieści najbardziej spodobałaby się tym widz(k)om i aktorkom, które narzekają na deficyt tzw. dużych ról kobiecych w kinie i teatrze, bo w "Kuzynkach" trzy główne bohaterki są kobietami.

Katarzyna Kruszewska jest agentką CBŚ, która wykorzystuje tajny prototypowy system komputerowej identyfikacji przestępców do zbadania rodzinnej legendy o kuzynce, która nigdy się nie zestarzała – i przekonuje się, że naprawdę istnieją ludzie, którzy żyją całe wieki, a jej kuzynka jest jedną z nich.

Stanisława Kruszewska żyje od czterystu lat dzięki tynkturze wyprodukowanej przez znanego alchemika – wystarczy, że raz na stulecie zażyje jedną jej dawkę. Niestety, skończył jej się właśnie zapas, który od swojego mistrza otrzymała, więc próbuje alchemika odszukać.

O trzeciej bohaterce, tysiącletniej wampirzycy, najchętniej nic bym nie napisała, by nikomu nie zepsuć niespodzianki… ale to nie miałoby żadnego sensu, bo raz dwa dowiedzielibyście się (z innych źródeł), że jest nią Monika Stiepankowić, śliczna blondyneczka, wyglądająca na szesnastolatkę, która trafia do Polski z ogarniętych wojną Bałkanów dzięki stacjonującym tam naszym żołnierzom.

Czy te kobiety się zaprzyjaźnią? Czy odszukają alchemika i zdobędą kolejne porcje kamienia filozoficznego (tynktury)? Jak zakończy się ich starcie z polującymi na ‘nieśmiertelnych’ psychopatami?  – O tym przekona się każdy, kto "Kuzynki" przeczyta. A lektura to dosyć sympatyczna, choć niepozbawiona wad.

Mnie najbardziej podobało się to, że Monika jest wampirem wyposażonym nie w charakterystyczne i znane skądinąd kły, ale w ssawkę – co jest zgodne z wierzeniami dawnych Słowian, należącymi do (dość, przyznaję, szerokiego) kręgu moich zainteresowań. Ciekawie wypadły też nawiązania do innych utworów Pilipiuka oraz fakt, że autor uczynił samego siebie i Jacka Komudę bohaterami opowiadanej historii.

Najbardziej irytowała mnie natomiast nachalność z jaką Pilipiuk lansuje w tej opowieści swoje poglądy polityczne (startował w wyborach parlamentarnych z list Unii Polityki Realnej) i religijne. Obawiam się nawet, że bardziej zadziałał mi na nerwy fragment, w którym Monika spluwa na widok neopogan, bo "Była chrześcijanką jeszcze w czasach, gdy miejscowe dzikusy zarzynały niemowlęta na ofiarę swoim bałwanom" niż schematyzm w konstrukcji głównych postaci i wszystkie niekonsekwencje fabularne razem wzięte. Wydaje mi się bowiem, że członek wspólnoty odpowiedzialnej za inkwizycję i krucjaty nie ma prawa do wywyższania się nad wyznawcami żadnej innej religii (aczkolwiek nie żądam od nikogo bicia się w piersi za cudze grzechy - co w równym stopniu dotyczy chrześcijan i pogan).

Mimo wszystkich swoich wad, mają "Kuzynki" pewien urok, który na mnie akurat działa... ;)



Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Książek Andrzeja Pilipiuka na moim blogu ciąg dalszy. W ekspresowym tempie nadrabiam zaległości, już w sobotę spotkanie z pisarzem w nowej bibliotece Manhattan w Gdańsku! „Rzeźnik drzew” to zbiór 12 opowiadań (tym razem bez Jakuba Wędrowycza). Zastanawiałam się, co je łączy. Dwa pierwsze są zdecydowanie w stylu Wędrowycza (zabawne, trochę absurdalne), a w pozostałych przeważa motyw podróży w czasie (znany mi z „Operacji Dzień Wskrzeszenia”, pisane w podobny sposób, „na poważnie”). Wszystkie teksty czyta się z przyjemnością, mają charakterystyczne zaskakujące zakończenia.

Najbardziej dziwi mnie to, że nie przeszkadza mi w nich duża dawka historii, jej ważna rola (nigdy nie przepadałam za historią i powieściami historycznymi). Autor umieszcza akcję swoich opowiadań w różnych miejscach (jednak najczęściej w Warszawie) i czasach: cmentarz na Powązkach, Warszawa w czasach PRL-u, Sankt Petersburg 1903 r., wieś Zgniła Woda, okolice Dniepru, Syria 1923 r. Tematy poruszane przez Pilipiuka również są bardzo urozmaicone: alternatywna wizja dziejów Polski i świata, nawiedzony teatr, kosmici, smok i chińskie jajka, droga do Raju, „zombiaki”, „łotrowskie” drzewo, tajemnicza biblioteka, badania archeologiczne. Dziwna mieszanka. Ja bym je chyba pogrupowała tematycznie i wydała osobno, w mniejszych zbiorach, np. tom z tekstami o Warszawie lub o podróżach w czasie czy światach alternatywnych. A może taka różnorodność to zaleta?

Po prawie pięciuset stronach „Rzeźnika drzew” wydaje mi się, że znam już styl Andrzeja Pilipiuka trochę lepiej. Sposób pisania, kształtowania bohaterów, tematy, rozwiązania fabuły. Wciąż jednak nie mam dość. Zaczęłam kolejny tom opowiadań. Tak samo ciekawe.

A na koniec do poczytania cytat z jednego z opowiadań – „Bunt szewców”. Amiwelechus Marv, pochodzący z innego świata, wypowiada się na temat ziemskiej cywilizacji w ten sposób:

 

„A jednak czuję niesmak. Trudno to wytłumaczyć, kto cale życie obcował z wytworami techniki. Nauczyłem się używać komputera, rozmawiam przez telefon. Elektryczność czy silnik spalinowy nie budzą mojego zdziwienia, a jedynie odrazę. Żyjąc wśród ludzi, musiałem przyjąć pewne obowiązujące tu reguły. Ale nie rozumiem ich.

Ziemska cywilizacja dokonała dziwnego skrętu, coś przetrąciło jej kręgosłup. Nie potrafili w porę zatrzymać postępu i teraz technika pożera ich świat. Nawet nie dostrzegają, jak bardzo technika zmieniła ich mentalność. Nie umieją już żyć bez ułatwień. Zmiękli, zdegenerowali się, wyrodzili. Nie są w stanie cieszyć się codziennym trudem, wysiłkiem, bólem zmęczenia. Płaczą, że nie mają pracy, a jednocześnie od setek lat konstruują coraz wymyślniejsze maszyny, by się od tej pracy uwolnić.

Wolne chwile zatruwają oglądaniem telewizji albo czytaniem. Nie mając własnych kłopotów, przejmują się zmyślonymi problemami innych. Pamiętam głęboki szok, który przeżyłem, gdy zorientowałem się, że miliony ich książek są prawie bez wyjątku wyssane z palca. Ale zaraz zrozumiałem, dlaczego nasi mędrcy nazwali ten świat „Ziemią Kłamców”.

 

Pod wpływem tego tekstu przyszło mi do głowy pytanie: A czy Wy umiecie się cieszyć „codziennym trudem, wysiłkiem, bólem zmęczenia”?

Ocena: 5/6

 

PS Zapomniałam wspomnieć o okładce „Rzeźnika drzew”, która wyjątkowo, w przypadku wydawnictwa Fabryka Słów, bardzo mi się podoba.

 

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Po tę książkę nie sięgnęłabym nigdy kierując się ilustracją na przedniej i opisem na tylnej stronie okładki. Zdecydowanie by mnie zniechęciły, do tego według mnie nie oddają dobrze treści. Bohaterami są młodzi ludzie podróżujący w czasie, by odwrócić losy świata i nie dopuścić do trzeciej wojny światowej. Autor, w którymś z wywiadów sugerował, że pisał tę powieść dla młodzieży. I rzeczywiście przez pierwsze 200 stron widać wyraźnie, że mogłaby to być książka dla nastolatków. Trzeba by tylko dać trzech sympatycznych chłopców i jedną dziewczynę na okładkę, a z tyłu opisać początek ich przygód. Jednak w połowie książki zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście jest to lektura, której modelowy czytelnik powinien mieć 17-24 lata (tyle mają bohaterowie). Drastyczne opisy torturowania więźniów podczas przesłuchań raczej w tego typu literaturze się nie pojawiają. Dla kogo więc jest ta książka przeznaczona?

Styl narracji raczej dostosowany do młodego odbiorcy, trudniejsze słowa czy zagadnienia od razu wytłumaczone. Jednak później fabuła jakby „zaczyna żyć własnym życiem”. Bohaterowie nie tylko popadają w tarapaty, trafiają do więzienia, są torturowani, głodzeni, sądzeni, skazani na ciężkie roboty, widzą chorych na dżumę i umierających, grzebią zmarłych. Misja mająca zbawić świat zmusza ich do większych poświęceń niż wymaga się od tradycyjnych superbohaterów, którzy wychodzą cało z najgorszych opresji jedynie z lekkimi zadrapaniami. Pilipiuk wysyła Magdę, Filipa, Michała i Sławka z 2014 roku do początku XX wieku, a później do wieku XVII i bardzo się stara, żeby ich przygody były jak najbardziej wiarygodne. Topografia Warszawy, zwyczaje, monety, ówczesna wiedza – wszystko to musi się zgadzać (autor z wykształcenia jest archeologiem, co chyba tłumaczy tę pasję szczegółowego odtwarzania przeszłości). Jedynie w warstwie językowej stylizacja jest bardzo ograniczona (czasownik przesunięty na koniec zdania w wypowiedziach bohaterów siedemnastowiecznych). Może dlatego że świat przedstawiony ma być odbiciem przeszłości, to i fabuła, mimo że fantastyczna, jest dostosowana do realiów historycznych, nieraz bardzo okrutnych, czasów wojny, zaborów czy zarazy?

Najważniejsze jednak, że książkę czyta się znakomicie. Zagadkowy początek, ściśle tajny Instytut Fizyki Doświadczalnej w Warszawie, inteligentni bohaterowie, którzy od razu domyślają się swojej misji:

 

„– Co możemy zrobić? – zapytał Filip. – Cofnąć się i…?

– To właśnie będzie waszym zadaniem. Jeśli wam się powiedzie, ten wariant historii po prostu nie zaistnieje. Powiem patetycznie: uratujecie ludzkość.

– My? – wyrwało się Sławkowi.

– Jedno z was. Albo ktoś z poprzednich grup. Skorygujecie błąd historii.

– Będziemy bohaterami – mruknęła Magda – A przynajmniej ten, kto tego dokona…

– Nie. – Profesor pokręcił głową. – Jeśli wszystko wróci na swoje miejsce, nikt nie będzie o tym pamiętał. Ta wojna, która dla nas jest przeszłością, nie zdarzy się nigdy. Tylko ten z was, który wykona zadanie i powróci do naszych czasów, będzie miał świadomość tego, co się tak naprawdę wydarzyło. Dla wszystkich innych to nie będzie nawet zły sen.

– To co się z nami stanie? – zdziwił się Sławek.

– To zależy od tego, co robiliście przed wybuchem wojny. Będziecie mieszkać tam, gdzie mieszkaliście, będziecie zdrowi, szczęśliwi i nieświadomi niczego.

– Nasze rodziny? – głos Magdy zadrżał.

– Wszyscy, którzy zginęli podczas wojny, będą żywi. Dlatego nazwaliśmy to „Dniem Wskrzeszenia”. 

 

Alternatywna wizja dziejów Polski i powroty do przeszłości, które możemy odbyć dzięki wspaniałej wyobraźni i wiedzy autora są bardzo interesujące. I to, co w literaturze SF tak cenne – materiał do przemyślenia: dlaczego tak a nie inaczej ułożyła się przyszłość, czy można było tego uniknąć? Maleńki zarzut mam do konstrukcji bohaterów, zbyt ubogo wyposażonych w cechy indywidualne. Ale poza tym te prawie 500 stron to świetna rozrywka.

Mimo że temat podróży w czasie eksploatowany był już wielokrotnie przez kino i literaturę, to Pilipiuk robi to po swojemu. I co ciekawe jego styl zupełnie różni się od tego prezentowanego w tomie pierwszym przygód Jakuba Wędrowycza (jakbym czytała utwory dwóch różnych autorów). Jestem pod wrażeniem jego wszechstronności, tu SF, tam fantasy, tu historia Polski (prawdziwa i wymyślona), tam humor i absurd. Czytam teraz trzecią książkę, tom opowiadań, tym razem bez Jakuba. I wciąż nie mam dość. Naprawdę warto poznać tego pisarza.

Ocena: 5/6

 

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Po tę książkę sięgałam kilka razy i odkładałam ją z powrotem na biblioteczną półkę. W końcu gdy zobaczyłam drugą część – „Ja, anielica” i wcześniejszą powieść autorki „Wilczyca”, pomyślałam, że skoro napisała już kilka książek to nie mogą być takie złe. Zaciekawiła mnie również informacja z okładki, że Katarzyna Berenika Miszczuk swoją pierwszą powieść „Wilk” (2006) napisała w wieku piętnastu lat (wydała ją jako osiemnastolatka).

Przyznam, że trochę dziwnie czytało mi się książkę napisaną przez osobę tak młodą (do tego sześć lat młodszą ode mnie). Właściwie cały czas o tym myślałam. Zamiast wczuć się do końca w akcję, zastanawiałam się, co autorka ciekawego jeszcze wymyśli. Ani na chwilę nie straciłam poczucia „literackości” (czy „papierowości”, nie wiem jak to nazwać). Cały czas wiedziałam, że to tylko fikcja. A dobre książki przecież powinny przenosić nas niezauważalnie w swój świat, porywać w wir akcji. Ich bohaterowie powinni być tak prawdziwi, że bez problemu będziemy chcieli się z nimi zaprzyjaźnić lub ich „znielubimy”. Jednak czytałam dalej i czytałam z przyjemnością. Przypominało mi się „Dożywocie” Marty Kisiel. Również bardzo „literackie” (pełne nawiązań do romantyzmu, gry z konwencjami). Podczas lektury obu miałam podobne odczucia, że to jednak nie jest wielka literatura. Jednak gdy minął jakiś czas, zauważyłam, że wspominam świat powieściowy z uśmiechem, że zostały mi w pamięci nietuzinkowe i zabawne postaci. I że chętnie bym do tego świata wróciła.

„Ja, diablica” oparta jest na interesującym pomyśle, zabawnych bohaterach i opowiedziana została łatwym, lekkim językiem. Jednak to raczej czytadło. Albo po prostu książka, po którą sięgniemy, żeby się odprężyć. Trzeba podchodzić do niej wyłącznie „rozrywkowo”, wtedy się nie rozczarujemy.

Wiktoria Biankowska zostaje zamordowana i trafia do pokoju nr 6 w piekle, które przypomina zwyczajny urząd. Podpisuje tam umowę, w której zgadza się przyjąć posadę diablicy i targować się z aniołami o dusze zmarłych ludzi:

 

„– I co dalej? Mam dla was pracować?

– Tak, będziesz robiła to samo, co Azazel. Rekrutowała nowych obywateli Piekła.

– Znaczy potępionych? – zakpiłam

Diabeł skrzywił się.

– To nieładnie brzmi. Obywatel Piekła jest wdzięczniejszym określeniem. Poza tym jest bardziej poprawne politycznie. Musisz zrozumieć różnice pomiędzy Piekłem a Niebem. Tu i tu jest fajnie i wszyscy są szczęśliwi. Tyle że w Piekle jest weselej. My mamy różnego rodzaju używki, sporty ekstremalne i inne zabawne rzeczy. Tu wszystko, no prawie wszystko, jest dozwolone. Za to w Niebie jest spokój, wyciszenie i wspólne śpiewanie. Nuuuudaaaa…

– Zaraz – przerwałam mu. – Czyli na to wychodzi, że wszystkich po śmierci czeka nagroda? A co z mordercami? Gwałcicielami?

– A to inna bajka. Oni przestają istnieć. Ich byt wewnętrzny, dusza, ka, rozum, czy jak tam zwał, znika. Sądzisz, że chcemy mieć w Piekle takich degeneratów? – obruszył się. – To co o by było za Piekło? Musisz zrozumieć, że znajdziesz się teraz w miejscu wiecznej zabawy. Z mordercami czy psychopatami nie ma dobrej zabawy…”

 

Piekło okazuje się rzeczywiście bardzo pięknym i miłym miejscem, pełnym znanych ludzi (Kleopatra – to jedna z nowych „przyjaciółek” Wiki; epizodycznie pojawiają się: Marilyn Monroe, Montezuma II, Elvis Presley, Hernan Cortes, Katarzyna II, Król Artur, Jim Morrison, Kurt Cobain, Edith Piaf, Napoleon, Cezar, Marek Antoniusz), a opiekunem Wiktorii zostaje przystojny diabeł Beleth. Ona sama zamieszkuje w willi nad morzem w Los Diablos, dostaje „piekielny” klucz, dzięki któremu może wracać na ziemię do Piotrusia, w którym jest zakochana bez wzajemności i przenosić się w inne wybrane przez siebie miejsca na świecie. Świetne są sceny rozmowy ze Śmiercią czy bal u Szatana. Warto je przeczytać.

Książka ma ponad 400 stron jednak czytanie jej nie nuży. Myślę, że powstałaby na jej podstawie bardzo zabawna komedia. Jest w niej zagadka, zwroty akcji, niebezpieczne sytuacje. Z wielką chęcią sięgnę po kontynuację – „Ja, anielica”, a później kto wie, może nawet po kolejne książki. Autorka właśnie skończyła pisać trzecią część serii z Wiktorią pt. „Ja, potępiona”. 

Ocena: 5-/6

 

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Po świetnym „Diable na wieży” (2005) nie mogłam się doczekać przeczytania kolejnych książek Anny Kańtoch. Jako następne udało mi się wypożyczyć „Miasto w zieleni i błękicie” (2004) i bardzo się rozczarowałam. Nie byłam w stanie go przeczytać, zupełnie mnie nie wciągnęło, mimo że z wywiadów z autorką wiedziałam, że akcja powieści toczy się w tym samym świecie, co opowiadania, tylko sto lat później. Trochę z obawą sięgnęłam po „Zabawki diabła” (2006), drugi tom przygód Domenica Jordana. Zdążyłam już zapomnieć, co podobało mi się w części pierwszej, ale szybko sobie przypomniałam.

Od pierwszego opowiadania z wielkim zaciekawieniem śledziłam wydarzenia, które działy się bardzo szybko, bez żadnych momentów przestoju czy dłużyzn. Świetnie skonstruowane i przemyślane zagadki nie pozwalały mi odłożyć książki przez długi czas. Dokładnie tyle, ile zajmuje przeczytanie czterech opowiadań. Niestety piąte jest zupełnie nieudane, a szóste, ostatnie, jedynie średnie. Jednak całość oceniam bardzo pozytywnie. Świetnie koresponduje z częścią pierwszą. Na początku dowiadujemy się jak wyglądało dzieciństwo Domenica, poznajemy jego starszego brata – Linusa, kuzynkę – Alais i brutalnego ojca. Właściwie to cofamy się w przeszłość, by poznać odpowiedź na pytanie, co ukształtowało i na zawsze zmieniło jego życie. Mroczna tajemnica, ledwie wspomniana w pierwszym tomie, w drugim w końcu wychodzi na jaw i uzupełnia portret niezwykłego detektywa badającego zjawiska z pogranicza świata realnego i świata magii, duchów i potworów. Później wracamy do momentu, w którym skończył się tom pierwszy, Jordan wraca do domu, w którym wszystko jest już inne, a bliskie osoby zmieniły się nie do poznania:

 

„– Witaj Alais – powiedział miękko.

Alais, jego kuzynka, a teraz także żona jego brata, nie odpowiedziała. Jej błękitne oczy były szeroko otwarte, jasne włosy naturalnymi lokami opadały na blade czoło i szyję. Przekroczyła trzydziestkę, skórę miała mniej jędrną, rysy ostrzejsze, a w kącikach oczu rysowały się kurze łapki. Świeżość młodzieńczej urody przeminęła, ale ona wciąż była piękna jak dzika róża zerwana z łąki i zasuszona.

Zamrugała. Poznała go, choć nie widzieli się od piętnastu lat. Pomyślał, jak dziwnym musi się jej wydawać w swoim modnym i eleganckim, lecz całkowicie czarnym stroju, który przypominał ubiór księdza albo diabła z jasełek.

– Domenic… Nie powinieneś tu wracać…

– Mnie także miło cię widzieć, kuzynko.

Nie uśmiechała się. Alais, którą pamiętał z dzieciństwa nie miała poczucia humoru. A także wielu innych ludzkich cech. Była błogosławiona, rozmawiała z aniołami i czyniła cuda, bo przepełniała ją moc boża.

Potem tamta Alais umarła, a na jej miejsce zjawiła się ta kobieta. Jordan niewiele o niej wiedział.

Wyciągnęła ręce. Gdy podszedł, by ją przywitać, cofnęła się spłoszona.

– Jestem brudna od krwi – wymruczała.

– Co tu się stało?”

 

Opowiadania są miedzy sobą bardziej lub mniej powiązane przez postaci i wydarzenia. W zakończeniu w zaskakując sposób wydarzenia zazębiają się ze sobą, przez co jest jeszcze ciekawiej.

Bohaterowie są świetnie wykreowani, nawet ci drugoplanowi posiadają charakterystyczne rysy, głębię i swoje tajemnice. Ten rys psychologiczny podoba mi się w opowiadaniach Kańtoch najbardziej, obok wątków kryminalnych, które wymyślone są po mistrzowsku. Na okładce nazwano „Zabawki diabła”: „Z archiwum X”, ale „w świecie powozów i naftowych lamp”, Domenica Jordana – Sherlockiem Holmesem „w świecie, w którym sprawcami zbrodni mogą być duchy nieczyste”, a mrok i atmosferę tajemnicy porównano do tych z dzieł Edgara Allana Poe. Trochę za dużo tych porównań. Dla mnie opowiadania Anny Kańtoch są ciekawsze od tych pisanych przez Edgara Allana Poe, kosmici w nich nie występują, więc „Z archiwum X” to nie jest, a każdego detektywa na dobrą sprawę porównuje się do Sherlocka Holmesa, choć on był wyjątkowy i takie porównanie nie ma sensu.

Według mnie Anna Kantoch stworzyła oryginalny świat i bohatera. Wchodząc do tego świata nigdy nie wiemy, czego się spodziewać. Zaskakują nas „święci” obdarzający ludzi różnymi mocami w zamian za okaleczenia lub pod wpływem kaprysu (a to jeszcze nie cała prawda o ich naturze), do tego biskup, który niekonwencjonalnymi metodami stara się wprowadzać spokój i porządek, a korzysta przy tym nie tylko z pomocy Domenica, ale i czarownicy. Podczas czytania opowiadań odwiedzamy zamek, w którym wychowywał się Domenic i poznajemy nie tylko jego brata i ojca (opowiadanie „Mandracourt”), ale także „świętego”/demona związanego z rodziną („Strażnik Nocy”), małe miasteczko Sent Chely, gdzie mieszka bratanica Jordana, a małe dzieci podejrzanie często znikają („Cień w słońcu”), szpital wariatów, w którym wydarzył się „cud” – posagi zaczęły płakać krwawymi łzami („Ciernie”), miejscowość Mirabel podczas wielkiego karnawału, w której mieszka obciążony wieloma wadami dziedzicznymi ród Dairesów („Karnawał we krwi”), a na koniec przenosimy się do stolicy – Alestry, gdzie Domenic ma do rozwiązania aż trzy zagadki morderstwa w ramach zakładu ze swoim studentem (tytułowe „Zabawki diabła”).

„Zabawki diabła” to zdecydowanie bardzo dobra książka. Łatwo się takie poznaje, bo gdy tylko je otwieramy i zaczynamy czytać, wszystko inne „znika” i przestaje być ważne. Czas płynie błyskawicznie, a my tego nie zauważamy. Jeżeli akurat jest noc, to z trudem odrywamy się i idziemy spać, albo i nie. Ciekawa jestem, czy będą kolejne tomy z przygodami Domenica Jordana. Mam nadzieję, że tak i że będą tak samo inteligentnie i zabawnie opisane.

Ocena: 5-/6



Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

Ponieważ nie mogę nigdzie wypożyczyć „Kameleona” (2008) Rafała Kosika, bardzo się ucieszyłam, gdy odkryłam, że autor napisał jeszcze jedną książkę dla dorosłych czytelników, oprócz powieści „Mars” (2003) i „Vertical” (2006), zbiór opowiadań „Obywatel, który się zawiesił” (listopad 2011). Wydany w twardej okładce, z futurystyczną ilustracją autorstwa samego Kosika (wydawnictwo Powergraph też jest jego własnością), ok. 345 stron, zawiera 10 opowiadań o różnej długości (od 6 do 68 stron). Jednak radość trwała krótko.

Jeszcze w drodze powrotnej z biblioteki, w tramwaju, przeczytałam pierwsze z opowiadań, tytułowe – „Obywatel, który się zawiesił”. I okazało się, że to nie typowe SF, raczej przypomina film sensacyjny o mężczyźnie, który zwariował, zabarykadował się w domu i zabija każdego, kto się do niego zbliży, a to wszystko z powodu niezapłaconego podatku za zamknięcie własnej firmy. Oto fragment rozmowy policjantów obserwujących jego dom:

 

„– Kapitan Preis – przedstawił się – Prosił pan o wsparcie.

– Prosiłem o brygadę antyterrorystyczną.

– Są w drodze. Kto tam jest?

– Nazywa się Łukasz Wroński. Były biznesmen. Miał sporą firmę handlującą roślinami doniczkowymi. Obecnie pewniak do psychiatryka albo jeszcze lepiej do kostnicy. Na posesji leżą ciała czterech ochroniarzy i dwóch naszych.

–  Jezu! Co mu odwaliło?

– Odmówił zapłaty należności dla skarbu państwa. Po trzech wezwaniach przyjechał komornik, ale gość go spławił, więc komornik wrócił ze wsparciem. Wsparcie leży w ogródku, komornik w szpitalu.

– A nasi?

– Próbowali sforsować tylne drzwi. Rozwalił ich przez szczelinę strzelniczą.

– Szczelinę strzelniczą?!

– Ten dom to twierdza. Okna kuloodporne, drzwi z pancernej stali. Nie pozwolił nawet zabrać ciał.

Młody policjant oparł głowę o błotnik i zapytał:

– Ile miał do zapłacenia?

– Trzysta osiemnaście złotych i pięćdziesiąt trzy grosze.”


Widać wyraźnie, że autorowi nie brakuje poczucia humoru i wyczucia absurdu w codziennym życiu. To jeden z lepiej napisanych tekstów w tym zbiorze.

Informacja z okładki okazała się prawdziwa – gatunkowo opowiadania należą do horroru, sensacji i SF. Jest to więc bardzo różnorodna mieszanka i dla mnie osobiście najlepsze są te ostatnie, które przypominają mi czytane wcześniej powieści Kosika. Ściśle mówiąc dwa z opowiadań są alternatywnymi wersjami historii w nich ukazanych. „Wyprawa szaleńców” dzieje się w „świecie lin”, czyli w Verticalu, a tekst „Ohyda” w końcowej części przedstawia początki „komplantu”, wynalazku znanego „na Marsie”. Opowiadania powstały w latach 2001 – 2007 i były wcześniej wydawane w czasopismach.

Najtrudniej czytało mi się drugie – „Skrytogrzesznicy”, w którym bardzo szybko zmieniają się wydarzenia, bohaterowie, czas. Trochę to oszołamiające i początkowo niezrozumiałe. Czytałam je w poczekalni u lekarza i doczytałam jedynie do połowy, a potem zraziłam się do książki na kilka dni. Mimo że pomysł dobry, docenia się go dopiero na końcu, po przebrnięciu 50 trudnych stron. Podróże w czasie, rozmowy między równoległymi światami, możliwość poznania przyszłości, testy wierności – materiału starczyłoby na powieść.

Z kolejnymi tekstami nie było lepiej. Pewnie przez zaskoczenie, że Kosik pisze w innym niż wcześniej gatunku literackim. „Mgła” to horror, o dziewczynie i chłopaku szukających zapomnianego domku w lesie. Gdy go odnajdą, przeżyją w nim niesamowite i straszne rzeczy. Przy okazji warto zauważyć, że główny bohater kilku opowiadań, tego również, ma na imię Adrian, co na pewno nie jest przypadkowe, choć nie tworzą one jakiejś całości.

„Za dobre to zrobiliśmy”
przenosi nas w świat reklamy i praw rządzących agencjami i ludźmi w nich pracującymi. W połowie tego opowiadania zrezygnowana zaczęłam „skakać” po tomie szukając SF i „znanego mi” Kosika. Nie było łatwo. Większość opowiadań jest inna.

„Coś czego nigdy nie pamiętamy”
– opowieść ze świata snu, mężczyzna poszukuje żony i dziecka, którzy nagle zniknęli podczas wspólnych wakacji nad morzem.

„Ohyda”
– o telewizji, programach typu reality-show i do czego są w stanie posunąć się producenci, by zarobić pieniądze, trochę też o polityce i demokracji.

„Pokoje przechodnie”
– króciutki tekst o tym, jakby to było, gdyby każdy z pokojów w mieszkaniu znajdował się w innej części świata, do tego ulegał niekontrolowanemu przesunięciu w przestrzeni.

„Szczelina”
– o pociągu jadącym z Warszawy do Krakowa, lecz czasami przenoszącym ludzi w inny wymiar.

„Czy ktoś tu widział Boga?”
– o życiu po śmierci w nudnym niebie, zarządzanym automatycznie.

„Wyprawa szaleńców”
– misja naukowców, konstruktorów, artystów i marynarzy, którzy na kilkudziesięciu żaglowcach wyruszają w poszukiwaniu ratunku dla świata, który powoli pogrąża się w wodzie.

Oceniając tom jako całość, stwierdzam, że nie jest zły, ale że jest zdecydowanie gorszy od powieści. Choć opowiadania napisane zostały w podobnym stylu, nie są jednak tak dobrze dopracowane, tak oryginalne i zachwycające. Pojawiają się w nich ciekawe wynalazki, ważne problemy społeczne i polityczne, niewyjaśnione zagadki. Czegoś w nich jednak za mało, to dopiero szkice, pomysły, gotowe do rozwinięcia. Brakuje charakterystycznych bohaterów, którzy zostaliby w pamięci. Wszyscy zlewają się w jednego Adriana, plus może jeszcze jedną Magdę. To chyba wada całej twórczości Kosika – skupiając się na fabule, zapomina o tworzeniu ciekawych i głębokich portretów psychologicznych postaci. W powieściach jednak nie jest to tak widoczne, bo tam skupiamy się na niesamowitych światach stworzonym przez autora i wymyślonych przez niego tajemnicach.

Zastanawiam się, jaki będzie drugi tom opowiadań, zapowiedziany już na 2012 rok, o tytule „Nowi ludzie”. I czy wiedząc, czego mogę się spodziewać, będę bardziej zadowolona z ich czytania? Oby. I oby autor napisał jeszcze wiele powieści.

Ocena 4+/6

Autor: Felicja79 [cowartoprzeczytac.blox.pl]

 

700 stron, 12 autorów, 12 opowiadań. Tak w liczbach można by podsumować antologię Bajki dla dorosłych. Do jej wypożyczenia z biblioteki skłoniły mnie nazwiska na okładce: Kańtoch, Grzędowicz, Białołęcka. I kilka innych, które wtedy znałam jedynie ze słyszenia. Teraz moja lista polskich autorów piszących fantastykę, których książki chciałabym przeczytać znacznie się wydłużyła. Szczególnie o nazwiska dwóch piszących pań: Kossakowskiej i Kozak. Nie będę się już również wahała przy pozostałych pisarzach, bo odkryłam, że oni naprawdę umieją pisać :-). Może nie wszystkie opowiadania były dokładnie w moim guście, może nie wszystkie zapamiętam na długo, ale na pewno dobrze się bawiłam przy czytaniu, a oto też chodzi.

Antologia powstała po śmierci jednego z pisarzy – Tomasza Pacyńskiego i jest hołdem pamięci złożonym mu przez kolegów po fachu, a może raczej „po piórze”. Temat zaczerpnięty został z opowiadania „Packa” pod tym samym tytułem zamieszczonego w tej książce jako pierwsze. Bajki dla dzieci są tam przeciwstawione tym dla dorosłych, w których "Świat to strachy i zmory, które czyhają wszędzie", a na tym świecie "Są mroczne siły, silniejsze od nas. Gniewne, złe i rozczarowane. Łakome krwi i zemsty". To fragment tego opowiadania:

 

„– Zdajesz sobie sprawę, w co się pakujesz? I jak małe są szanse?

Skinęła głową.

Wiedziała wszystko. Już poznała prawdę, że na świecie są nie tylko wredne, dziecinne bajki, niegrzeczne misie, które nie chcą podać łapek. Są też bajki dla dorosłych.

Pora dorosnąć, napłynęło wspomnienie. Kiedyś to słyszała, od pieprzonego wujka pedofila. Wprawdzie wujek miał na myśli inną dojrzałość, ale to, co mówił zyskiwało jakiś sens. Właśnie dorosła.

Są na świecie strachy i upiory. Są potwory takie jak my, uświadomiła sobie.”

 

Bajki dla dorosłych pełne są bohaterów takich, jak: św. Mikołaj, elfy, krasnoludy, jednorożce, smok, diabeł, Śnieżka, Roszpunka, Czerwony Kapturek, wampir, Dzwoneczek i wiele innych. Mamy w nich odwołania do utworów Tolkiena, braci Grimm, a nawet Biblii i polskiej literatury patriotycznej (Mickiewicza, Słowackiego, Żeromskiego). Bardzo dziwna to mieszanka i zaskakująca. Zależnie od charakteru i talentu pisarza, opowiadania są albo zabawne, albo smutne, albo dające do myślenia. Każdy powinien znaleźć wśród nich coś dla siebie:

 
Tomasz Pacyński
, Bajki dla dorosłych – o Dziadku Mrozie, jego ukochanej czarownicy i zemście na „mrocznym bogu”.

 
Anna Kańtoch
, Za siedmioma stopniami – o prezencie urodzinowym, który straszy, nietypowym Czerwonym Kapturku i śmierci, która przychodzi z niespodziewanej strony.

 
Robert J. Szmidt
, To będą inne święta – o wypadku na autostradzie, ubranym na czarno Mikołaju i dostarczaniu prezentów w Wigilię.

 
Wojciech Świdziniewski
, Bądź moim krukiem – o pisarzu – alkoholiku i jego wymyślonym świecie elfów i krasnoludów, który niespodziewanie przenosi się do Białegostoku, i o miłości – tej wymarzonej.

 
Magdalena Kozak
, Polowanie na jednorożce – o „złej” kobiecie, która walczy z plagą jednorożców przemieniających ludzi w „świętych”.

 
Eugeniusz Dębski
, Trupi tan – o handlu trupami, które po śmierci stają się tanią siłą roboczą bez świadomości i pracują w nielubianych i niebezpiecznych zawodach; o synu, który sprzedał ojca.

 
Rafał Dębski
, Gdy smok powie dobranoc – o pojedynku smoka z elfem i o tym, kto okazał się sprytniejszym oszustem.

 
Jacek Komuda
, Partia porucznika Szymańskiego – o powstaniu styczniowym, walce dobra ze złem i szatańskich pokusach „łatwego” odzyskania niepodległości przez Polskę. 

 
Jarosław Grzędowicz
, Chwila przed deszczem – o „neogenach”, nadludziach ze zmodyfikowanym DNA, a także o biblijnym potopie i karze za zabawy z genetyką.

 
Andrzej Pilipiuk
, Dzwon wolności – o Syberii, tajemniczej legendzie i dzwonie, który odmieni losy świata.

 
Ewa Białołęcka
, Skok na żywca – o napadzie rabunkowym, w który zamieszane są Śnieżka z Roszpunką.

 
Maja Lidia Kossakowska
, Smak kurzu – o krainie wróżek, która przestanie istnieć, jeżeli nie będziemy w nią wierzyć; o równowadze, w jakiej utrzymują świat rozum i wyobraźnia.

 

Właściwie o każdym z tych opowiadań mogłabym napisać dużo więcej. Ale wydaje mi się, że lepiej będzie, jeżeli sami je przeczytacie. U mnie w wypożyczalni widziałam jeszcze dwie antologie wydawnictwa Fabryka Słów i myślę, że w niedługim czasie sprawdzę, czy czyta się je równie przyjemnie, jak Bajki dla dorosłych.

Ocena: 5/6

 

 
1 , 2 , 3
| < Kwiecień 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
Antologia opowiadań
Aaronovitch Ben
Abraham Daniel
Adrian Lara
Aguirre Ann
Akab Alan
Andersen Kenneth B.
Anderson Poul
Andrews Ilona
Angelini Josephine
Anthony Piers
Antosik Adrian K.
Armstrong Kelley
Arthur Keri
Auel Jean M.
Aycliffe Jonathan
Bacigalupi Paolo
Baggott Julianna
Beagle Peter S.
Beaulieu Bradley P.
Beckett Bernard
Belitz Bettina
Białołęcka Ewa
Bishop Anne
Black Holly
Bochiński Tomasz
Bradbury Ray
Bradley Marion Zimmer
Brett Peter V.
Briggs Patricia
Brooks Terry
Brzezińska Anna
Burke Kealan Patrick
Burtenshaw Jenna
Butcher Jim
Cabot Meg
Campbell Jack
Campbell Ramsey
Canavan Trudi
Card Orson Scott
Carey Jacqueline
Carey Mike
Carriger Gail
Carroll Lee
Cashore Kristin
Cast P. C.
Cetnarowski Michał
Chadbourn Mark
Chadda Sarwat
Chapman Stepan
Charlton Blake
Chattam Maxime
Cherryh J. C.
Cholewa Michał
Cichowlas Robert
Clare Cassandra
Collins Nancy A.
Collins Suzanne
Connolly John
Cook Glen
Cooper Elspeth
Cornwell Bernard
Cronin Justin
Curley Marianne
Cyran Janusz
Ćwiek Jakub
Červenák Juraj
Davidson Mary Janice
Dąb-Mirowski Filip
De Spirito Dorotea
Deas Stephen
Del Toro Guillermo
Delaney Joseph
Dell Christopher
DeStefano Lauren
Diakow Andriej
Dick Philip K.
Disch Thomas M.
Doctorow Cory
Dodd Christina
Domagalski Dariusz
Dozois Gardner
Drukarczyk Grzegorz
Dudek Olgierd
Dukaj Jacek
Durham David Anthony
Egan Greg
Erikson Steven
Ewing Lynne
Fantaskey Beth
Farmer Philip José
Feist Raymond E.
Fitzpatrick Becca
Flanagan John
Flinn Alex
Fonstad Karen Wynn
Fox A. M.
Friedman C. S.
Frost Jeaniene
Funke Cornelia
Gaiman Neil
Gibson Howard E.
Gibson William
Gier Kerstin
Glukhovsky Dmitry
Głowacki Aleksander
Goodman Alison
Goonan Kathleen Ann
Gordon Roderick
Grant Michael
Grant Mira
Green Simon R.,
Gromyko Olga
Grossman Lev
Grzędowicz Jarosław
Haddix Margaret Peterson
Hałas Agnieszka
Harkness Deborah
Harrison Kim
Hawthorne Rachel
Hayes Gwen
Hearne Kevin
Heitz Markus
Herbert Frank
Hickman Tracy
Hill Joe
Hill Susan
Hines Jim C.
Hogan Chuck
Hohlbein Wolfgang
Holt Tom
Howard Robert E.
Huff Tanya
Huso Anthony
Hussey William
Izmajłowa Kira
Jadowska Aneta
Jaye Wells
Jess-Cooke Carolyn
Johnson Elana
Kańtoch Anna
Keaton Kelly
Kenyon Nate
King Stephen
King William
Kittredge Caitlin
Knaak Richard A.
Kołodziejczak Tomasz
Komuda Jacek
Kornew Paweł
Kosik Rafał
Kossakowska Maja Lidia
Kostick Conor
Kress Nancy
Krycz Kazimierz Jr.
Kuttner Henry
Lachlan M. D.
Lackey Mercedes
Le Guin Ursula K.
Lem Stanisław
Lerner Edward M.
Lewandowski Konrad T.
Lewis Clive Staples
Licia Troisi
Livingston Lesley
Łukjanienko Siergiej
Mafi Tahereh
Magali Hanri
Magary Drew
Małecki Jakub
Mann George
Marsden John
Martin Gail Z.
Martin George R. R.
Matuszek Paweł
McCaffrey Anne
McDermott J. M.
McDevitt Jack
McDonald Ian
McKiernan Dennis L.
McLeod Ian
McMann Lisa
Mead Richelle
Michaelis Antonia
Miller Karen
Miszczuk Katarzyna Berenika
Misztal Izabela
Moore John
Morgan Richard
Morgenstern Erin
Mortka Marcin
Norton Andre
Novik Naomi
Oliver Lauren
Olivier Jana
Olszówka Piotr
Opracowanie
Orwell George
Owen James A.
Pankiejewa Oksana
Panow Wadim
Paolini Christopher
Paver Michelle
Peake Mervyn
Piekara Jacek
Pierce Tamora
Pilipiuk Andrzej
Piskorski Krzysztof
Pjankowa Karina
Pląskowski Tomasz
Poole Gabriella
Poznanski Ursula
Pratchett Terry
Prineas Sarah
Raduchowska Martyna
Rain J. R.
Rajaniemi Hannu
Randall Cecilia
Raniszewski Maciej
Rankin Robert
Rees Rod
Renault Mary
Reystone A. R.
Rhiannon Lassiter
Rice Anne
Richardson Kat
Ringo John
Riordan Rick
Robinson Kim Stanley
Rodda Emily
Rothfuss Patrick
Rowling J. K.
Ruda Aleksandra
Ryan Carrie
Salvatore R. A.
Sands Lynsay
Sapkowski Andrzej
Sarn Amelie
Schroeder Karl
Shepard Lucius
Showalter Gena
Siemionowa Maria
Simmons Dan
Singh Nalini
Smith Lisa Jane
Solanin Michał
Sparks Kerrelyn
Sterling Bruce
Stross Charles
Stross Charless
Strugaccy Arkadij i Borys
Sullivan Michael J.
Swann S. A.
Szablicki Janusz
Szkolnikowa Wiera
Szmidt Robert J.
Śmigiel Łukasz
Tchaikovsky Adrian
Teodorczyk Anna
Terakowska Dorota
Thomas Jeffrey
Tomaszewska Marta
Trussoni Danielle
Tuchorski Andrzej
Tumski Olaf
Turner Megan Whalen
Twardoch Szczepan
Valente Catherynne M.
Vallejo Susana
Vance Jack
VanderMeer Jeff
Ward Rachel
Wasiliew Władimir
Watts Peter
Weeks Brent
Wegner Robert M.
Weis Margaret
Wells Martha
Whitcomb Laura
White Kiersten
Wild Kate
Williams Brian
Williams Chima Cinda
Williams Tad
Willis Connie
Wójcik Robert
Wroczek Szymon
Yu Charles
Zafon Carlos Ruiz
Ziemiański Andrzej
Żulczyk Jakub
Żytowiecki Maciej
Tagi




Koalicja blogów
Dołącz do nas :-) UWAGA: zmiany!

Recenzenci:
Nika
Ew
Felicja
Krainaczytania
Avo_lusion
Polonisty
Lena
Monweg
Jareckr
Pestis
Fenrir
ZaczytAnia
Viginti Tres
Jenny
Książkówka
Sophie
Isztar
Alannada
GumcioBook
Megajra
Clarissa
Honorata
Shadya
Shoko
Agnieszka (krimifantamania)
Barwinka
Agata Przygoda
Adam Kopeć


Spotkania autorskie
Rafał Kosik
Andrzej Pilipiuk


Szablon
28 szablon ornament - fioletowy


Spis treści
A - H
I - P
R - Ż




Wyszukiwarka